Nie lubię propagandy
Z Krzysztofem Skowrońskim, dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, byłym
dyrektorem III Programu Polskiego Radia, założycielem i dyrektorem
internetowego radia Wnet, rozmawia Małgorzata Rutkowska
Dwa tygodnie, miesiąc? Ile czasu daje Pan obecnym zarządom Polskiego Radia
i Telewizji Polskiej? PO, PSL i SLD właśnie porozumiały się co do tzw. małej
ustawy medialnej.
– Pójdzie szybko. To będzie tylko kwestia terminów urzędowych i procedur: w
jakim czasie konstytuuje się Krajowa Radia Radiofonii i Telewizji, kiedy można
odwołać zarząd. Jeszcze w środę wydawało mi się, że to potrwa około dwóch
miesięcy, ale może być szybciej.
Dlaczego Platforma tak się spieszy?
– W gruncie rzeczy poprzez własne kombinacje zajęło im to bardzo dużo czasu.
Bo spieszyli się już od dwóch lat, ale dopiero teraz mogą to zrobić
skutecznie. Oczywiście jest kalendarz polityczny, ale nawet gdyby nie istniał,
ich pośpiech byłby taki sam, bo chcą, żeby telewizja była inna.
To znaczy jaka?
– Media zostaną odpolitycznione w tym znaczeniu, że już nie będzie miejsca
dla prawej strony. Spór polityczny zostanie sprowadzony do wymiaru pożądanego
przez decydentów.
Z debaty znikną pewne poglądy?
– Nie będą reprezentowane w ogóle albo będą obecne w minimalnym stopniu.
W TVP czeka nas powrót do czasów SLD?
– Myślę, że może być jak za czasów Roberta Kwiatkowskiego.
A kto weźmie Polskie Radio?
– Nie wiem, czy tam już mają pełne porozumienie. Kiedy PSL było w koalicji,
zawsze tej partii przypadało Polskie Radio. Rozumiem, że jeśli telewizja będzie
mieszana: PO, PSL, SLD, to radio też będzie mieszane.
Jaki będzie podział anten między poszczególne partie?
– Po PiS Jedynkę przejmie PO, SLD będzie dalej posiadać to, co ma, czyli Dwójkę.
W takim razie PSL odziedziczy radiową Trójkę. Tutaj żadnej nowej filozofii
nie będzie. Mogą jeszcze zastosować jakiś wariant mieszany. Niezależnie od
tego, jak będzie, o wszystkim zadecyduje czysta polityka. Nic więcej.
Nikt nie mówi o odbiorcach mediów, którzy zostają pozbawieni bardzo
istotnego dobra, jakim powinny być media publiczne.
– Tak, ale to nie leży w obszarze zainteresowania polityków, a przynajmniej na
pewno nie jest na pierwszym miejscu. Nikt nie odpowiada sobie na pytanie, co to
jest telewizja publiczna, jak powinna funkcjonować. To są kwestie drugorzędne,
a może w ogóle się nie pojawiają. Media publiczne mają być po prostu przejęte,
i to jest cała filozofia.
Platforma myśli, że likwidując de facto media publiczne, uniknie w ten
sposób rozliczenia ze swoich rządów, obietnic, stylu polityki?
– Myślę, że takie elementy w tym myśleniu funkcjonują. Media będą znowu
bardzo jednorodne, wręcz się upodobnią, jeżeli chodzi o przekaz. Telewizja
publiczna stanie się taka sama jak TVN, TVN pewnie będzie w jakimś stopniu
podobna do Polsatu. Można przypuszczać, że na część dyskusji publicznej
trzeba będzie znaleźć różne niszowe obszary.
Przenosząc się do internetu? Widzi Pan perspektywy dla takich mediów społecznościowych?
– Ludzie, którzy będą odczuwać wielki niedosyt, oglądając media
konwencjonalne, będą szukać informacji w internecie. Oczywiście rośnie też
nowe pokolenie, które coraz bardziej ogranicza się tylko do internetu. Jednak
pojawia się pytanie: kto rządzi w sieci? Kto ma więcej wejść, jakie to są
portale? Tu jest też pewna nierównowaga. Teoretycznie wszyscy mamy te same możliwości
publikacji, ale tak w rzeczywistości nie jest. Na pewno w sieci szanse są większe,
bo każdy może stworzyć taką informację, którą obejrzy milion ludzi na
YouTube czy w jakimkolwiek innym miejscu, ale na razie internet jest przestrzenią
wolności.
Czyli ustanowienie trwałego monopolu medialnego nie jest możliwe przy
obecnych technologiach komunikowania się?
– Nie. Jednak siła oddziaływania mediów konwencjonalnych jest dużo większa.
Mamy wprawdzie internet, ale to jest tylko i wyłącznie wentyl bezpieczeństwa.
Tutaj może się pojawić coś nowego, ale w żadnym wypadku to nie będzie równorzędny
partner.
I to mówi założyciel i dyrektor internetowego Radia Wnet? Sformatowanie
mediów publicznych otwiera przecież nowe możliwości przed Pana rozgłośnią.
– To prawda. Im więcej poprawności politycznej, im więcej tematów tabu im więcej
reklam, głupich seriali i talk show, tym lepiej dla takiego medium jak radio
Wnet. Ale niezależnie od tego, jakie są media publiczne czy komercyjne, my
musimy być najlepsi, to jest jedyna szansa na przetrwanie i zdobycie publiczności.
Jakie jest zapotrzebowanie na takie media?
– Rosnące. Budowanie społeczności nieograniczonej przestrzenią i czasem daje
olbrzymie możliwości, dzięki internetowi małe może stać się wielkie i może
być wszędzie, ale my nie zapominamy o radiu. Naszą miłością (medialną)
jest radio, dlatego bardzo sobie cenimy i cieszymy się ze współpracy z Radiem
Warszawa. Radio konwencjonalne jest słuchane masowo, a radia internetowe są właściwie
atomowe. Radio internetowe, które ma kilka tysięcy słuchaczy, jest absolutną
potęgą. Natomiast nawet bardzo słabe radio konwencjonalne ma większą możliwość
pozyskiwania odbiorców. Rano, w domu, w samochodzie… ludzie są
przyzwyczajeni do słuchania radia.
W radiu Wnet ma Pan więcej swobody niż w Trójce?
– W Trójce miałem bardzo dużą niezależność. To są akurat elementy porównywalne.
Tu mogę robić, co chcę, tam nie mogłem, ale robiłem to, co chciałem, bo
tego wymagali ci, którzy mnie powołali na to stanowisko. Było dobrze.
Dlaczego chce Pan tworzyć radio publiczne w internecie?
– Publiczne dlatego, że radio Wnet jest otwarte dzięki internetowi, bo każdy
może w radiu Wnet założyć swoje radio. Mieć własną domenę, w której
publikuje swoje treści, przemyślenia, nie pytając nikogo o zdanie. Po drugie,
publiczne znaczy wolne i niezależne. Po trzecie, z punktu widzenia
dziennikarskiego, poszukujące prawdy i odpowiedzi na pytania. Nie uczestniczące
tylko w zawodach ślizgaczy.
Media komercyjne kierują się takim wyznacznikiem?
– Trzeba unikać generalizacji, bo w tych mediach są też dziennikarze, którzy
zadają pytania, poszukują. Ale oczywiście celem tych mediów jest zarabianie
pieniędzy, a przy tym prawda nie jest aż tak konieczna.
Sposób relacjonowania katastrofy pod Katyniem w TVN satysfakcjonuje Pana?
– Mam taki problem, że nie oglądam telewizji, w tym TVN, więc nie mogę się
wypowiedzieć na ten temat. Natomiast rozumiem, że punkt ciężkości pytań w
"Naszym Dzienniku" i TVN to są dwa różne światy i dwa różne
sposoby widzenia katastrofy. I dwie różne tezy, którymi posługują się
dziennikarze.
W TVN dziennikarze nie zadają wielu pytań, od początku przyjmują za
pewnik określoną wersję wydarzeń.
– Tak, przyjmują, to jest prawda.
Jakie pytania o katastrofę można usłyszeć w Pana radiu?
– Zadajemy pytania na temat radiolatarni, obecności trzeciego kontrolera na wieży
na lotnisku Siewiernyj, interesujemy się, czy piloci mieli dobre, czy złe
dane, czy przyrządy prawidłowo działały. Wydaje się nam, że to jest droga
do ustalenia prawdy. A poza tym zastanawiamy się i zadajemy pytania, jak była
przygotowana wizyta, kto za co odpowiadał, kto czego nie dopełnił itd.
Rozumiem, że w TVN kluczowym pytaniem jest, w jaki sposób zachowywał się śp.
Lech Kaczyński. Czy to on lub nie on wywierał presję na pilotów. Moja droga
dziennikarska i mój sposób myślenia polegają na zadawaniu pytań. Ta
pierwsza grupa pytań, którą wymieniłem, według mnie, prowadzi do prawdy.
Chociaż nie można też wykluczyć tego jednego pytania, które jest stawiane w
innych mediach.
Kogo stara się Pan zapraszać? Są jakieś ograniczenia?
– Nie stawiam ograniczeń, chociaż ostatnio wolę rozmawiać z tymi, do których
nie muszę ustawiać się w kontrze. Mogę zadawać im ostre pytania czy dociekać,
ale nie muszę zastanawiać się, czy ich intencją jest wprowadzenie w błąd.
Nie lubię propagandy i staram się szukać tych, którzy jej nie uprawiają,
chociaż żaden polityk nie jest wolny od koloryzowania czy dodawania różnych
rzeczy.
Ktoś odmówił przyjęcia Pańskiego zaproszenia?
– Nie, nikt nie powiedział: Nie przyjdę do pana. Oprócz tych, którzy mówią,
że mają mało czasu. Staram się zresztą zapraszać według innego klucza –
poszukiwać tych, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia, którzy nie należą
do głównego nurtu. Bo takie małe radio musi poszukiwać nowego spojrzenia,
nowego sposobu myślenia, nowych twarzy.
Plany na przyszłość?
– Udało nam się pozyskać pieniądze z programu unijnego Innowacyjna
Gospodarka i z tych środków chcemy stworzyć nowy portal, który będzie taką
przestrzenią wolności. Każdy, kto zechce, będzie mógł publikować, słuchać
i korzystać z tej przestrzeni.
To sposób dla takich mediów na docieranie do nowych środowisk?
– Myślę, że tak. Wymaga ciężkiej, organicznej pracy, żeby zbudować
medium, które rośnie razem ze swoimi słuchaczami, czytelnikami czy widzami.
Problem jest bardziej złożony, dotyczy np. mediów konserwatywnych: jak
poszerzać krąg odbiorców, żeby nie przekonywać już przekonanych?
– Nie mam zamiaru ograniczać się do wymiaru politycznego. Chcemy pójść w
kierunku tego, co możemy nazwać bogactwem życia. Zapominamy, że polityka
jest tylko częścią, i to nie najbardziej istotną, naszego życia. W tym
znaczeniu nie chcemy się ograniczać do przekonanych, bo będziemy mówić to,
o czym się mówi z przyjemnością. O grzybobraniu, o koncercie, o kinie. O
wszystkim. Będziemy zachęcać tych, którzy mają w sobie potencjał energii,
żeby opowiadali w radiu o tym, co robią. W ten sposób można opisać część
aktywności Polaków. Mam nadzieję, że tak będzie.
Dla wielu Polaków ważnym medium, ze względu na swą niezależność i
chrześcijańską tożsamość, jest Radio Maryja. Docenia Pan jego rolę?
– Dla innych Polaków Radio Maryja jest synonimem zaścianka i ciemnogrodu, ja
na Radio Maryja patrzę z punktu widzenia radiowca i ojca dyrektora Tadeusza
Rydzyka porównuję do twórców innych mediów po 1989 roku. A jeśli chodzi o
rolę, to bez różnorodności, bez możliwości prezentacji tej myśli i tego
nurtu politycznego, który jest obecny w Radiu Maryja, debata polska byłaby
fikcyjna.
Proszę wymienić plusy i minusy mediów internetowych.
– Plusy: nieograniczona przestrzeń, nieograniczone możliwości. Minusy: trzeba
nauczyć się docierać do tych, którzy oglądają, pozyskiwać ich. Trzeba się
jeszcze bardziej starać. Nie ma możliwości przy tworzeniu czegoś małego być
gorszym od kogoś, kto robi coś dużego. Jeżeli będziemy słabi, nie ma
powodu, by odbiorcy wybierali naszą ofertę.
To, co Pan teraz robi, to misja?
– Tak.
Jak Pan ją określi?
– Chciałbym dać ludziom możliwość podzielenia się nie troską, a radością
i życiem. Opisywać tę część Polski, która nie istnieje w innych mediach.
Dać możliwość chwalenia się, ale też narzekania, chociaż bardziej
interesuje mnie ten pozytywny wymiar. Bo polityka jest obecna w mediach, a życie
coraz mniej. Dlatego wolę np. rozmawiać z pielęgniarką niż z ministrem
zdrowia.
Czy widzi Pan szansę na rozwój mediów internetowych?
– To nie jest szansa, to już część naszej cywilizacji. Internet odgrywa taką
samą rolę w świecie współczesnym jak rynek miasta; w internecie ludzie
handlują, plotkują, politykują. To w internecie powstają imperia, o których
mówimy: wirtualne, ale często są to potęgi, które rządzą światem. Mogą
rządzić, dając ludziom wolność, ale mogą ją kiedyś odebrać, dlatego
dzisiaj najważniejsza jest obrona tej wolności, a broni się jej, przekonując,
że to wolność jest najważniejsza.
Dziękuję za rozmowę.
