Nie ma drogi na skróty
Rozmowa z Justyną Kowalczyk, biegaczką narciarską
Zwykle podczas przygotowań do nowego sezonu, gdy treningi stają się
wyjątkowo ciężkie, wyznacza sobie Pani jakiś cel, który pomaga znieść wszystkie
trudy. Jaki był tegoroczny?
– Byle do listopada i pierwszych zawodów.
Tak było ciężko?
– Tak, lecz to żadna nowość. W tym roku moje ciało dość często przypominało mi
jednak, że nie jestem z żelaza. A co do przygotowań, w biegach narciarskich nie
ma specjalnej filozofii, to dość prosta i przejrzysta dyscyplina sportu. Żeby
złapać odpowiednią formę, trzeba swoje przebiec i trochę kilogramów poprzerzucać
na siłowni. Pewnie, czasami chciałoby się skrócić jakiś zakręt, pójść na
łatwiznę, coś odpuścić, ale po prostu się nie da. W światowej czołówce różnice
między zawodniczkami są minimalne, każda z nas poszukuje czegoś, co mogłoby
pomóc uszczknąć jeszcze kilka sekund lub choćby ułamek tej sekundy.
Pani znalazła, np. w Nowej Zelandii?
– No tak, wyjechałam tam latem po raz pierwszy, chciałam znaleźć śnieg i to się
udało. Każdego dnia miałam po dwa treningi, w spokoju, ciszy, z dala od świata i
cywilizacji. W miejscu, w którym przebywałam, nie było nawet sklepów. A że
wysokość nie była zbyt duża, 1500 m n.p.m., byłam w stanie przeprowadzić zajęcia
startowo-interwałowe, których zazwyczaj brakuje mi w zimie. Starałam się na nich
poprawiać elementy techniczne, zjazdy, zakręty. Do tej pory, mimo że jestem
bardzo szybka, tej szybkości nie ćwiczyłam za wiele, w Nowej Zelandii położyłam
na nią spory nacisk, szczególnie w aspekcie technicznym. Wróciłam stamtąd
zadowolona, znów polecę za rok, ale co mi dały te przygotowania, zobaczymy.
Nowa Zelandia była nowością, ale nie jedyną.
– To prawda, jednak ogólnie zmiany określam mianem kosmetycznych. Pracy było
dużo, tradycyjnie, jej wytrzymałościowy charakter również się nie zmienił. Przez
trzy obozy bardzo pomagał mi Maciek Kreczmer, z którym pierwszy raz wspólnie
trenowałam. Oboje na tym zyskaliśmy, zresztą sam przyznał, że już dawno tak
ciężko nie pracował. Wyszło mu zatem na dobre (śmiech).
Wspomniała Pani o zjazdach, zakrętach, szybkości – to były te elementy,
na które podczas przygotowań położyła Pani specjalny nacisk? Albo mówiąc
inaczej: rezerwy, które można było wyzwolić i poprawić?
– Gdybym potwierdziła i powiedziała panu, że specjalnie koncentrowałam się na
zjazdach, to bym najzupełniej w świecie skłamała. W biegach pracujemy bowiem nad
wszystkimi elementami: stylem klasycznym i łyżwowym, podbiegami, zjazdami,
zakrętami, siłą i wytrzymałością. Jeśli tylko którykolwiek z nich w danym
momencie postanowimy odstawić na bok, by skupić się na innym, bardzo szybko o
sobie przypomni. Najważniejsza w tej dyscyplinie, przynajmniej z mojego
doświadczenia, jest umiejętność zachowania balansu między wszystkimi składowymi
treningu. Oczywiście często się zdarza, że pewne elementy nie wychodzą tak,
jakbyśmy chcieli mimo setek godzin ćwiczeń, do jednych mamy bowiem większy
talent, do drugich mniejszy.
Nie pytam, ile Pani przebiegła latem kilometrów, ile ton przerzuciła na
siłowni, jestem jednak ciekaw, jakie są Pani odczucia dotyczące formy. Jest
wysoka, porównywalna, a może nawet wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego
roku?
– Szczerze? Nie wiem, to się dopiero okaże. W tej chwili, po ciężkich
przygotowaniach mój organizm jest "zamulony", bo musi być. W innym przypadku
byłabym zaniepokojona. Muszę zatem poczekać, by zobaczyć, jak zareaguje w czasie
odpoczynku. Mówiąc "odpoczynek", mam na myśli zmniejszenie obciążeń
treningowych. Od tego, jak organizm dojdzie po nich do siebie, będę w stanie
ocenić, co dała mi ta harówka trwająca od maja. Proszę też pamiętać, że nawet
gdybym czuła się wspaniale, to nie wiem, w jakiej dyspozycji są rywalki. Może
się okazać, że w kosmicznej i wówczas nawet moja świetna forma nie wystarczy.
Po tylu latach startów na najwyższym poziomie nie potrzebowała Pani
lżejszego sezonu? Bez tradycyjnej harówki, pracy ponad siły?
– Do tej pory startowałam zawsze, nawet gdy miałam kontuzję czy chorowałam.
Wynikało to z mojego charakteru, usposobienia, a przy okazji jakoś głupio mi
było się wycofać. Czułabym się nieswojo, odpuszczając. W tym sezonie
postanowiłam jednak twardo, że jeśli moje ciało będzie potrzebowało szybkiej
rekonwalescencji, to sobie na nią pozwolę. Mimo to planuję wystąpić w prawie
wszystkich zawodach, no może poza miejskimi sprintami w Duesseldorfie i
Mediolanie.
Ma Pani na koncie wszystko, co możliwe do wygrania, nie boi się Pani, że
pewnego dnia może osłabnąć motywacja i chęć do dawania z siebie coraz więcej?
– Przynajmniej na razie nie, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Poza tym mój
trener Aleksander Wierietielny dba, by biegi nigdy mnie nie znudziły. Ma tak
wielkie i wręcz niekończące się pomysły na urozmaicenie ćwiczeń, że czasami za
nim nie nadążam (śmiech). Ta jego energia cały czas przechodzi na mnie, moja na
niego i się nawzajem uzupełniamy.
Kryształowa Kula czy Tour de Ski – w który z tych celów mierzy Pani w
nowym sezonie?
– Nie przygotowuję się docelowo do jakiejś jednej imprezy. Chciałabym jednak
szczególnie dobrze wypaść na pierwszych w historii zawodach Pucharu Świata w
Polsce, czyli w Jakuszycach. Jeśli zatem miałabym wskazać mój główny cel, to
wymieniłabym właśnie ten. Przez całą karierę z zazdrością słuchałam opowieści
rywalek emocjonujących się rywalizacją przed własną publicznością. Teraz i mnie
to będzie dane i już nie mogę się doczekać. W Jakuszycach odbędą się zmagania na
10 km klasykiem i sprint łyżwą. Dłuższy dystans jest jednym z moich ulubionych,
najczęściej w nim wygrywałam i stałam na podium, drugi może nie leży mi
specjalnie, ale i tak postaram się przygotować optymalnie.
Marit Bjoergen już ogłosiła, że zamierza przerwać serię Pani zwycięstw w
Tour de Ski, a pewnie i odebrać Kryształową Kulę.
– Na starcie Tour de Ski stanie około 60 zawodniczek, każda z nas będzie chciała
wygrać, nie tylko Marit. Jestem jedną z niewielu biegaczek, które startowały i
ukończyły wszystkie toury. Dlatego wiem dobrze, jak szalenie trudno być na tej
imprezie dziesiątą, czwartą, a co dopiero pierwszą. Nie nastawiam się przez to
nigdy na konkretne lokaty, ale na dziesięć niezwykle ciężkich dni, podczas
których najważniejsze będzie uchronienie się przed chorobą.
Bjoergen i jej rodaczka Therese Johaug będą – tradycyjnie – Pani
najgroźniejszymi konkurentkami?
– Jednymi z wielu. Mamy przecież mistrzynię olimpijską, Szwedkę Charlottę Kallę,
doskonałą Finkę Aino-Kaisę Saarinen i inne dziewczyny z ogromnymi talentami i
świetnymi warunkami do treningów. Układ sił nieustannie się zmienia. Jeszcze nie
tak dawno nikt nie spodziewał się, że w Pucharze Świata może startować z
powodzeniem Polka, Norweżki co najwyżej dobijały się do podium, a dziś są główną
siłą. Rośnie młode pokolenie. Latem kariery pokończyło kilka świetnych
dziewczyn, Marianna Longa, Petra Majdić, będzie mi ich brakowało, ale powstałe
po nich luki błyskawicznie się zapełnią.
Wychodzi na to, że po odejściu Słowenki i Włoszki będzie Pani jedyną
biegaczką spoza Skandynawii w czołówce.
– Niby tak, pytanie tylko, czy nadal będę w tej czołówce (śmiech)! Widziałam
niedawno Niemki, prezentowały się bardzo fajnie, sporo zmieniła w
przygotowaniach Wala Szewczenko i ma spore aspiracje, ze znakomitymi trenerami
pracują i rozwijają się Rosjanki…
A Polki?
– Starają się niesamowicie, a trenerzy podkreślają, że wszystko przebiega
zgodnie z planem. Bądźmy optymistami.
Myśli już Pani o dalszej przyszłości? Mam na myśli otwarcie przewodu
doktorskiego na krakowskiej AWF?
– Na razie sport jest najważniejszy, przynajmniej do 2014 roku i igrzysk w
Soczi. Po nich zastanowię się, co dalej, rozważam wszystkie scenariusze. Być
może kolejna olimpiada będzie moją metą, kto wie. A co do pracy – nosi tytuł
"Struktura i wielkość obciążeń treningowych biegaczek narciarskich na tle
ewolucji stosowanej techniki biegu", moim promotorem został wybitny znawca tej
dyscypliny prof. Szymon Krasicki. Chcę m.in. przedstawić, jakie są różnice w
obciążeniach między osobami ze ścisłej czołówki a tzw. średnimi i ukazać
znaczenie pracy nad siłą w rozwoju zawodnika.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
