Nie dajmy się nabierać

Powiedzenie „nie szata zdobi człowieka, lecz cnota, którą w sobie
nosi” przypisuje się św. Janowi Bosko (Giovanni Melchior Bosco 1815-1888),
autorowi wielu mądrych i aktualnych powiedzeń, z których mniej znane to np.:
„szatan boi się ludzi radosnych” i „odpoczniemy w niebie”. Ale nim odpoczniemy w
niebie, trzeba się na tym ziemskim padole nieźle natrudzić, szczególnie gdy
chcemy poznać otaczającą nas rzeczywistość i coś z niej zrozumieć.

Maria Cywińska, socjolog, w jednym z wywiadów coraz powszechniejsze oszustwa
w internecie tłumaczy tym, że ludzie gotowi są szczególnie wierzyć słowu
pisanemu, gdy mogą je zobaczyć, jak w internecie. Ufają także temu, co ładne, co
cieszy oko. Zawsze miałem podobne przekonanie, ale nie sądziłem, że zajmuje się
tym naukowo socjologia. Teraz, skoro na zamieszczonym w gazecie zdjęciu widać
ładną i uśmiechniętą twarz pani socjolog, mam dodatkowy dowód na to, że musi to
być prawda, o której powinni pamiętać nie tylko korzystający z
internetu.
Można tu przywołać przykład pewnego znanego polityka lewicy, który
nawet się odchudził o kilka kilogramów, a na gałki oczne założył niebieskie
szkła kontaktowe, a wszystko po to, by zyskać większą popularność w wyborach. U
polityków to już normalne.
Nauka potwierdza, że większość z nas ma skłonność
do tego, by wierzyć we wszystko, co jest napisane, a więc jest gotowa wierzyć
mediom, a już szczególnie telewizji, gdy wiadomość zyska walor wzrokowy w
postaci słupków i wykresów albo gdy pojawi się ładna aktorka, jak to było w 1989
roku, i zakomunikuje, że oto dziś skończył się komunizm. Ciągle czekam na ten
moment, gdyż zakończenie komunizmu jakoś nie chce mi się kojarzyć jedynie z
zapełnieniem półek sklepowych. Prawdziwy koniec komunizmu kojarzyłby mi się
przede wszystkim z potępieniem kłamstwa oraz manipulacji, ale w tej dziedzinie w
porównaniu z okresem komuny niewiele się zmieniło.
Z faktu naszej naiwnej
akceptacji słowa pisanego i telewizyjnego obrazu mogą wynikać nieporozumienia w
postrzeganiu rzeczywistości. Ostatnie tygodnie obfitowały w tragiczne
wydarzenia, których ofiarami padli policjanci. Zabójstwa, napady, a w miniony
wtorek podpalenie dwóch policjantów ochraniających komornika. Można odnieść
wrażenie, że jesteśmy świadkami szczególnego nasilenia się aktów przemocy wobec
policji. Tymczasem nie. Policja tłumaczy, że w innych latach liczba ataków na
policjantów była podobna, ale te obecne są szczególnie nagłośnione w mediach,
stąd takie właśnie wrażenie. Otóż to. Mamy jeszcze jeden dowód na to, jak
rzeczywistość może się rozmijać z naszym postrzeganiem, a to za sprawą
mediów.
Informacje, tzw. newsy, komentarze, opinie, itd. rządzą się swoimi
prawami. Można je przyrównać do pogody, gdy nadchodzą nagle frontami, albo do
stada gęsi, a może raczej baranów, które pędzą zgodnie w jednym kierunku. A
wystarczy jeden baran, by poderwać resztę do gonitwy.
Zmierzam do artykułu w
tygodniku „The Economist” wydawanym od wielu lat w Anglii. Ostatnio pochwalił on
polityczne i gospodarcze osiągnięcia rządu Donalda Tuska. Wśród sukcesów
wymienił modernizację dróg i kolei, reformę emerytalną, poskromienie
biurokracji, w tym możliwości lepszego rozliczenia się obywatela z fiskusem. Do
zagrożeń zaliczył „destruktywną politykę” prezydenta Lecha Kaczyńskiego,
którego, jak pisze, popularność jest tym większa, im mniej się wypowiada. Toż to
klasyczny artykuł napisany w Polsce przez polskiego dziennikarza i przesłany do
druku w Anglii. Normalny brytyjski dziennikarz, gdyby pobył kilka dni w Polsce,
niczego takiego by nie napisał, szczególnie o tej modernizacji kolei i zaniku
biurokracji. Doszedłby do przeciwnych wniosków. Ale ile radości było z cytowania
tego artykułu w mediach, ile zachwytów wśród polityków rządzącej koalicji.
Patrzcie, oto napisano o nas pochlebnie, chwalą nas za granicą. O artykule
wspomniał nawet Bronisław Komorowski, ale najwyraźniej nie doczytał do końca,
gdyż tygodnik uważa Radosława Sikorskiego za najlepszego kandydata na
prezydenta. Przypomina, że studiował w Oksfordzie, jego żona jest Amerykanką, a
polityka zagraniczna Sikorskiego to pasmo sukcesów. „The Economist” uznawany
jest za pismo prestiżowe i niezależne, ale czy rzeczywiście jest takim, skoro
artykuł o Polsce nie został podpisany imieniem i nazwiskiem? Podobno taki mają
tam zwyczaj, bardzo dziwny, bo przecież nawet ulotka reklamowa ma jakiegoś
autora. Autora nazwijmy więc umownie: Jan Kowalski.
Do słowa pisanego należy
podchodzić z umiarkowanym zaufaniem, zwłaszcza w internecie, gdzie pisać może
każdy, o czym tylko chce. Każdy też może być politykiem i dziennikarzem, i może
mówić, co chce. Z wyjątkiem jednak profesorów: Andrzeja Nowaka, Jerzego Roberta
Nowaka i Andrzeja Zybertowicza, a także doktorów Sławomira Cenckiewicza i Piotra
Gontarczyka oraz magistra Pawła Zyzaka. Do tego zestawu osób dziś
nieprawomyślnych można jeszcze dodać paru dziennikarzy.
Zakresu krytycznego
mówienia pilnie strzegą w naszym kraju niezawisłe sądy, które jednak nie
dopatrzyły się zniesławienia w tym, że Janusz Palikot określił chamem (i wieloma
innymi jeszcze epitetami) urzędującego prezydenta.
Nasz ostrożny krytycyzm do
słowa mówionego powinien rosnąć, gdy słowa polityków przepojone są miłością do
obywateli, a ci, którzy je przekazują – jak twierdzi wspomniana pani socjolog –
„są ładnie ubrani i potrafią się kulturalnie wysławiać”.
I wróciliśmy do
myśli o. Jana Bosko. Szukając prawdy o życiu, szukajmy w ludziach przede
wszystkim ich wewnętrznych cnót. Nie dajmy się nabierać.

Wojciech Reszczyński

drukuj