NATO-podobny projekt Obamy
Z dr. Spasimirem Domaradzkim, amerykanistą, prodziekanem Wydziału
Stosunków Międzynarodowych Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza
Modrzewskiego, rozmawia Marta Ziarnik
Barack Obama podkreślił w rozmowie z "Gazetą Wyborczą", że Polska jest jednym
z "najbliższych sojuszników i przyjaciół" Stanów Zjednoczonych. Czy faktycznie?
– Stwierdzenie prezydenta Obamy, iż Polska jest jednym z "najbliższych
sojuszników i przyjaciół", jest jak najbardziej trafne. Rzeczywiście Polska
należy do grupy państw najbliżej współpracujących ze Stanami Zjednoczonymi na
arenie międzynarodowej. Ponadto do dziś zbieżne pozostają podstawowe założenia
polskiej i amerykańskiej polityki zagranicznej, co stwarza odpowiednie podstawy
do bliskiej współpracy. Wątpliwości natomiast może budzić praktyczny wymiar tego
statusu. Faktem jest, że Obama najzwyczajniej zlekceważył olbrzymią sympatię,
którą darzyło go polskie społeczeństwo. Doliczono się już dziewięciu wizyt Obamy
w Europie, lecz podczas żadnej z nich nie znalazł czasu na odwiedzenie naszego
kraju. Tego faktu nie da się zastąpić słowami.
Polska stała się ofiarą "chęci" Baracka Obamy do zmiany wizerunku Stanów
Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, gdyż zadanie to wiązało się przede
wszystkim z polepszeniem relacji z państwami, które były przeciwne amerykańskim
poczynaniom na arenie międzynarodowej za czasów jego poprzednika. Poniekąd
konsekwencji obecnego stanu rzeczy należy doszukiwać się również w bliskich
relacjach Polski z jego poprzednikiem George’em W. Bushem. Nie należy jednak
szukać celowości w poczynaniach Obamy, jeśli chodzi o pogorszenie relacji w
stosunkach dwustronnych. Główny argument administracji Obamy dotyczący Polski
opiera się na założeniu, że powinniśmy się cieszyć, iż Ameryka się nami nie
interesuje, ponieważ oznacza to, że u nas wszystko jest "w porządku".
Trudno jednak uznać takie pode jście za satysfakcjonujące.
– Rzeczywiście. Jest to mało pocieszające w kontekście sygnałów, które może –
choć w sposób niezamierzony – wskazują na lekceważenie naszego kraju. Rezygnacja
z porozumienia o budowie elementów tarczy antyrakietowej w Polsce oraz
niefortunny wybór daty ogłoszenia tej decyzji nie mogły pozostać niezauważone
nad Wisłą. Ponadto trudno jest w Polsce o dobrą opinię dla polityka, który
odwiedza Moskwę, rozmawia o sprawach, które dotyczą również Polski, i nie stać
go nawet na krótką wizytę podczas uroczystości obchodzenia istotnych rocznic nie
tylko dla Polski, ale i świata. Tym bardziej mało zrozumiała w opinii publicznej
stała się decyzja o wzmocnieniu polskiego kontyngentu w Afganistanie.
Spotęgowała ona tylko panujące przekonanie, że nawet jeśli Amerykanie nas nie
szanują jako sojusznika, to my i tak będziemy wiarygodni. Należy jednak
pamiętać, iż na nasze zaangażowanie w Afganistanie nie można patrzeć tylko przez
pryzmat relacji między Warszawą i Waszyngtonem. NATO jest filarem polskiego
bezpieczeństwa i fiasko zaangażowania Paktu w tej części świata może
bezpośrednio wpłynąć na bezpieczeństwo naszego kraju.
Odpowiadając konkretnie na pani pytanie, osobiście uważam, że deklaracjom Obamy
bliżej do dyplomatycznej kurtuazji niż do ekspresji jego osobistych odczuć na
ten temat. Zresztą, jeśli – jak to zaznaczył w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej"
– pochodzi z miasta stanowiącego największe skupisko Polonii, to dlaczego nie
sposób odnaleźć w czasie jego dwuletniej prezydentury ani jednego szczególnego
gestu względem Polski? Może to i próżne, ale w stosunkach międzynarodowych takie
kwestie się liczą.
Trudno, żeby Waszyngton zabiegał o sprawy polskie.
– W odczuciu Polaków umocniło się przeświadczenie, że współpraca ze Stanami
Zjednoczonymi to przede wszystkim zaangażowanie z naszej strony i
niewystarczająca wzajemność ze strony Waszyngtonu. Warto jednak podkreślić, iż
to złudne przeświadczenie zaistniało już za prezydentury George’a W. Busha w
kontekście wojny w Iraku. Obamę można winić za to, iż nie dokonał niczego, co
ten stan rzeczy mogłoby zmienić.
Jak odnosi się Pan do osławionego już "resetu" w stosunkach USA z Rosją?
– Amerykański "reset" względem Moskwy miał bardzo pragmatyczny charakter. Odnowa
wizerunku Stanów Zjednoczonych – a w tym i relacji z Rosją – była priorytetem, o
którym Barack Obama mówił jeszcze podczas kampanii wyborczej. Oprócz wielu
kwestii problemowych, które pozostały nierozwiązane po administracji Busha,
doszła najbardziej istotna dla Stanów Zjednoczonych sprawa wygaśnięcia układu o
ograniczeniu zbrojeń strategicznych. Przejście na ścieżkę koncyliacyjną
otworzyło nowe drzwi przed administracją w kwestii Azji Środkowej, Afganistanu i
Iranu. Z górnolotnym stwierdzeniem, iż konkretne korzyści ze współpracy Rosji i
Stanów Zjednoczonych wpływają na stabilność i bezpieczeństwo całej Europy,
koliduje funkcjonujące u nas przeświadczenie, iż nic dobrego dla nas nie może
wyniknąć z sytuacji, w której decyzje na nasz temat podejmowane są ponad naszymi
głowami. Niewątpliwie dobre relacje między USA i Rosją wpływają na
bezpieczeństwo europejskie, lecz mają one różne odcienie, z których nie
wszystkie przypadają do gustu państwom Europy Środkowej. Nigdy nie lubiliśmy,
gdy działo się coś ponad naszymi głowami. Doradcy Obamy najzwyczajniej o tym mu
nie powiedzieli.
Rosja korzysta z partnerstwa z Zachodem, pozostawiając tym samym zimną wojnę
daleko w tyle, w długoterminowym interesie Kremla nie leży ani przewaga
militarna, ani też ekonomiczna nad Zachodem – twierdzi Obama.
– Prezydent Obama stwierdza fakty. Rzeczywiście Rosja dzisiaj nie posiada
narzędzi, za pomocą których mogłaby odgrywać dominującą rolę. Obawy mogą budzić
metody, za pomocą których Rosja próbuje wzmacniać swoją pozycję na arenie
międzynarodowej, lecz w praktyce arsenał rosyjskich narzędzi nacisku w
stosunkach międzynarodowych jest dosyć ubogi. Rosyjskie zapędy w sferze surowców
naturalnych w wielu państwach europejskich nie powodują takich obaw jak u nas.
Dla Włoch czy Niemiec to dobry biznes, a widmo rosyjskiej dominacji rzeczywiście
uległo zniekształceniu. Zimna wojna jest pojęciem, które zostanie w historii,
lecz w zachowaniu obecnej Rosji widzę znacznie więcej podobieństw do systemu
komunistycznego niż do współczesnych zasad w stosunkach między państwami
demokratycznymi. W słowach Obamy jednak można zauważyć pewną konsekwencję. Rosja
i Stany Zjednoczone, w tym również NATO, mają sporo wspólnych interesów w
Afganistanie. Ich realizacja stała się celem, dla którego administracja Obamy
jest w stanie wiele poświęcić. W tym kontekście kwestia praw człowieka jest
znamienna. Laureat Nagrody Nobla jako pierwszy amerykański prezydent nie był w
stanie spotkać się z dalajlamą, gdy odwiedził on Waszyngton. Podczas wizyty w
Chinach całkowicie pominął też kwestię przestrzegania praw człowieka, a w
kontekście tegorocznego noblisty – Liu Xiaobo, ograniczył się do łagodnego i
ubogiego przemówienia. Również w przypadku Rosji przerażające i ciągłe wieści o
losach kolejnych dziennikarzy nie wywołują żadnej refleksji u Obamy. Pojawia się
zatem nieodparte wrażenie, iż obecny prezydent dokonał redefinicji amerykańskich
wartości w polityce zagranicznej, odsuwając na bok kwestię praw człowieka.
Chociaż sprawa tarczy antyrakietowej w Polsce budziła sporo kontrowersji,
szczególnie niedyplomatyczny był sposób, w jaki administracja Obamy rozstała się
z tym projektem. Nawet jeżeli jej zadaniem było szybkie i jednoznaczne
zamknięcie sprawy, to sposób, w jaki to uczyniono, jest w całkowitej
sprzeczności z szacunkiem dla podobno "jednego z najbliższych sojuszników i
przyjaciół". Tym bardziej razi odczucie braku szczerości i konsekwencji, gdyż
okazało się, iż w międzyczasie rozważano zastępczy projekt w ramach NATO.
Poparcie dla Obamy spada, Demokraci tracą większość w Izbie Reprezentantów.
– Obecny trend jest naturalną konsekwencją biegu wydarzeń. Sami Amerykanie
pokładali w Obamie wielkie nadzieje, lecz nie wynikały one z jego charyzmy, co z
pozostawionej po jego poprzedniku atmosfery. Do wielu przemawiały słowa o
nadziei i zmianie, a sam Obama obiecywał coś, co dla wielu Amerykanów jest
bardzo istotne – mianowicie rozbicie skostniałych układów w Waszyngtonie. Tyle
że jest to populizm w czystej postaci, gdyż zwyczajów politycznych nie da się
zmienić z dnia na dzień, nawet jeśli jest się Obamą. W tym tkwi jeden z powodów
porażki Demokratów sprzed paru tygodni. Otóż ta sama chęć zmiany status quo w
Waszyngtonie spowodowała fenomen Tea Party oraz wybór alternatywy dla zbyt
mocnej pozycji Demokratów w Kongresie. Należy również wspomnieć, iż spora część
reform przeprowadzonych przez Obamę jest w swojej naturze sprzeczna z duchem
Ameryki. Ani rozbudowany system opieki zdrowotnej, ani tym bardziej koncepcja
nacjonalizacji podupadających firm (nawet jeśli kojarzyły się z potęgą Ameryki –
jak General Motors), a co dopiero mówić o wsparciu rządowym dla źle zarządzanych
instytucji finansowych – nie uwzględniały powszechnej opinii w Stanach
Zjednoczonych. Zatem hasło o powrocie władzy do ludzi nabrało nowego znaczenia.
Obama sukces polityczny zawdzięczał w dużej mierze koniunkturze politycznej.
Społeczne oczekiwania zmiany po rządach Busha oraz negatywny wizerunek Stanów
Zjednoczonych za granicą wymagały zmian. Z perspektywy czasu możemy zastanawiać
się tylko, co by było, gdyby Republikanie mieli innego kandydata… Ale nie
mieli.
Dziękuję za rozmowę.
