Od Polski resortowej do Polski sieciowej
Piotr Piętak
Odczuwalny wzrost bezpieczeństwa obywateli, objęcie ochroną ekonomiczną najuboższych warstw ludności, przywrócenie poczucia, że administracja publiczna jest skuteczna, uświadomiły Polakom, iż państwo polskie, po raz pierwszy od 1989 r., chroni dobro publiczne. Jednak warunkiem całkowitego zerwania z III Rzecząpospolitą jest przezwyciężenie syndromu Polski resortowej. Plan powołania ponadresortowego Urzędu ds. Informatyzacji i Łączności jest istotnym elementem budowy IV Rzeczypospolitej, która będzie „państwem sieciowym”, przystosowanym w sferze instytucjonalnej do skutecznej współpracy (a gdy będzie trzeba rywalizacji) z najbardziej uprzemysłowionymi krajami świata.
Zdaję sobie sprawę, że pisanie o sukcesach rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej Kazimierza Marcinkiewicza będzie odebrane przez znaczną część opinii publicznej jako megalomania i wywoła uśmiechy politowania u tych dziennikarzy, którzy utracili „rząd dusz” i nie mogą się z tym pogodzić.
Rzeczywiście, taka bezkrytyczna postawa przypomina do złudzenia postępowanie przeciwników PiS, którzy z iście narcystycznym zacięciem pieją zachwyty nad swoimi osiągnięciami.
Ostatnio, 17 maja br., podczas konferencji pt. „W obronie demokracji”, samouwielbienie elity doszło do apogeum i gdyby prezydent Wałęsa z prezydentem Kwaśniewskim podali sobie nogi, zamiast dłoni, to ten socjotechniczny majstersztyk zmieniłby się w arcydzieło teatralnej groteski, rodem z „Zielonej gęsi” K.I. Gałczyńskiego.
Szkoda. Po dwudziestu latach pobytu na Zachodzie mogę tylko ze smutkiem stwierdzić, że elita III Rzeczypospolitej (na szczęście nie cała) jest dla mnie przykładem warstwy społecznej, która uosabia najpełniej postawę antyeuropejską. Brak autorefleksji, autokrytycyzmu jest immanentną cechą społeczeństw zamkniętych, które prędzej czy później tracą kontakt z rzeczywistością. Elita III Rzeczypospolitej jest, z punktu widzenia kultury europejskiej, przykładem społeczności zacofanej, zamkniętej, żyjącej w całkowicie wyalienowanym świecie, którego podstawową racją istnienia jest walka z rządem premiera J. Kaczyńskiego, walka, dodajmy, prowadzona przy pomocy retoryki wojennej, która niszczy naszą młodą demokrację.
Niestety zaobserwowałem, że nawet zwolennicy PiS zapominają o sukcesach rządu. Pod lawiną spreparowanych informacji, które śmiało można nazwać antyinformacjami, w atmosferze „wojny medialnej”, prowadzonej przeciwko nam przez oligarchię postkomunistyczną cofamy się i bronimy zamiast atakować.
Dlatego też chciałbym na wstępie scharakteryzować w skrócie pierwszy etap budowy zrębów IV Rzeczypospolitej. Etap zakończony sukcesem.
Przywrócenie podstawowej roli państwa
Każdy, kto analizuje historię III Rzeczypospolitej, musi postawić następujące pytanie: „Na jakich zasadach funkcjonowało wówczas państwo polskie?”. Czy nie było tak, zwłaszcza w okresie rządów Millera i Belki, że państwo okazało się fikcją, a rządzenie sprowadzało się do zabiegów utrudniających ujawnienie tego faktu? Moim zdaniem, dla wielu obywateli naszego kraju, państwo w tamtym okresie było kompletną fikcją, absurdalną formą bez żadnej treści. I dlatego pierwszym i podstawowym zadaniem, zarówno rządu premiera K. Marcinkiewicza, jak i premiera J. Kaczyńskiego była próba odbudowy w świadomości Polaków samego pojęcia państwa jako instytucji organizującej życie zbiorowe na terytorium Polski. Czy próba ta się udała? Moim zdaniem, mimo wielu zastrzeżeń co do jej wykonania – tak. Odczuwalny wzrost bezpieczeństwa obywateli, objęcie ochroną ekonomiczną najuboższych warstw ludności, przywrócenie poczucia, że administracja publiczna jest skuteczna np. w tak trudnym temacie, jak absorpcja środków unijnych, uświadomiły Polakom, że państwo polskie po raz pierwszy od 1989 r. chroni dobro publiczne. Przypomnijmy, że w grudniu 2005 r. politycy opozycyjni i dziennikarze mówili (a raczej krzyczeli), że rządy PiS nie będą w stanie zaabsorbować nawet 25 proc. środków unijnych. Polska zaabsorbowała ich już około 45 proc. na lata 2006-2008, co oznacza, że osiągnie jeden z najlepszych wyników w UE. To właśnie dlatego, o czym nikt nie pisze, osiągnęliśmy tak wysoki wzrost gospodarczy. W tym wypadku skuteczność administracji państwowej jest podstawą rozwoju gospodarczego Polski.
Przypomnijmy ponadto, o czym również nikt nie pisze, że w 2006 r. ogólna liczba przestępstw w stosunku do poprzedniego roku spadła prawie o 7 procent. Aby uzmysłowić Czytelnikowi, co oznacza taki spadek, wyjaśniam, że w stosunku do ubiegłego roku wydarzyły się o 92 044 przestępstwa mniej, czyli o 252 przestępstwa mniej każdego dnia. Natomiast wykrywalność przestępstw osiągnęła poziom ponad 62 proc., co jest najlepszym wynikiem w historii polskiej policji. W tym samym roku nastąpił spadek kradzieży samochodów aż o 33 proc., co jak dotąd nie ma precedensu nawet w innych krajach europejskich! Nasze „liberalne” media praktycznie nie informowały o tym obywateli polskich.
Kiedy w Nowym Jorku ogłoszono spadek liczby przestępstw o kilkanaście procent, pisały o tym wszystkie gazety. Pokazywano w różnych kanałach telewizyjnych, że można skutecznie walczyć z przestępczością i że warto współpracować w tej mierze z policją. U nas cisza.
Także wzrost gospodarczy Polska zawdzięcza, choć wiem, że brzmi to paradoksalnie, liberalizmowi rządów premiera Kaczyńskiego. Na czym ten liberalizm polega? Na samoograniczeniu (z wyjątkiem sprawy Narodowego Banku Polskiego) władzy wobec sfery gospodarki. Kiedy dziennikarze piszą, „że na szczęście Kaczyńscy nie wtrącają się do ekonomii”, nie zdają sobie sprawy, że cecha ta jest podstawą liberalnego światopoglądu i świadczy z jednej strony o skromności rządzących, z drugiej zaś – o ich głębokim przekonaniu, że naczelnym jej zadaniem jest odbudowa państwa polskiego. Liberalizm rządu premiera Kaczyńskiego nie dotyczy natomiast sfery finansowej. Innymi słowy, rząd nie zgadza się na absolutną autonomię Narodowego Banku Polskiego, ponieważ, o czym wiedzą wszyscy ekonomiści oprócz naszych domorosłych geniuszy, Polska od kilku lat funkcjonuje w ramach UE, a od kilkunastu lat poddana jest procesowi globalizacji, który nie tylko niszczy skutecznie państwa, ale także redefiniuje samo pojęcie „władzy”.
Profesor Jadwiga Staniszkis określiła politykę NBP w minionych latach jako „bankowy zamach stanu i przejęcie faktycznej władzy przez instytucje funkcjonalne (Bank Centralny) kosztem organów politycznych”. Autonomia NBP zgodna jest z interesem procesu globalizacji, jej ograniczenie – warunkiem koniecznym istnienia samej instytucji państwa. I dlatego rząd premiera Kaczyńskiego musi, w imię obrony interesów narodowych, próbować wpływać na politykę NBP.
Przypomnijmy, że wyborczy program PiS był próbą połączenia dwóch, wydawałoby się przeciwstawnych, wartości: tradycji i nowoczesności. PiS jako jedyna partia w historii III Rzeczypospolitej przygotowało kompleksowy program informatyzacji administracji publicznej. Chciałbym podkreślić, że w tej sferze rząd ma ogromne sukcesy, czego przykładem może być skuteczna walka z monopolem TP SA przeprowadzona przez prezesa UKE A. Streżyńską oraz wprowadzenie przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, zgodnie z harmonogramem UE, paszportu biometrycznego, będącego według jednomyślnej opinii fachowców zagranicznych i polskich, jednym z najlepszych systemów tego typu na świecie. Kontynuacja sukcesów rządu premiera J. Kaczyńskiego jest zagwarantowana pod warunkiem, że zostanie uchwalona ustawa o podpisie elektronicznym. Wprowadzenie dowodu biometrycznego w połowie 2008 r., umasowi wykorzystanie podpisu elektronicznego (co zapowiadał zarozumiale i nieskuteczne prezydent A. Kwaśniewski w 2001 r.) i będzie kołem zamachowym rozwijającym „gospodarkę elektroniczną” w naszym kraju. Podpis elektroniczny jest też warunkiem niezbędnym skutecznego wprowadzenia tzw. „jednego okienka”. Konsekwencją tego będzie rozwój polskich przedsiębiorstw i napływ nowych zagranicznych inwestycji i nowoczesnych technologii do naszego kraju. Z moich rozmów z przedstawicielami rządów Europy, np. Belgii i Francji, wynika, że kraje zachodnie są zaskoczone naszymi osiągnięciami w tej dziedzinie. Tyle o sukcesach, chociaż mógłbym kontynuować: działalność ministra Z. Ziobry, walka z korporacjonizmem itd.
Zmiana jako „reguła reguł” funkcjonowania państwa
Przejdźmy teraz do wyzwań, jakie stoją przed rządem w najbliższym czasie. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i dlatego z jednej strony priorytetowym zadaniem rządu premiera J. Kaczyńskiego jest dostosowanie naszych struktur państwowych i procedur administracyjnych do reguł zarządzania panujących w UE, z drugiej zaś – zagwarantowanie naszemu państwu wpływu na kształtowanie się owych reguł, uchwalanych dzisiaj i w najbliższej przyszłości. Uważam, że jest to najważniejsze zadanie, przed jakim stoi nasz kraj. Zadanie tym trudniejsze, że nasi politycy, a także urzędnicy szczebla centralnego i samorządowego, nie rozumieją fenomenu organizacyjno-prawnego Unii, jej biurokratycznej „oryginalności”. UE nie jest państwem, lecz tworem ustrojowym, który nieustannie się zmienia. Zasada ta jest sprzeczna z samą istotą administracji. Jak pozornie słusznie pisał jeden z publicystów: „Urzędy nie mogą i nie powinny zmieniać reguł gry. Muszą działać według stałych, jednolitych, niezmiennych zasad. Do czego prowadzą nieustanne zmiany w sposobach funkcjonowania państwa, widać najlepiej w Polsce. Utrudniony rozwój firm i przedsiębiorstw w wyniku częstych zmian prawa czy przepisów podatkowych to jedna z najbardziej widocznych konsekwencji braku stabilizacji działania organów państwowych”.
Otóż urzędy i procedury administracji publicznej w naszym kraju muszą być zbudowane i muszą funkcjonować w taki sposób, by zmiana reguł zarządzania była naczelną regułą rządzącą państwem. Zmiana procedur administracyjnych jest „regułą reguł” funkcjonowania w ramach UE. Nowa zasada, wokół której zorganizowana została profesjonalna biurokracja w UE, funkcjonuje w dodatku w całkowicie oryginalnym nieznanym w historii ustroju politycznym. Unia Europejska nie opiera się bowiem na klasycznym podziale na władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Podstawa władzy w UE, czyli „wspólnotowy trójkąt instytucjonalny”: Rada, Komisja, Parlament, oparta jest raczej na połączeniu funkcji niż na podziale władzy. To Komisja Europejska czyli rząd Unii, a nie Parlament, posiada wyłączny monopol na inicjatywę ustawodawczą. Sytuacja ta pociąga za sobą nieistnienie w systemie wspólnotowym jakiegokolwiek rozróżnienia pomiędzy prawem, czyli wyrazem funkcji ustawodawczej, a przepisem – aktem właściwym działalności władzy wykonawczej. Jakie mogą być konsekwencje tego stanu rzeczy dla funkcjonowania IV Rzeczypospolitej?
Jeden wniosek wydaje się oczywisty, a mianowicie, biurokraci i technokraci nowego typu powinni posiadać prawo inicjatyw legislacyjnych, a także to właśnie oni muszą wyznaczać nowe zadania dla administracji. Wniosek ten jest jeszcze jednym potwierdzeniem ogólniejszego prawa stwierdzającego, że we współczesnych systemach politycznych władza napotyka na coraz większe trudności w odpowiednim pobudzaniu i ukierunkowaniu procesów decyzyjnych. Innymi słowy, jak twierdzi Sandro Gozi: „suwerenność specjalistów zmierza do zdobycia przewagi nad suwerennością demokratyczną oraz nad suwerennością parlamentarną”. UE charakteryzuje się także brakiem wyraźnego centrum zarządzania, co upodabnia ją, przynajmniej w pewnym zakresie, do internetu. Mnogość interesów, jakimi nasycone są Rada i Komisja, wskazuje na nieobecność w systemie polityczno-administracyjnym wyraźnej zależności hierarchicznej i dlatego system unijny jest przez wielu specjalistów nazywany systemem „sieciowym”. Nietrudno zauważyć, że zasady, na jakich zbudowana jest UE, są całkowicie sprzeczne z naczelną cechą systemową, jaką jest syndrom organizacji resortowej, opartej zarówno na interesach, jak i kulturze centralnej kadry urzędniczej. Państwo „resortowe” stanowi zaprzeczenie „instytucji sieciowej”, jaką jest UE.
Jak ta cecha ustrojowa wpłynęła na infrastrukturę informacyjną naszego kraju, która w warunkach globalizacji i powszechnej informatyzacji decyduje o sprawnym funkcjonowaniu państwa?
System informacyjny administracji publicznej w naszym kraju charakteryzuje się skrajną autonomizacją. Dlatego też PiS w swoim programie wyborczym postulował powołanie nowego ponadresortowego urzędu ds. informatyzacji, który podlegałby bezpośrednio premierowi. Jakie byłyby jego zadania? Przede wszystkim opracowywanie standardów, czyli reguł informacyjnych, obowiązujących wszystkie podmioty wchodzące w skład administracji publicznej, następnie kontrola stosowania tych reguł oraz koordynacja współdziałania.
Realizacja tych zadań przez nowy urząd doprowadzi w sferze informacyjnej do przezwyciężenia syndromu Polski resortowej pod warunkiem, że jednocześnie nastąpi reorganizacja, a precyzyjniej uszczuplenie kompetencji kilku ministerstw odpowiedzialnych dotychczas za niektóre rejestry informacyjne. Rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego przystąpił do realizacji tej reformy.
W pierwszej fazie nastąpiło powołanie Komitetu Stałego Rady Ministrów ds. Informatyzacji i Łączności, który przygotuje plan powołania ponadresortowego Urzędu ds. Informatyzacji i Łączności. Likwidacja Polski resortowej jest równoznaczna z końcem III Rzeczypospolitej. IV Rzeczpospolita będzie „państwem sieciowym”, przystosowanym w sferze instytucjonalnej do skutecznej współpracy (a gdy będzie trzeba rywalizacji) z najbardziej uprzemysłowionymi krajami świata.
Autor jest wiceministrem MSWiA.
