Niech to się wreszcie skończy

Kiedy zapytano w szpitalu ledwie żywego młodzieńca, gdy odzyskał w końcu
przytomność, dlaczego wyskoczył przez okno, przecież mógł się zabić,
odpowiedział zaskoczonym lekarzom: "Ale Batman zatrzymuje się zawsze metr nad
ziemią".

To nie jest wymyślona śmieszna anegdotka, to wydarzyło się naprawdę, tak jak
tragicznie prawdziwy okazał się 19 października br. w Łodzi, kiedy to w biały
dzień opętany nienawiścią do PiS zwykły człowiek, były taksówkarz, nie jakiś tam
"szaleniec", jak nazwały go media, zastrzelił Marka Rosiaka, asystenta europosła
Janusza Wojciechowskiego, a ciężko ranił nożem Pawła Kowalskiego, asystenta
szefa łódzkiego PiS posła Jarosława Jagiełły. Prowadzony w kajdankach krzyczał
jeszcze o nienawiści do PiS i o tym, że chciał zabić Kaczyńskiego, ale miał "za
małą broń".
Nie sądzę, by wydarzenie to spowodowało wśród polityków Platformy Obywatelskiej,
szczególnie u tych odpowiedzialnych za sianie nienawiści wobec PiS, zmianę na
lepsze, tym bardziej po refleksji premiera Donalda Tuska o "jednostkowym
tragicznym wypadku", chociaż – jak przyznał – motywowanym politycznie.
Małgorzata Kidawa-Błońska tłumaczyła, że mogło się to zdarzyć wszędzie, i
odrzuciła zarzuty o agresywność PO w polityce, a tym samym o polityczną i
moralną odpowiedzialność za tragedię. Zdaniem tej posłanki, agresja w polityce
to przecież domena PiS. Jest to wyrafinowane przekręcanie faktów, odwracanie
kota ogonem, stara zagrywka w stylu "łapaj złodzieja".
"Wielka kampania nienawiści", o której mówił po tragedii w Łodzi Jarosław
Kaczyński, jest faktem szeroko i dokładnie udokumentowanym. Żadne pokrętne
zapewnienia tego faktu nie zmienią. Nawet to, że to zwycięzcy piszą historię.
"Czyny i rozmowy", jak z wiersza Miłosza, zostały już dawno "spisane" i wiemy,
kto siał nienawiść, a kto był w olbrzymiej większości przedmiotem agresji. Kto
niesprawiedliwie oskarżał, a kto się głównie bronił. Tak opisze to historia. W
tym opisie znajdzie się wszystko, co uczyniła Platforma, łącznie z wypowiedzią
posła Niesiołowskiego (niemal tuż po tragedii w Łodzi) o oddaniu Jarosława
Kaczyńskiego "do psychiatryka".
Ale jest też i druga, nie mniej odpowiedzialna od polityków, siła sprawcza tego
niebezpiecznie napędzającego się społecznego konfliktu, tej wojny
polsko-polskiej. To media, przede wszystkim jedna bogata telewizja komercyjna i
równie bogata prywatna gazeta oraz prywatne radio ponadregionalne, znane ze
skutecznego podawania do sądów tych, którzy piszą o nich prawdę. W sukurs
przychodzą im niektóre bogate portale internetowe. "Jarosław Kaczyński po ataku
atakuje" – tak w dniu tragedii zapowiadała kolejny "news" spikerka tej
komercyjnej stacji, która od lat zajmuje się insynuacjami i komentarzami. Od
niedawna ma też "swoją" partię polityczną, kierowaną przez gwiazdę jej programów
– Palikota. Zapewne wspólnie nakręcano tę spiralę nienawiści do PiS i braci
Kaczyńskich. Dziś ludzi myślących w ten sposób jest już niestety bardzo dużo.
"Kupili" serwowaną im przez media "jedyną prawdę" i uważają ją za własną. Myślą
i działają jak ten chłopiec, który był przekonany, że można być latającym
Batmanem i zatrzymać się metr nad ziemią.
Ciężko będzie to odwrócić, bo kłamstwo zawsze dobrze się sprzedaje, a prawda
bywa trudna i często bolesna. Może jest to już niemożliwe, bo niby kto miałby to
zmienić.
Brak odpowiedzialności większości mediów za kształt naszego życia
społeczno-politycznego bierze się stąd, że są jedną ze stron w tym
polsko-polskim konflikcie. Wpłynęła na to ich geneza – niedemokratyczny początek
tworzenia się prywatnych elektronicznych mediów w Polsce w pierwszych latach
tzw. transformacji systemu z udziałem komunistycznych tajnych służb. Dawało to
mediom bezkarne przekonanie o ich kreacyjnej roli w tworzeniu wygodnych dla
siebie zjawisk i faktów. Przekonanie, że bez zaangażowania się tych mediów nic w
Polsce nie może się wydarzyć, także zmiana władzy.
Zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych w 2005 roku oraz sukces prezydencki
Lecha Kaczyńskiego w tymże roku zmobilizowały i zjednoczyły przeciwników
dalszych suwerennych zmian w Polsce. Od tego momentu rozpoczęła się olbrzymia
operacja polityczno-medialna wmawiania społeczeństwu polskiemu, że zaproponowane
przez PiS i braci Kaczyńskich zmiany są niedemokratyczne i stanowią dla nich
osobiste zagrożenie. Wielu zwykłych Polaków w to uwierzyło jak w historię z
fabularnego filmu, gdyż nie przychodziło im do głowy, iż media mogą po prostu
bezczelnie kłamać, a w tym kłamstwie mają swój polityczny interes. Inni,
przywiązani do swojej roli w PRL, odnaleźli w kampanii nienawiści wobec PiS
szansę na rewanż, zlikwidowanie raz na zawsze groźby lustracji i swoistą
rehabilitację. Od tego momentu zaczęło się dzielenie Polaków na lepszych i
gorszych, swoich i "tępe kaczki" (Niesiołowski), wykształconych, zadowolonych i
biedne sfrustrowane "mohery" (Tusk), na Polskę nowoczesną i zacofaną,
proeuropejską i ksenofobiczną. To o tej drugiej Polsce mówił premier:
"wyginiecie jak dinozaury", a minister Sikorski zapowiadał: "Jeszcze jedna bitwa
i dorżniemy watahy". To Palikot przekonywał, że każdy dzień prezydentury
Kaczyńskiego przybliża nas do katastrofy, a Bronisław Komorowski dywagował o
"ślepym snajperze", a potem stwierdził, że "Przyjdą wybory prezydenckie albo
prezydent będzie gdzieś leciał i to się wszystko zmieni".
Tych słów nie da się zapomnieć.

Wojciech Reszczyński
 

Autor jest komentatorem w Programie 3 Polskiego Radia.

drukuj