Odechce się maczać flagę w kupie?

Poszło o program z 25 marca 2008 r., w którym Jakub Wojewódzki namówił
swoich gości, rysownika Marka Raczkowskiego i aktora Krzysztofa Stelmaszyka, do
umieszczenia miniatur polskiej flagi narodowej w psich odchodach.

Sąd apelacyjny uwzględnił wczoraj apelację szefa Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji od wyroku sądu pierwszej instancji, który w 2009 r. uchylił karę
nałożoną na TVN przez KRRiT.
Dokonana na oczach widzów profanacja flagi miała symbolizować sprzeciw
Raczkowskiego wobec niesprzątania psich kup przez właścicieli czworonogów.
Uczestnicy programu próbowali potem tłumaczyć, że "był to happening mający
uświadomić problem zanieczyszczenia polskich ulic". Szef Krajowej Rady
Radiofonii i Telewizji Witold Kołodziejski uznał jednak, że propagowano w ten
sposób działania sprzeczne z prawem. I nałożył na TVN 471 tys. zł kary. W 2009
roku Sąd Okręgowy w Warszawie, do którego odwołała się stacja, uchylił decyzję
KRRiT, uznając, iż nie doszło do znieważenia symbolu narodowego. Według sądu nie
było to zamiarem autora programu, którego intencją był protest przeciw
zanieczyszczeniu miast psimi odchodami. Wczoraj Sąd Apelacyjny w Warszawie
zmienił ten wyrok, uznając, że program Wojewódzkiego propagował działania
sprzeczne z prawem i moralnością, ponieważ wkładanie flag w psie odchody nie
uzasadniało intencji autora programu. Zdaniem sądu takie postępowanie zachęcało
natomiast do znieważania flagi państwowej, a wszyscy obywatele są zobowiązani do
jej poszanowania. Według sędziów, program Wojewódzkiego pokazał "totalny brak
szacunku dla polskiej flagi, co obraża wartości respektowane przez
społeczeństwo". Sędzia Małgorzata Kuracka w uzasadnieniu wyroku podkreśliła, że
w ramach wartości moralnych flaga jest symbolem wyjątkowego szacunku, historii
narodu, poczucia jedności i dumy narodowej. Szarganie tych wartości w psich
odchodach kłóci się z przekonaniami moralnymi co do ich ochrony. Zdaniem sądu
postępowania uczestników programu nie można uzasadniać problemem
zanieczyszczenia psimi odchodami. – Cel nie uświęca środków – dodała sędzia.
Kara nałożona na nadawcę za wyemitowanie programu, w którym znieważono insygnia
narodowe, stanowi połowę opłaty za korzystanie z częstotliwości i jest
maksymalną karą finansową, jaką Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji może
jednorazowo nałożyć na nadawcę. Pełnomocnik stacji TVN zapowiada kasację do Sądu
Najwyższego, a jeśli nie odniesie ona skutku – skargę do Trybunału w Strasburgu.
Sąd apelacyjny uznał jednak, że umorzenie śledztwa w sprawie znieważenia flagi
nie uniemożliwia ukarania stacji przez KRRiT. Wyrok jest bowiem już prawomocny i
ma być wykonany. – Bardzo się cieszę z wyroku sądu, bo to jest jednak jakiś
triumf sprawiedliwości. Tu nie chodzi o jakieś rozgrywki między KRRiT a TVN, ale
o zwykły porządek w państwie. Nadawcy, otrzymując koncesję, zobowiązują się do
przestrzegania pewnych reguł i elementarnych zasad, a w tym wypadku TVN
ewidentnie te reguły i zasady złamała – podkreśla Witold Kołodziejski, były szef
KRRiT. Jak zaznacza, nie można – korzystając z tego, że jest się właścicielem
stacji telewizyjnej – emitować wszystkiego, co się komu podoba. – Dokładnie
pamiętam ten program, od początku do końca chodziło w nim o świadomą,
niewyrafinowaną, żeby nie powiedzieć – prostacką prowokację. Wszyscy w studiu
mieli z tego niezły ubaw – dodaje Kołodziejski. Podobnego zdania jest prof.
Zdzisław Krasnodębski, socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w
Warszawie. Zastanawia się tylko, dlaczego decyzja sądu o wyegzekwowaniu kary
pieniężnej od stacji zapadła tak późno. I dlaczego, mimo bulwersującej sprawy
sądowej, Wojewódzki był jednym z głównych organizatorów koncertu inaugurującego
polską prezydencję w UE. – Jak wiadomo, są różne dziwne decyzje sądu, ta akurat
wydaje mi się słuszna. Smutne jest jednak to, że ta zapada tak późno. Dopiero
dzisiaj, kiedy wszystko się w Polsce zmieniło, kto inny jest u władzy, odzywają
się głosy, że symbole narodowe czy urząd prezydenta trzeba szanować, natomiast w
tamtym czasie, kiedy to się odbywało, działo się to przy całkowitym społecznym
przyzwoleniu. Mało tego, ci kabareciarze byli napędzani przez część opinii
publicznej – kwituje Krasnodębski.
 

Piotr Czartoryski-Sziler

drukuj