Nagle zapanowała cisza… Żyjemy!
Z Andrzejem Zabłockim, prezesem Zjednoczenia Polskiego im. Ignacego
Domeyki w Chile, rozmawia Katarzyna Cegielska
Gdzie zastało Pana trzęsienie ziemi?
– Podczas trzęsienia
nasza rodzina była w Santiago. Kiedy ziemia zazadrżała – około godz. 3.30 –
wszyscy wyskoczyliśmy z łóżek. Staliśmy w ramach drzwiowych. Nie było to
przyjemne huśtać się jak na statku i liczyć sekundy, kiedy to się skończy, bo
trzęsło coraz mocniej. Można było myśleć, że to wszystko za chwilę się zawali, a
trzęsienie trwało podobno „tylko” 57 sekund. Teraz dowiadujemy się, że z powodu
trzęsienia o sile 8 stopni w skali Richtera powinno być więcej szkód. Na
południu Chile było 8,7 stopnia i tam jest więcej problemów. U nas słyszeliśmy,
jak spadają obrazy, przewracają się kredens, stoliki, wazony itp. I nagle
zapanowała cisza… Żyjemy!
To nie pierwsze trzęsienie, jakie przeżył Pan w Chile?
–
Przeżyliśmy już jedno trzęsienie, w 1985 r., o sile 7,7 stopnia w skali
Richtera. Ale teraz naprawdę myśleliśmy, że to już koniec, że zostaniemy
pogrzebani w ruinach. Proszę sobie wyobrazić, jak moja córka z rodziną się
czuli. Oni mieszkają w bloku, co prawda tylko na czwartym piętrze, ale jak oni
tam się huśtali. Syn mieszka w kondominium, gdzie są niskie domki, ale ma
restaurację i tam było więcej szkód. Na szczęście oprócz strat materialnych
nikomu z rodziny nic się nie stało. Całą sobotę spędziliśmy na sprzątaniu, od
czasu do czasu znowu wchodząc pod ramy drzwiowe na czas powtórnych
wstrząsów.
W stolicy odnotowano mniej zniszczeń niż w południowych rejonach
kraju?
– W Santiago było dużo mniej strat niż na południu (od 400 do
800 km od Santiago, gdzie było epicentrum). Oficjalnie poinformowano, że w Chile
zginęło ponad 700 osób. Prawdopodobnie ofiar będzie dużo więcej, bo wiele
miejscowości jest odizolowanych. Ale prawdziwa tragedia jest na południu. Tu, w
Santiago, nie ma takiego chaosu. A to, co telewizja pokazuje, to nie żarty. Tam
jest naprawdę katastrofalna sytuacja. I rząd wysyła pomoc. Nie mówiąc o tsunami
(na szczęście zawiadomiono większość mieszkańców i było stosunkowo mało ofiar).
Duże fale pojawiły się aż na Wyspach Wielkanocnych i Juan Fernandez. Był alert
aż w Japonii. Najbardziej ucierpiały małe miejscowości, wioski, gdzie jeszcze
istniały domy budowane z gliny (podobnie jak podczas tragedii w Peru w 2007 r.),
i wiele południowych miast. Tu, w Santiago, jest problem w mniej zamożnych
dzielnicach oraz na nowych autostradach, gdzie uległo zniszczeniu kilka mostów.
Są problemy z komunikacją. Szczęście w nieszczęściu, że wydarzyło się to w
sobotę rano, bez pełnych szkół, biur itd. Moja córka z rodziną do dziś nie mają
światła i wody. Mieszkają teraz u mnie. Wszystkie imprezy zostały oczywiście
odwołane, nawet międzynarodowy festiwal piosenki Vina de Mar. Można sobie
wyobrazić, ilu artystów i turystów przeżyło to trzęsienie. Pomimo tak mocnego
wstrząsu żaden z hoteli nie miał problemów.
A czy ucierpiał ktoś z chilijskiej Polonii?
– Jeśli
chodzi o Polonię, to nie słyszałem, aby ktoś miał kłopoty. A znany także w
Polsce Raul Małachowski twierdzi nawet, że to był moment, który zasygnalizował,
aby jeszcze więcej pracować dla dobra Polski.
Dziękuję za rozmowę.
