Samodzielnie czy na zlecenie?
Z Witoldem Waszczykowskim, wiceministrem spraw zagranicznych i wiceszefem
Biura Bezpieczeństwa Narodowego w latach 2008-2010, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Zmieni się coś, Pana zdaniem, w polskiej polityce po morderstwie w Łodzi?
– To, co się stało w Łodzi, odbieram z bólem i wielką przykrością, bo stała się
rzecz niespotykana. Doszło bowiem do ataku terrorystycznego na urząd państwa,
ponieważ biura poselskie to są biura urzędników państwowych. Jest to także napad
na nasze przedstawicielstwo w UE i naszą politykę unijną, bo jedno z tych biur
jest biurem europosła. Od razu rodzi się dylemat, czy w takiej polityce
uczestniczyć, czy nie. Nie wolno jednak dać się zastraszyć, nie wolno ustąpić,
zejść gdzieś na bok wobec takich ataków. Przeciwnie – trzeba mocniej wejść w tę
politykę, by ją zmieniać na lepsze, by nigdy więcej nie prowadziła do takich
sytuacji.
Jakie najpilniejsze kwestie, według Pana, powinny zostać tutaj poruszone?
– Ostatnimi laty polska polityka jest zwichrowana i to, co się wydarzyło w
Łodzi, jest tego owocem. W politykę powinni zaangażować się porządni ludzie,
którzy nie chcą prowadzić kampanii negatywnych i opluwać czy dyskredytować
swoich politycznych konkurentów. Nie traktuję polityki jako walki, a swoich
konkurentów jako przeciwników. Niestety, tak podchodzi do tego wielu polityków.
Przeciwnikiem można być jedynie w walce wojennej, polityka zaś powinna być
rywalizacją na argumenty, przekonywaniem konkurentów do swojego programu, a nie
opluwaniem ich i dyskredytowaniem ich programu. Chciałbym więc, żeby zmianie
uległ dyskurs polityczny, by zaczęto dostrzegać, że w kanonie demokratycznym
poglądy wszystkich są równe.
Często w tej walce politycznej zapomina się o wyborcach, a przecież to
właśnie oni dali parlamentarzystom mandat i oczekują od polityków innego
zachowania niż to, jakie od wielu miesięcy, by nie rzec lat, obserwujemy na
scenie politycznej.
– Dokładnie. Raz wygrywają poglądy takiej opcji, za kilka lat innej, bo to
wyborcy mają o tym decydować. W ostatnich latach doszło jednak do tego, że
partia, która przejęła władzę, zaczęła w dyskursie politycznym monopolizować
swój program i twierdzić, że programy innych partii nie mają prawa istnieć i
funkcjonować. Zaczęto wręcz używać metod administracyjnych do zwalczania
opozycji. Od lat, aby zdobyć władzę, metodą półprawd, a nawet kłamstw
demonizowano opozycję i w specjalny sposób jej poszczególnych członków. Mało
tego, uznano rzekomo, że działania opozycji są antysystemowe, więc
antydemokratyczne i w związku z tym nielegalne. Taka sytuacja jest nie do
przyjęcia. Ten trend trzeba zmienić.
Pan też mógł być w tym biurze we wtorek…
– Akurat tamtego ranka w nim nie byłem… Oczywiście, taka refleksja też się
pojawiła. Do tej pory, gdy o tym myślę, ciarki chodzą mi po plecach. Prawdą
jest, że mój powrót do Łodzi z Warszawy został tu mocno odnotowany, trochę
potrząsnął łódzką sceną polityczną. Od razu jednak zapowiedziałem, że nie będę
prowadził kampanii negatywnej. Nie atakowałem polityki czy programów innych
konkurentów do fotela prezydenckiego. Jednak to moje biuro zostało zaatakowane.
Zastanawiał się Pan nad wycofaniem swojej kandydatury z ubiegania się o
prezydenturę w Łodzi?
– Oczywiście, że w takim momencie przychodzi refleksja, co robić dalej, ale ona
pojawia się tylko na chwilę. Później rodzi się bunt i myśl, że nie możemy dać
się zastraszyć. Nie może być tak, że przez zamach terrorystyczny zmusza się
polityków do wycofania się ze swej działalności. Czuję się odpowiedzialny za
osobę, która zginęła, i za kolegę, który jest ciężko ranny, i uważam, że ze
względu na nich należy próbować zmienić tę politykę. W przeciwnym razie ich
ofiara poszłaby na marne.
W jaki sposób powinny być traktowane dziś przypadki werbalnej agresji wobec
polityków? Co się powinno zmienić, aby już nigdy więcej nie doszło w Polsce do
politycznego mordu?
– To bardzo trudne pytanie, bo musiałaby się zmienić mentalność w partiach,
które próbują zawłaszczyć dyskurs polityczny. Należałoby przeprowadzić jakąś
refleksję, że nie rządzi się na zawsze, że – tak jak wcześniej mówiliśmy – rządy
zależą od decyzji wyborców. W związku z tym przyjdzie wcześniej czy później
moment rozliczenia pracy polityków, należy więc zachować uczciwość i pewne
standardy. Drugą kwestią jest apel, który powinien być skierowany do mediów.
Wiem, że media bardzo lubią wizerunkowych polityków, chwytliwych, soczystych,
ale nie powinny nagłaśniać i publikować ich słów, które nawołują do ustrzelenia
bądź wypatroszenia kogoś. Jak widzimy, słowa potrafią bardzo ranić…
Pana zdaniem, zabójstwo w Łodzi potwierdza, że przekroczyliśmy polityczny
Rubikon?
– Od lat wspomina się o tym, że przekroczyliśmy jakiś niewłaściwy zakręt czy
zjechaliśmy z głównej ścieżki, że wiele kanonów demokratycznych zostało
naruszonych. Traktowanie swojego konkurenta politycznego jako wroga, olbrzymia
akcja propagandowa, której się używa, by dyskredytować innych polityków, oraz
uciszanie ich przez stosowanie chwytów administracyjnych to dziś standard. Sam
byłem tego przykładem, kiedy nie mogąc poradzić sobie z moją oceną polityki
zagranicznej, wykorzystano służby bezpieczeństwa, by odebrać mi certyfikat.
Następnie wyrzucono mnie z pracy, jak się okazuje, po to tylko, aby znaleźć
miejsce dla córki innego ministra. To chwyty poniżej pasa stosowane po to, by
zdyskredytować osobę, która zajmuje inne stanowisko polityczne bądź
merytoryczne.
Morderca Ryszard C. to współpracownik MO, jednak w publicznym odbiorze stara
się z niego zrobić niepoczytalnego szaleńca.
– Od miesięcy jak wielu innych stawiałem pytania odnośnie do tego, co się stało
w Smoleńsku. Za samo stawianie pytań jesteśmy odsądzani od czci i wiary. Dzieje
się to również teraz. Ponieważ jednak do morderstwa doszło na moim terenie, w
moim biurze i zdarzenie to dotknęło osoby, z którymi współpracowałem, mam nie
tylko prawo, ale i obowiązek stawiania pytań i domagania się na nie odpowiedzi.
Łatwo to relatywizować. Okazuje się bowiem, że część mediów i polityków uważa,
że to był szaleniec. Mamy zapomnieć, że ktoś zginął? Nie! Uważam, że trzeba to
sprawdzić. Wiele informacji, które posiadamy, świadczy o tym, że to był człowiek
przygotowany do zbrodni. Od kilku dni mieszkał w Łodzi, prawdopodobnie śledził
pracowników biura, był zaopatrzony we wszelką broń. Stawiam więc pytanie: czy
Ryszard C. działał samodzielnie, czy na zlecenie, i domagam się, aby odpowiednie
służby sprawdziły to i odpowiedziały na nie. Jestem przekonany, że gdyby, nie
daj Bóg, coś takiego przytrafiło się innej partii, to mielibyśmy prawie sytuację
jak ze stanu wojennego, stanu wyjątkowego i użyto by wtedy wszelkich metod
administracyjnych, żeby oskarżyć partie opozycyjne o sianie nienawiści, z ich
delegalizacją włącznie. Tymczasem taką zbrodnię się bagatelizuje, wzrusza
ramionami i nie pozwala się nam nawet stawiać pytań.
Dziękuję za rozmowę.
