Ocaleńcy niepoprawni politycznie
Nie dość, że 65. rocznica rzezi wołyńskiej upłynęła pod znakiem eufemistycznych określeń dokonanego na Kresach ludobójstwa, to potomkowie pomordowanych, którzy sami cudem uniknęli śmierci, do dziś pozostawieni są bez jakiejkolwiek pomocy ze strony instytucji państwowych. Z tego tytułu nie przysługują im żadne świadczenia: ani medyczne, ani materialne. Posłowie mogliby do projektu ustawy o małoletnich ofiarach wojny włączyć sieroty wołyńskie. Pytanie tylko, czy zechcą. Nikt nie wie nawet, ile takich osób żyje.
Jarosław Kalinowski (PSL), wicemarszałek Sejmu, deklaruje, że zajmie się problemem braku zainteresowania państwa tzw. sierotami wołyńskimi. Zaznacza też, że ludowcy chcą reaktywować na forum Sejmu inicjatywę uchwały upamiętniającej ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich w latach 40. XX w. na Kresach Wschodnich i w Małopolsce. – Jestem za tym, żeby zająć się tą sprawą – zapewnia Kalinowski. – W Sejmie jest projekt ustawy o małoletnich ofiarach wojny i pewnie objąłby on również te osoby. Spróbuję pomyśleć, w jakim trybie można by tą sprawą pokierować – dodaje. Wicemarszałek przypomina jednocześnie sprawę niedoszłej uchwały sejmowej o ludobójstwie na Wołyniu. – Sprawa uchwały nie została zakończona, bo ja ani mój klub z tego nie rezygnujemy – dodaje wicemarszałek, przekonany, że uchwałę zablokował marszałek Bronisław Komorowski, przy milczącej akceptacji wicemarszałków Krzysztofa Putry i Jerzego Szmajdzińskiego.
Nad losem osób ocalałych z rzezi wołyńskiej nie pochylił się do tej pory żaden rząd.
– Zaraz po wojnie powstawały domy dziecka Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej. Czyli państwo po wojnie „zadbało” o nas, dając nam tylko bardzo ubogi wikt i opierunek oraz wysyłając do szkoły. I na tym się to zakończyło – wspomina Janina Kalinowska, prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu, jedna z ocalałych. Pani Kalinowska występowała jako prezes Stowarzyszenia do prezydenta Lecha Kaczyńskiego z prośbą o przyznanie pewnego dodatku do marnych emerytur. – Mam pismo i odpowiedź odmowną z Kancelarii Prezydenta „z uwagi na brak funduszy”. Powiedziano mi, że na podobne odszkodowania czekają dzieci wysiedlanych w akcji „Wisła” – informuje. Dla pani Kalinowskiej to nietrafne porównanie. – Bardzo mnie to zdenerwowało. Przecież te dzieci zostały wysiedlone razem z rodzicami, a w przypadku tych, które przeżyły ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów, były to kilkuletnie sieroty pozostawione same sobie bez rodziny, ojca i matki – ocenia prezes.
Zofia Szwal, kolejna ocalała z ludobójstwa UPA na Kresach, również nie otrzymała żadnego zadośćuczynienia za przeżyte cierpienia. – Z miejscowości, z której pochodzę, zostało zamordowanych ponad trzysta osób, w tym blisko połowę stanowiły dzieci. Więc jestem jednostką, która przeżyła te okropności. Potem był dom dziecka, gdzie się wychowałam. Potem była szkoła i studia – opowiada Zofia Szwal.
Jak twierdzi, pomocy państwowej doświadczyła tylko w tym zakresie, że „nie głodowała i była możliwość kształcenia”. – Potem puszczono nas na szerokie wody w myśl zasady „radź sobie sam”. Obecnie nie odbieram ani nie otrzymałam żadnych świadczeń od państwa z tytułu bycia ofiarą ludobójstwa – relacjonuje kobieta. – W Zamościu jest Związek Pokrzywdzonych przez III Rzeszę. Tam można było się zwrócić, gdyż ludobójstwo UPA działo się pod okupacją niemiecką. Napisałam pismo i otrzymałam odpowiedź, że nie pracowałam dla Niemców, więc żadne świadczenie mi się nie należy, np. w postaci dodatku kombatanckiego, jaki otrzymują wysiedlane Dzieci Zamojszczyzny – wyjaśnia.
Dokładnie nie wiadomo, ile do dziś żyje osób ocalałych z ludobójstwa na Kresach. Taką statystyką nie dysponuje żaden urząd. – Z tego co się orientuję, takich sierot jest garstka. Nawet nie liczy się ich w tysiącach – uważa Janina Kalinowska.
Według dr. Leona Popka z lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, nikt nie prowadził takiego zestawienia. – Nie istnieją żadne konkretne dane na ten temat. Nawet nie wiadomo, czy ktoś zaraz po wojnie prowadził ewidencję sierot wołyńskich. Wątpię, gdyż część trafiła od razu do domów dziecka w Chełmie, Lublinie i Zamościu. Praktycznie trzeba by było zrobić kwerendę w tych domach. Wiem, że w Krakowie, w Pieskowej Skale był największy taki ośrodek. Przebywało w nim około 600-700 dzieci już w czasie okupacji niemieckiej i po niej. Wszystkie pochodziły z Wołynia lub w ogóle z Kresów – informuje dr Popek.
W Sejmie jest projekt ustawy o świadczeniach pieniężnych dla małoletnich ofiar wojny autorstwa Lewicy. – Pozostaje pytanie, kiedy marszałek uruchomi prace nad projektem. Spróbuję pomyśleć, w jakim trybie można by tą sprawą pokierować – zapewnia Jarosław Kalinowski. Powracając do sprawy niedoszłej uchwały sejmowej o ludobójstwie na Wołyniu, deklaruje: – Sprawa uchwały nie została zakończona, bo ani ja, ani mój klub z tego nie rezygnujemy. – Ostatnio komisja kultury w Sejmie zajmowała się projektem uchwały dotyczącym przejmowania cerkwi w 1938 r., głównie na Chełmszczyźnie, natomiast nasz projekt, który ma datę wcześniejszą skierowania do laski marszałkowskiej, jeszcze nie posiada nawet numeru druku poselskiego. Interweniowałem na Prezydium w tej sprawie i marszałek łaskawie zgodził się, że wreszcie go do komisji skieruje, aczkolwiek nie rozumiem ostatniego jego komentarza, w którym mówi, że nie zgadza się, by winę za to, co się wydarzyło na Kresach Wschodnich, można było przypisać komuś innemu niż Sowietom – dodaje wicemarszałek. Kalinowski uważa, że niewiele brakowało do uzgodnienia treści uchwały. – Wprawdzie nie było słowa „ludobójstwo”, ale „zbrodnia” i 11 lipca miał być dniem pamięci ofiar UPA. Trudno – nawet na to bym się zgodził, ale nie przystał na taką wersję marszałek, przy milczącej akceptacji wicemarszałków Putry i Szmajdzińskiego – konkluduje Kalinowski.
Jacek Dytkowski
Zawsze słyszeli „nie”
Ewa Siemaszko, autorka monumentalnej pracy „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia”:
Sieroty ocalałe po pogromach OUN-UPA od chwili ich rodzinnej tragedii do dnia dzisiejszego nie były objęte żadną zinstytucjonalizowaną opieką. Wprawdzie Rada Główna Opiekuńcza starała się te dzieci objąć jakąś opieką – były wówczas organizowane sierocińce, starano się je umieszczać w rodzinach – niemniej jednak już po wojnie większość tych dzieci trafiła do domów dziecka. Niektóre nawet „przewinęły się” przez kilkanaście takich domów i nigdy nie otrzymały, poza bytową, opieki specjalnej, tzn. psychologicznej i materialnej rekompensaty za poniesione krzywdy. Nie ułatwiano im nauki – szły przez życie własnymi siłami. Wiele z tych dzieci cierpiało nędzę wskutek tego, że utraciwszy swoje środowisko rodzinne, nie miały dobrego startu ekonomicznego. Starania już w wolnej Polsce tych środowisk o jakąś rekompensatę zawsze spotykały się z odmową. Niestety, władze niepodległej Polski traktują te żyjące ofiary mordów przeprowadzonych przez ukraińskich nacjonalistów najgorzej, w którejś z kolei kategorii. Nikt się nimi nie przejmuje i nikt z ramienia władz nie dba o zapewnienie im opieki.
not. JAC
