Niech Kadafi odda władzę
Przywódcy 27 państw UE zebrani wczoraj na szczycie w Brukseli podjęli
decyzję o uznaniu opozycyjnej, tymczasowej Narodowej Rady Libijskiej z siedzibą
w Bengazi za prawomocnego politycznego rozmówcę. Wezwali oni także libijskiego
przywódcę – Muammara Kadafiego, do natychmiastowego odejścia. Niewielu jednak
spośród zebranych prezydentów i premierów było gotowych poprzeć stanowisko
Francji i Wielkiej Brytanii dotyczące przeprowadzenia bombardowań sił wiernych
Kadafiemu.
– Rada Europejska wita tymczasową Narodową Radę Libijską z siedzibą w Bengazi
jako politycznego rozmówcę – powiedział, ogłaszając wyniki szczytu Unii
Europejskiej w sprawie Libii, przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy.
Przywódcy unijnej "27" wezwali jednocześnie przywódcę tego kraju – pułkownika
Muammara Kadafiego – do natychmiastowego odejścia, potępiając użytą przez niego
przemoc wobec swoich obywateli. – Kadafi musi odejść, to nasze jednomyślne
stanowisko – podkreślił kategorycznie szef Komisji Europejskiej José Barroso. Na
zakończenie szczytu UE w sprawie Libii zebrani zapowiedzieli także, że ocenią
wszystkie możliwe opcje, by chronić cywilów w tym kraju. Pod warunkiem jednak,
że – jak podkreślił Van Rompuy – będzie po temu podstawa prawna i poparcie w
regionie.
Wbrew oczekiwaniom przyjęta wczoraj deklaracja nie wspomina ani słowem o
możliwości utworzenia strefy zakazu lotów nad Libią. Kanclerz Niemiec Angela
Merkel powiedziała po szczycie, że jest "zasadniczo sceptyczna, jeżeli chodzi o
zaangażowanie wojskowe w Libii". Czołowi politycy unijni nie przystali też na
propozycję francuskiego prezydenta, by przeprowadzić ataki lotnicze na konkretne
obiekty w Libii zajęte przez siły wierne Kadafiemu. Jak twierdzą media,
Sarkozy´emu miało chodzić o lotniska wojskowe w Syrcie, Sebha (przy granicy z
Czadem) i obozu Bab al-Azizia, gdzie rezyduje dyktator. Większość państw uznała,
że pomimo obecnej sytuacji w Libii byłby to jednak przedwczesny gest.
Paryż jest w tej chwili stolicą europejską, która najbardziej zdecydowanie
popiera libijskich rebeliantów. Trzech emisariuszy Narodowej Rady Libijskiej
spotkało się w Pałacu Elizejskim z prezydentem Nicolasem Sarkozym, który
poinformował ich, że podjął decyzję uznania NRL za "legalnego reprezentanta
narodu libijskiego" i ma zamiar wysłania ambasadora Francji do Benghazi.
W odpowiedzi Muammar Kadafi zagroził UE za pośrednictwem libijskiej agencji
Jana, że przestanie wspierać Zachód w walce z terroryzmem i nielegalną
imigracją. Kadafi twierdzi, że "Europa ignoruje aktywną rolę Libii w walce z
nielegalną imigracją". Unię niepokoić może groźba otwarcia granic Libii, bo
Kadafi ostrzegł, że pozwoli, aby miliony mieszkańców subsaharyjskiej Afryki
mogły udać się do Europy. Do tej pory przez wiele lat dyktator Libii szczelnie
zamykał granice kraju, co uniemożliwiało imigrantom wyjazd do Europy.
Natomiast obradująca w Rijadzie Rada Współpracy Rejonu Zatoki Perskiej (GCC)
uznała władzę Muammara Kadafiego za nielegalną i opowiedziała się za nawiązaniem
kontaktów z rebeliantami. Natomiast w mediacje między Kadafim a rebeliantami
chce się włączyć Unia Afrykańska. Unia odrzuciła jednocześnie postulat obcej
interwencji wojskowej w Libii.
Tymczasem w Libii nadal trwają walki między siłami wiernymi Kadafiemu i
rebeliantami. Władze twierdzą, że odniosły sukcesy podczas starć w okolicach
miast Adżdabija i Bengazi (wschodnia Libia) i wkrótce odbiją obie miejscowości.
Marta Ziarnik
Współpraca Waldemar Maszewski, Hamburg
