Niemcy dziś – nasz problem czy szansa?

Rzeczywistość niemiecka w ostatnich czasach szybko zmienia kolory: po brunatnym kolorze faszyzmu nastąpił czarny kolor żałobny, potem po czarnym nastąpił częściowo kolor popielaty – pokuty, kolor popielaty zmieszał się z różowym kolorem socjalizmu i z kolorem czerwonym, zwłaszcza w NRD. A dziś zdają się kłócić ze sobą zielony kolor liberalizmu i znów brunatny kolor jakiegoś rewanżyzmu, jak to już było po roku 1918. Jak to umieścić w relacji do Polski? Lepiej powiedzieliby analitycy MSZ, ale oni są skrępowani regułami dyplomacji. Wypada więc chyba popatrzeć na to z punktu widzenia publicystycznego.

Zjawiska niepokojące

Polska – Niemcy jest to problem ciągle palący, musi być ujmowany w wielu płaszczyznach, a przede wszystkim głęboko i niejednostronnie. Zaczyna nas bowiem coraz bardziej niepokoić obecna postawa Niemców wobec Polski, mimo że należymy razem do UE. Aż czasami rodzi się podejrzenie, czy przyjęcie Polski do Unii nie było po prostu podstępne i nierzetelne ze strony Niemiec.

Przeciętnemu Polakowi rzucają się w oczy zjawiska mimo wszystko zewnętrzne i drugorzędne: niemiecki Związek Wypędzonych Eriki Steinbach, Powiernictwo Pruskie pod przywództwem Rudiego Pawelki, stowarzyszenia ziomkowskie i inne. Są to zjawiska niepokojące, bo próbujące przemienić ofiary II wojny światowej, wywołanej przez Niemców, w napastników i zbrodniarzy, czyli ofiarami nie byli Polacy, Żydzi, Rosjanie i inni, lecz Niemcy, bądź to „wypędzeni”, bądź to nieszczęśliwie otumanieni i sterroryzowani przez rządzącą grupę hitlerowską. Lecz jeszcze bardziej niepokojące wydają się i dziś głębinowe i perspektywistyczne cele całej polityki niemieckiej.

Otóż według tej polityki Polska była od wieków jednym z głównych obszarów niemieckiej ekspansji z powodu naszej słabszej organizacji, słabszej gospodarki i techniki i mniejszej liczebności plemion. Krwawe od początku plemiona germańskie, które przyszły ze Skandynawii i Jutlandii pod koniec II tysiąclecia przed Chrystusem, opanowały centrum Europy, wypierając Celtów, w tym Gallów, i rozprzestrzeniły się szeroko na późniejszą Francję, Anglię, Północną Italię, nie mówiąc już o całej Skandynawii. Toteż Niemcy dziś już nie mają drogi do ekspansji na tamte kraje, pozostaje im tylko Wschód. I zdaje się, że taki kierunek ekspansji wyznaczają sobie nadal w ramach UE, co i państwom zachodnim wydaje się naturalne i oczywiste. Według wielkich inżynierów Unii Europejskiej, Francja ma przewodzić Unii w dziedzinie intelektualnej, ideowej i kulturalnej. Anglia ma być łącznikiem z Ameryką, Italia, Hiszpania i inne mniejsze kraje mają tworzyć zaplecze rynkowe i ludnościowe, a Niemcy, stanowiące sam rdzeń Unii, mają głównie trzymać gospodarkę i technikę i być drogą do pochodu Europy Zachodniej na Wschód, do Rosji – europejskiej i azjatyckiej, oraz do Chin. W tej drodze Polska musi być służebna i słaba, zarówno gospodarczo, jak i państwowo, narodowo i wreszcie duchowo, żeby nie stanowiła przeszkody fizycznej, a także ideowej. Stąd też naszą samoobronę biorą za zdradę traktatu akcesyjnego, nieposłuszeństwo i „sarmacką megalomanię”.

Taki też jest w gruncie rzeczy sens, zawierający się wyraźnie w wielu punktach naszego traktatu akcesyjnego, inspirowanego przez Niemca, komisarza unijnego Guentera Verheugena, ciągle zresztą ubliżającego Polakom z samozwańczej pozycji przełożonego w czasie pertraktacji. Punkty te, zamilczane przez nasze media lub nawet utajniane przez rząd lewicowy, wabiony obietnicami ogromnych dotacji finansowych, przedstawia ostatnio Dariusz Kosiur („Myśl Polska”, 22-30 lipca 2006, s. 6-7).

1. W traktacie akcesyjnym określono listę naszych hut do całkowitej likwidacji, łącznie z koksowniami, przynoszącymi 8 mld zł rocznie dochodu. Chodziło o to, żebyśmy nie konkurowali z hutami niemieckimi.

2. Ograniczono wydobycie węgla pod pretekstem nieopłacalności i w imię doktryny liberalnej, że przemysł wydobywczy musi sam się finansować, bez żadnej pomocy państwa czy innych gałęzi przemysłu.

3. Nakazano ograniczyć produkcję mleka z 18 mln ton na rok do 7-8 mln ton, żeby nie konkurować z produkcją niemiecką, francuską i duńską. Tymczasem same nasze wewnętrzne potrzeby wynoszą ok. 11-12 mln ton na rok. Limit na mleko pociąga za sobą też limitowanie wołowiny. Z tego zapisu wynika, że mleko ponad limit należy wylać, nie można go nawet podać ubogiemu i mimo że dzieci są głodne. Dlatego już dzisiaj płacimy wysokie kary za przekroczenie limitu.

4. Banki polskie nie będą mogły zakładać w dawnej Piętnastce instytucji kredytowych. Do tego trzeba dodać, że projekt Konstytucji zapowiada, iż banki centralne państw członkowskich będą podlegały bezpośrednio Unii.

5. Polska została zobowiązana do przerobu śmieci z owych 15 państw i musi brać udział w magazynowaniu odpadów radioaktywnych z elektrowni atomowych Unii.

6. Polacy muszą złomować 50 proc. floty rybackiej.

7. Nie można udzielać pomocy firmom polskim. Stąd szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso objeżdżał naszego premiera Jarosława Kaczyńskiego za popieranie odbudowy Stoczni Gdańskiej, którą umyślnie zniszczyli postkomuniści, choć jest ona symbolem odrodzonej Polski.

8. Pod groźbą kar, wynoszących miliardy euro, Polska musi zerwać wszystkie swoje umowy z 55 państwami spoza UE, a jest ich ok. 200. Nowe umowy mogą być zawierane tylko za zezwoleniem Brukseli.

9. Polska nie wchodzi przez określone lata w celną i wizową strefę Schengen, czyli będzie jeszcze długo podlegać zachodnim rygorom celnym i wizowym.

W luźniejszej formie się postuluje, by Polska miała tylko pięć uniwersytetów, a reszta to tylko poślednie szkoły wyższe. Wymagałoby więc wyjaśnienia stwierdzenie premiera w TV Trwam, że trzeba, by w Polsce powstało kilka wielkich uniwersytetów na najwyższym poziomie, np. na podobieństwo Harvardu. Ideologia liberalna bowiem chce, by wyższe studia w ogóle ograniczyć tylko do garstki magnaterii ekonomiczno-klasowej, a reszta obywateli ma się przygotowywać tylko do prac fizycznych i technicznych. Trzeba pamiętać, że w dzisiejszych czasach o rankingu uniwersytetów decyduje przede wszystkim ideologia i propaganda. Na przykład uniwersytet moskiewski uważano za wielki, bo był komunistyczny, a w tym rankingu uniwersytety katolickie uważano za zera, bo były organizowane na zasadach katolickich. Toteż i w Harvardzie wiele dziedzin humanistycznych stoi dużo niżej niż na uniwersytetach europejskich. A wynosi je jedynie reklama.

Ponadto jest bardzo groźne żądanie, żeby całość polityki polskiej była podporządkowana polityce brukselskiej, z niemiecką na czele. Stąd wszelkie próby ratowania suwerenności polskiej, siły państwa polskiego, etyki chrześcijańskiej, kultury duchowej i patriotyzmu, co podejmuje obecna ekipa u nas, są traktowane jako łamanie ducha umów, bunt, nacjonalizm, antysemityzm, ksenofobia i homofobia. Trzeba sobie zdawać sprawę z potworności tych żądań. Nie można być idiotą. Teraz Zachód uważa, że ma podstawy prawne, a nawet zwierzchniczy obowiązek, żeby nas pouczać i atakować. A nasza opozycja, która przyjmuje żądania UE za swoje, świadomie opowiada się przeciwko polskiej racji stanu.

Postawa rezygnacji z racji polskiej na paneuropejską wchodzi już głęboko w świadomość naszych dziwnych mediów. Weźmy prosty przykład. Oto w TVP2 z 27 sierpnia 2006 r. spikerka – ciekawe, kto jej podał taki tekst – czytała z wielką radością w głosie, że Niemcy wykupują już w Polsce za 1/10 wartości zachodniej wielkie tysiące hektarów ziemi, ornej i innej, lasy, domy i inne nieruchomości, a potem niektóre sprzedają innym ludziom z UE i bardzo dobrze zarabiają. Polacy zaś nie potrafią tego czynić. Tymczasem z polskiego punktu widzenia rządy Kwaśniewskiego i jego towarzyszy oraz sojuszników muszą odpowiadać karnie za niedopuszczenie do uwłaszczenia Polaków na Ziemiach Odzyskanych. Liczni członkowie owych rządów, zresztą podobnie jak Unii Wolności, gwarantowali, że rząd niemiecki nie zgodzi się na żadne ziomkowskie i odszkodowawcze roszczenia niemieckie, a więc nie trzeba uwłaszczenia. Było to oszustwo. Owszem, rząd niemiecki nie popiera owych roszczeń urzędowo, ale wspiera duchowo i finansowo organizacje roszczeniowe i nie sprzeciwia się wnoszeniu tych roszczeń do Trybunału w Strasburgu „prywatnie”, a Trybunał ten ma już jurysdykcję i nad Polską.

UE już dawno odebrała państwu prawo ścisłego kontrolowania poprawności tzw. prywatyzacji, która jakże często była rozkładaniem. Wykorzystują to nieraz niektóre firmy niemieckie. Oto znowu przykład. Na Śląsku Francuzi kupili 16 naszych cukrowni, notabene za tyle, ile kosztowała na rynku jedna tylko taka cukrownia. I okazało się, że faktycznymi nabywcami byli Niemcy (Suedzucker), którzy Śląsk uważają już za swój pod względem gospodarczym. Francuzi byli tylko podstawieni dla zmyłki (informacja od S. Lubasia). Nasi urzędnicy, oczywiście, tę transakcję poparli.

W dniach 23-24 sierpnia br. marynarka niemiecka odbyła manewry morskie na Bałtyku na polskich wodach k. Szczecina bez uprzedniego powiadomienia nas o tym. Widocznie tereny polskie, a zwłaszcza Szczecińskie, uważają już za swoje, bo „unijne”.

Doznajemy też coraz więcej coraz bardziej bezczelnych ataków na Polskę, na prezydenta, na premiera, na Kościół polski i na całe społeczeństwo. Ataki te nie mieszczą się w żadnych konwencjach politycznych i dyplomatycznych. Po prostu Niemcy w polityce międzynarodowej, nawet katolicy, nie przyjmują czy nie stosują zasad moralności ewangelicznej. Zaczynają przypominać pod tym względem etykę faszystowską lub bolszewicką. Ataki te przypuszczają nie tylko działacze ziomkowscy, ale także pełnomocnicy rządu, niektóre dzienniki i tygodniki, zwłaszcza te bardziej renomowane, wielu innych polityków, dziennikarzy, członków różnych organizacji społecznych i politycznych, są nawet ujemne akcenty o Polsce w podręcznikach szkolnych itd. Zarzuty te – powtarzam raz jeszcze – sprowadzają się w gruncie rzeczy do tego, że IV Rzeczpospolita chce być w pełni suwerenna, z etyką chrześcijańską, z silnym Kościołem katolickim, niechętna demoralizacji szkolnej i medialnej, odrzucająca zdegenerowane wartości ideologii liberalnej, doceniająca narodowość i patriotyzm oraz zachowująca wieś tradycyjną (stąd ataki na Andrzeja Leppera i Romana Giertycha). Niemcy nie chcą zrozumieć, że Polska chce być w Europie i w Unii, że chce współpracy, partnerskiej polityki i przyjaźni narodowej, a jedynie nie chce być utopiona w jakiejś brudnej sadzawce utopistów, chce pozostać sobą i nie chce być tylko poddaną i służącą ani pani Unii, ani panom Niemcom.

Smutne, że i nasza opozycja – i ta poważna, i ta groteskowa – popiera właściwie prawie wszystkie zarzuty niemieckie i również wini Polskę za to, że chce być prawdziwą Polską i że „panowie Kaczyńscy” czynią zarzuty niemieckie „słusznymi”. Jest to jakaś zespołowa choroba frustratów i przegranych.

Nie jest również przejrzysta i czysta postawa pani kanclerz Merkel, która nawołuje Polaków i nasz rząd do „szczerych, otwartych i rzeczowych rozmów” w sprawie Centrum przeciwko Wypędzeniom i w całej polityce sąsiedzkiej. Takie wypowiedzi oznaczają tyle: „My, Niemcy, mamy całkowitą rację, wy, Polacy musicie dziś tę rację uznać, ustąpić, zapomnieć o czasach wojny, no i przyjąć idee liberalne, to wtedy będziecie w polityce szczerzy, otwarci i rzeczowi”. Tak. Politykom niemieckim, przynajmniej tym bardziej oficjalnym, znowu oczy zachodzą mgłą czy zaćmą.

Wymieniłem tu tylko niektóre rzeczy. Niepokojących spraw między Niemcami a Polską jest dużo, dużo więcej. Nie sposób ich wyliczyć w artykule – choćby np. niezachowanie przez rząd niemiecki wielu punktów Układu Poczdamskiego, jak odradzanie się militarne Niemiec. Przy tym bardzo wiele takich spraw jest zamilczanych lub krytych przed publicznością polską. Posowieccy politycy polscy zdają się mieć kompleks „niezagwarantowanej z zewnątrz wolności”.

Zjawiska jaśniejsze

Warto spojrzeć na problem polsko-niemiecki także z innej strony, od strony zwykłych obywateli i w świetle spostrzeżeń i doświadczeń polskich księży, pracujących licznie w Niemczech, głównie w Bawarii i Szwabii, bądź to okresowo, bądź to na stałe, nie tylko w ośrodkach polonijnych, ale i czysto niemieckich.

Otóż według tych źródeł, w dołach społeczeństwa niemieckiego – zarówno katolickiego, jak i protestanckiego – zaznacza się coraz wyraźniej atmosfera dużej życzliwości Niemców wobec Polaków. Przy tym dobrze są traktowani nie tylko księża, lecz także wszyscy Polacy. Wprawdzie żywa jest jeszcze opinia, że Polacy to złodzieje samochodów, ale już bardzo cichnie. Polacy są oceniani najwyżej spośród wszystkich imigrantów, grup mniejszościowych i robotników sezonowych. Coraz mniej krąży żartów uszczypliwych dla Polaków i Niemcy nie unikają ostrych dowcipów o samych sobie, np. Niemiec nie niszczy rozumu, bo go nie używa. Coraz mniej obawiają się polskich robotników, głównie na wsi. Raczej swoich uważają za gorszych, bo leniwych. Na przykład gdzieś zgłosiło się do zbierania szparagów 60 robotników niemieckich pierwszego dnia po ogłoszeniu, ale na drugi dzień stawiło się ich już tylko 11, a na trzeci dzień zostało tylko 2. Polscy zbieracze trwają do końca.

Zwłaszcza fachowców polskich wolą bardziej niż niemieckich. Uważają ich za odpowiedzialniejszych, przykładających się, inteligentnych i kontaktowych, coś takiego jak hydraulik polski w Paryżu. Trzeba pamiętać, że społeczeństwo dobrobytu zrobiło się już wygodnickie, ospałe i nie radzi sobie z pracami ciężkimi i trudnymi. Niemcy też coraz częściej szukają Polek na żony, i to nie tylko bauerowie na wsi, gdzie – podobnie jak w Polsce – kobiety nie chcą podejmować ciężkich i nieustannych prac rolnych i domowych, lecz także i mieszkańcy miast.

Mówią po prostu – niech się tylko Niemki na to nie obrażają! – że Polki są dużo ładniejsze, bardziej kobiece, miłe, subtelne, inteligentne, bardziej odpowiedzialne i rodzinnie moralne. Oczywiście, zawsze są wyjątki. Ale i sami Niemcy mają specyficzną motywację związku z kobietą: kierują się nie tyle miłością, ile raczej motywem praktyczno-gospodarczym. Gdy Niemiec chce się ożenić, to bierze pod uwagę w 60 proc. stan konta partnerki, w 30 proc. jej urodę, a tylko w 10 proc. jej charakter. Taka tendencja występuje jeszcze mocniej u kobiet w stosunku do mężczyzn: też na pierwszym miejscu konto. A wreszcie, jakby z zemsty na mężczyznach, kobiety niemieckie wolą Polaków na mężów jako bardziej emocjonalnych, żywych, z fantazją, wesołych, zaradnych i towarzyskich. Oczywiście rozluźnienie seksualne w Niemczech jest znacznie większe niż w Polsce.

Jeżeli chodzi o tło religijne, to też jest coraz lepiej. Protestanci nie krytykują już tak mocno polskiego katolicyzmu, choć nie chcieliby go mieć w Niemczech. Niemniej jednak podziwiają polskie duszpasterstwo w Niemczech i bardzo zazdroszczą polskim księżom pracującym wśród Polonii. Zresztą wszyscy – protestanci i katolicy niemieccy – podziwiają wielką frekwencję Polaków w kościołach. W ramach protestantyzmu w Niemczech działają 23 wyznania: ewangelicy, reformowani, unitarianie itd. Wyznawcy chlubią się swym pluralizmem i wolnością, a jednak w głębi boleją nad rozbiciem i podziałami. Toteż zaznacza się silna tendencja do niwelowania różnic międzywyznaniowych, w tym także co do katolicyzmu. W ramach ekumenizmu nie bardzo chcą przestrzegać różnic. Zwłaszcza pastorzy protestanccy chcieliby razem z kapłanami katolickimi sprawować Eucharystie lub uważają, że mogą przyjmować Komunię Świętą w celebrze katolickiej bez spełnienia wstępnych warunków, czyli bez wyznania wiary w obecność Chrystusa w Eucharystii i bez pokuty za grzechy ciężkie. Zresztą również coraz więcej katolików przystępuje do Komunii Świętej bez spowiedzi, co zdarza się coraz częściej i w Polsce. Słabnie też w Niemczech zrozumienie dla doktryny i dogmatów. Liczy się przede wszystkim działalność charytatywna, jak u masonów. I właśnie my w Polsce doświadczyliśmy wielkiego serca Niemców w okresie stanu wojennego. Zresztą katolicki Kościół niemiecki stale, przez cały czas komuny i potem, wspierał Kościół polski, przysyłał dary, leki, pieniądze, książki i dawał auta biskupom polskim. Stąd nasi biskupi do dziś nie mogą nic powiedzieć przeciwko Niemcom w ogóle.

W katolickim Kościele niemieckim dotkliwie brakuje kapłanów. Lecz przyczyną tego nie jest tylko celibat, jak to się często upraszcza. I u protestantów bowiem brakuje kandydatów na pastorów, choć wstępują w związki małżeńskie, a nawet zaczyna brakować kandydatek na pastorki, choć od nich wymaga się jeszcze mniej. Raczej u jednych i drugich, u katolików i protestantów, przyczyną jest wygodnictwo życiowe, brak hartu ducha, rozpieszczanie w młodości, brak ducha służby i ofiary, a wreszcie ogólny sekularyzm, materializm i niewiara. Religia chrześcijańska wymaga mocnego charakteru.

W ogólności życie prostych ludzi na dole w Niemczech jest jakby smutne, szare i bez fantazji, choć na wyższym poziomie niż w Polsce. Byłyby tam bardzo potrzebne polska fantazja, zabawowość, humor i serdeczność.

Szkoły podstawowe i średnie stoją dziś w Niemczech na niższym poziomie niż przed wojną i niż dzisiaj w Polsce w większych miejscowościach. Są głównie dwie tego przyczyny: współczesna ideologia kształcenia i wychowania „bezstresowego” i „bezdyscyplinarnego” oraz upadek ideału intelektualisty, inteligenta i naukowca. Młodzieży nie chce się zbytnio męczyć nauką i dyscypliną samowychowawczą. I po skończeniu 18. roku życia młodzieniec szuka przede wszystkim pracy, zarobku i ekonomicznej samowystarczalności. Jeśli ktoś zdobędzie maturę, to już jest bardzo dużo. Na przykład na 4-tysięczną parafię na wyższych studiach są dwie osoby, choć i innych byłoby stać finansowo. I tak, gdy dzieci osiągają 18 lat, rodzice już je tracą, pozostają sami. Chłopiec, jeśli znajdzie pracę, bierze sobie przyjaciółkę, wyprowadza się z domu i żyją ze sobą zwykle kilka lat bez ślubu. Dwie rzeczy decydują o losie: pieniądze i swoboda bycia. Młodzież na ogół nie zajmuje się polityką i nie czuje patriotyzmu, chyba że wstąpi – choć to rzadko – do jakiegoś ugrupowania politycznego.

Kościół w Niemczech jest sprawą prywatną, nie wolno mu odgrywać żadnej znaczącej roli w życiu publicznym i państwowym. Toteż katolik publicznie jako katolik nie politykuje, w przeciwieństwie do Polaków. Na Polskę patrzy się dziś najczęściej nie politycznie, lecz gospodarczo, obyczajowo, turystycznie i historycznie. Gdyby jakiś duchowny zaatakował publicznie, nawet w kazaniu, prawo aborcyjne, homoseksualizm lub liberalizm, to w przeciwieństwie do Polski mógłby być sądzony i karany, jak to miało miejsce niedawno w Szwecji. Może sobie wygłaszać wszelkie poglądy i krytyki, ale tylko prywatnie, czyli prawo wolności słowa jest niejako prywatne. Natomiast może publicznie i w wielkich mediach krytykować Kościół, religię, dogmaty, hierarchię i etykę religijną, bo jest „wolność słowa”, i nie może nigdy ucierpieć za to ani od władz publicznych, ani od władzy kościelnej. Dlatego też i bluźnierstwa przeciwko Bogu, Kościołowi, wierze i ludziom religijnym nie mogą pociągać za sobą żadnych konsekwencji. Przy tym często jedni, nawet katolicy, uważają, że przez elementy bluźniercze oczyszcza się i weryfikuje religię, a drudzy biorą je sobie jako motywy do literatury i sztuki, bo szuka się „nowych, śmiałych” wątków artystycznych. Publicznie może być prowadzona przez Kościół tylko działalność charytatywna. W każdym razie obrażanie się Polaków za bluźnierstwa religijne i za ataki na moralność chrześcijańską budzi u inteligencji niemieckiej niezrozumienie i zdziwienie. Jest to uważane za konserwatyzm i zaściankowość.

Ciekawa jest struktura życia towarzyskiego i społecznego. Dziś każdy samodzielny Niemiec swoje życie zamyka w swoim domu, mieszkanie to jest jego świat nienaruszalny sakralnie, nie zna sąsiada, nie ma tłumów przyjaciół. Ale ci sami Niemcy silnie ożywają społecznie w zgromadzeniach, na festynach, tagach i na scenie publicznej, bardzo sobie pomagają i są bardzo solidarni. Można powiedzieć, że dziedziczy się tu ducha starogermańskich plemion. Niemcy w zbiorowościach stają się innymi ludźmi, łatwo natchnąć ich nacjonalistyczną ideologią. Stąd łagodny i miłujący ojciec w domu mógł się stawać krwawym człowiekiem w wojsku, w oddziale, w partii. Na ogół żywy duch wspólnotowy i patriotyczny jest ograniczony do landu („krainy”), nie do całego państwa, które jest Rzeszą – właśnie rzeszą landów. Świadomość i patriotyzm Rzeszy kształtuje od dawna duch pruski, który wywodzi się z peryferiów właściwych Niemiec, ale który zrodził się z militarnej „stanicy” podboju i parcia na wschód. W historii tak bywa; również u nas najbardziej patriotyczne ośrodki powstawały na rubieżach: Litwy, Rosji, Ukrainy, na Śląsku. Ale dziś doskwiera Niemcom szczególnie to, że ich społeczeństwo jest wielką mieszanką narodowościową, toteż naczelnym dążeniem władz jest integracja ludności. Niemcy boją się utraty tożsamości. Dlatego ożywiają się grupy narodowe i nacjonalistyczne. Na północy bowiem, np. w Hamburgu, trafiają się już szkoły, w których 3/4 to dzieci mniejszości etnicznych i narodowych. W Bawarii katolickiej jest znacznie lepiej, ludność jest silniej zespalana przez zwarty Kościół. Ale i tu robi się coraz gorzej. Może dlatego właśnie Bawarczycy wolą Polaków niż inne mniejszości, gdyż Polacy jako katolicy łatwiej się komunikują z Niemcami.

Podobno w Bawarii i Szwabii osoba Eriki Steinbach nie odgrywa żadnej roli poza reminiscencją wojny u starszych. Poprzedni nasz rząd Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego i innych lewicowców Bawarczycy i Szwabi odbierali jako komunistyczny i nie dowierzali mu w niczym, a najwyżej politycy chcieli wyciągnąć z tego korzyści materialne, no i wykorzystywali ich słabość polityczną do uzależnienia władz polskich od interesów niemieckich. Dziś natomiast – o dziwo – rząd Kaczyńskich uważają, wbrew oficjalnej prasie, za polski, prawdziwy, normalny, choć oczywiście trudniejszy dla nich, dla ich polityki. Ma miejsce wszakże wielki dystans między zwyczajnym społeczeństwem niemieckim a politykami, inteligencją, działaczami społecznymi i twórcami nowoczesnej kultury, zresztą zorientowanymi przeważnie na lobby żydowskie i syjonistyczne. Dlatego atmosfera „na górze” jest tak różna od atmosfery „na dole”. Stąd doszło do tego, że ten, kto by na górze poruszył publicznie sprawy narodowe w duchu nie filosemickim, jest od razu i do końca przegrany – i politycznie, i społecznie, i kulturalnie. Księża mówią, że media w 80 procentach są w rękach filosemitów, podobnie jak w Ameryce i w Anglii, i właśnie to jest smutne, że te głównie media krytykują Polskę, nasz katolicyzm, etykę ewangeliczną, no i nasze niezależne od koncernów niemieckich i wolne medium toruńskie. Współpracuje z tym ściśle taka sama orientacja w Polsce, popierana nawet przez grupę hierarchów i prezbiterów. Zresztą, atakowane są również gwałtownie katolickie radia w Niemczech. A Polska jest krytykowana przez te media za to, że nie zwraca majątków, nie płaci odszkodowań, jest zdecydowanie katolicka, jest zbyt wyniosła i nie godzi się na służebną rolę w UE. I tak powraca w pewnym sensie wojna, choć nie militarna, między państwem niemieckim i polskim.

Jednakże zwykli Niemcy nie chcą ani panować nad Polską, ani jej na nowo podbijać, ani nawet poddawać jej sobie gospodarczo. Wielu katolików niemieckich uważa Polskę i Kościół polski za wzór wspólnotowego życia narodowego. Odpowiada im religijność polska, przywiązanie do ziemi, co było też u dawnych Germanów, duch wspólnotowy i brak militaryzmu. Czasami Niemcy wyrażają dziś nadzieję, że Polacy wniosą coś ożywczego do całej Europy i oni sami pełniej się odnajdą.

Obecnie zresztą i katolicyzm niemiecki zdradza objawy odrodzenia, szczególnie po wyborze Józefa Ratzingera na Papieża. Tuż po wyborze Niemcy jakby odnosili się z rezerwą, obecnie jednak katolicy niemieccy coraz bardziej się wyprostowują, jak kiedyś Polacy po wyborze Karola Wojtyły. I oto te oba pontyfikaty prowadzą niewątpliwie do większego zbliżenia między Polską a Niemcami, bo oddają jedną, wspólną rodzinę chrześcijańską. Dotychczas jednak statystycznie w Niemczech 1/3 obywateli stanowią katolicy, 1/3 protestanci i 1/3 inne religie i ateiści, których jest coraz więcej.

Wnioski

Jak rozumieć u Niemców z jednej strony obecną nieprzyjaźń w stosunku do Polski, a z drugiej strony rosnącą przyjaźń, z którą powinniśmy współpracować? Dla pełności obrazu trzeba by przeprowadzić specjalne badania naukowe, jednak wnosi coś także poznanie potoczne i obserwacja życiowa. Zwłaszcza nie można lekceważyć tu głosów polskich księży, którzy muszą czynić takie obserwacje dla celów duszpasterskich, a przy tym mają swoje doświadczenie, perspektywę, mądrość i zmysł społeczno-polityczny. Politycy niech się za bardzo nie pysznią jako rzekomi monopoliści wiedzy społecznej i mądrości. Przede wszystkim nie wolno poprzestawać na samych mediach, zarówno niemieckich, jak i polskich, których właścicielami są przeważnie Niemcy i które przedstawiają jedynie poglądy i nurty niektórych grup na górze.

Otóż trudności w stosunku do Polski wyłaniają się w Niemczech przeważnie od strony ideologów liberalnych, części inteligencji, polityków i mediów, słowem od „góry”, nie ma natomiast lub prawie nie ma takich trudności na dole. Cały szkopuł w tym, że owa warstwa „na górze” określa całą głośną politykę Niemców wobec Polski.

Całe rozwiązanie leży więc w zmianie profilu polityki i mentalności „u góry”. Polityka polska musi dać zdecydowany i pełny odpór tej polityce antypolskiej. Inaczej znowu możemy wszystko przegrać, może nawet samą Polskę. Kapitulacja wobec fałszów jest czymś najgorszym. A to będzie pomocą i dla samych Niemców, bo ustępowanie im jak w Monachium doprowadziło właśnie do wojny i rozzuchwalenia złych polityków. U nas natomiast ogół społeczeństwa jeszcze trochę się dzieli co do Niemiec. Jedni przypisują im wszelkie zło, drudzy tworzą blok pojednania, ścisłej współpracy gospodarczej i przyjacielskości, idąc w dużej mierze za listem biskupów z roku 1965: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Tych drugich jest coraz więcej, zapewne już ponad połowa. I tych drugich trzeba u nas wspierać, ale w oparciu o prawdę historyczną i polityczną, o nasze siły wynikające z naszej tożsamości, w oparciu o idee chrześcijańskie, jak chcieli Księża Biskupi, bez wyrzekania się polskości, katolicyzmu i suwerenności, co zdają się nam sugerować politycy liberalni i lewicowi oraz media polskojęzyczne. I liberałowie, i lewica nie baczą na wartości Boże i ludzkie, chcą przede wszystkim zarabiać na proniemieckości i na filosemityzmie. Ostatnio opozycja u nas woła, żebyśmy szli wszyscy „razem” w polityce zagranicznej, ale przy ich pogardzie i zapiekłości wobec koalicji takie „razem” oznaczałoby poddanie się wszystkich racjom niemieckim i dominacji niemieckiej we wszystkich dziedzinach. Jest to wezwanie błędne i kłamliwe. Teraz się pokazało, jak u nas postkomuniści, lewica i masoneria tracą zmysł polski. Oni jak etatowi niewolnicy szukają pana. Pojednanie, współpraca i przyjaźń nie mogą być w niczym zafałszowane. Niemcy są więc wielką naszą szansą, ale na bazie prawdy. Nie można się nawzajem okłamywać, ale dla pełnego sukcesu musi upłynąć jeszcze wiele czasu. Trzeba wiele pracy i cierpliwości.

ks. prof. Czesław S. Bartnik
drukuj