Na wirażu historii
Polska ma prawo do niepodległości. To przekonanie w 1989 r. oznaczało
sprzeciw wobec zniewolenia naszego kraju przez Związek Sowiecki i jego agenturę.
Z tego powodu większość Narodu poparła wtedy „Solidarność”. Czy jednak
pragnienie niepodległości wyznaczyło także politykę Polski po 1989
roku?
W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku panowało przekonanie, że Zachód
musi wygrać długofalową konfrontację technologiczną i ekonomiczną z ZSRS. Pod
wpływem tego przekonania w Moskwie podjęto decyzję o pierestrojce, aby
dostosować sowieckie imperium do konfrontacji w nowych warunkach globalnych.
Alternatywą pozostawał światowy konflikt militarny, w którym wiele narodów
mogłoby zakończyć swoją egzystencję.
Na zakręcie historii
Dialog z państwami Zachodu stanowił
dla Moskwy gwarancję bezpieczeństwa w toku zmian. Rozmowy dotyczyły między
innymi zmiany postanowień jałtańskich i choć nie status Polski był istotnym
przedmiotem tych rozmów, to przy okazji Polska otrzymała swoją szansę. Zgoda na
połączenie obu państw niemieckich stała się dowodem dobrej woli Moskwy. Wymagało
to jednak gwarancji unieruchomienia Armii Czerwonej. Armia ta stanowiła jeden z
filarów imperium, a posiadany przez nią potencjał umożliwiał zarówno udział w
wewnętrznym przewrocie, jak i prowokację wojenną. Późniejszy pucz Janajewa
dowodzi, że obawy takie nie były całkowicie bezpodstawne. Gwarancją powodzenia
działań Michaiła Gorbaczowa stać się zatem miało utworzenie strefy buforowej,
przynajmniej w Polsce.
Znaleźliby się inni wykonawcy tego planu, gdyby nie
zechciał być nim Wojciech Jaruzelski i stąd wziął się właśnie Okrągły Stół.
Czynnikiem radykalizującym był wówczas Lech Wałęsa, czujący poparcie Narodu.
Pomiędzy nim a jego otoczeniem zachodziło szczególne sprzężenie – to on
autoryzował w oczach Polaków ludzi takich jak Bronisław Geremek, Adam Michnik,
Tadeusz Mazowiecki, umożliwiając im działanie w imieniu „Solidarności”.
Wielokrotnie szedł jednak dalej niż oni. Z drugiej strony, możliwości Wałęsy
były uzależnione od propagandy o zasięgu międzynarodowym, którą oni byli w
stanie uruchomić. Chwilami Wałęsa szukał sposobów uwolnienia się spod tej
kurateli. W późniejszym czasie stracił swój autorytet i poparcie społeczne.
Nastąpiło to, gdy nowy kształt Polski nie spełnił oczekiwań Narodu.
4 czerwca
1989 r. czynnikiem niezależnym okazał się nade wszystko sam Naród Polski.
Wprawdzie wybory były tylko w części wolne, ale w tym zakresie stanowiły swoisty
plebiscyt. Naród wymiótł komunę w takim stopniu, w jakim mu tylko to
umożliwiono. Środowisko „okrągłostołowe” było zakłopotane. Adam Michnik,
komentując wynik wyborów, stwierdzał, że: „ład instytucjonalny po wyborach
winien być budowany wokół idei dialogu i kompromisu: nie zmieniło się przecież
polskie położenie geopolityczne; nie zmienił się dysponent aparatu przemocy”
(„Gazeta Wyborcza”, 6 czerwca 1989 r.). John Tagliabue w „New York Timesie” z 8
czerwca donosił, że „jeden ze związkowych aktywistów” miał do niego powiedzieć:
„wolelibyśmy, żeby ci z listy krajowej dostali 50,5%. No, bo jak ich teraz
wprowadzić do Sejmu?”. Adam Michnik 3 lipca zamieścił w „Gazecie Wyborczej”
artykuł zatytułowany „Wasz prezydent, nasz premier”. Chodziło mu o Bronisława
Geremka, który miałby stanąć na czele rządu popieranego wspólnie przez
„Solidarność” i PZPR („sojusz demokratycznej opozycji z reformatorskim skrzydłem
obozu władzy”). Zapobiegł temu Wałęsa, zawierając sojusz z ZSL i SD oraz
wysuwając kandydaturę Tadeusza Mazowieckiego. Ten ostatni 12 września ogłosił
tzw. grubą kreskę.
Tymczasem zachowanie Polaków w wyborach stało się
inspiracją dla innych narodów bloku sowieckiego. W warunkach rozchwiania
struktur reformowanego imperium oraz silnych wpływów Zachodu nurty wolnościowe
pojawiły się w kolejnych krajach satelickich Moskwy. Nastał czas remanentów po
bloku sowieckim. Przy czynnym udziale rządu RP uległy likwidacji Układ
Warszawski (formalnie 31 marca 1991 r.) i RWPG (formalnie 28 czerwca 1991 r.).
Po puczu Janajewa (19-20 sierpnia 1991 r.) rozpadł się ZSRS. Oficjalne jego
samorozwiązanie nastąpiło
25 grudnia 1991 roku. Wcześniej,
8 grudnia, w
czasie spotkania w Puszczy Białowieskiej, przywódcy Rosji (Borys Jelcyn),
Ukrainy (Leonid Krawczuk) i Białorusi (Stanisław Szuszkiewicz) zadecydowali o
jego rozwiązaniu. Po długotrwałych negocjacjach polsko-sowieckich, a potem
polsko-rosyjskich, ostatni żołnierze rosyjscy opuścili Polskę 17 września 1993
roku – w rocznicę zajęcia naszych ziem w roku 1939. W tych okolicznościach
kształtowała się nowa polityka zagraniczna Polski.
Architekci zmian
Na podstawie ustaleń Okrągłego Stołu
ministerstwa: spraw zagranicznych, obrony narodowej i spraw wewnętrznych,
traktowane były jako tzw. resorty prezydenckie. To kolejne głowy państwa –
Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa – akceptowały kandydatów na szefów tych
resortów. W kolejnych rządach, kierowanych przez „solidarnościowych” premierów:
Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego i Hannę
Suchocką, ministrem spraw zagranicznych był Krzysztof Skubiszewski. Także w
krótkim okresie rządów premiera Waldemara Pawlaka (czerwiec – lipiec 1992 r.).
Rządy późniejsze – lewicowe, potem solidarnościowe, następnie znów lewicowe i
kolejne – odziedziczyły pewien kanon polityki zagranicznej wypracowany w tamtym
czasie.
Politykę zagraniczną Polski na wirażu historii symbolizuje osoba
Krzysztofa Skubiszewskiego. Byłoby jednak dalekim uproszczeniem sprowadzanie
autorstwa tej polityki jedynie do jego działań. Oprócz tu wymienionych
prezydentów i premierów mieli w niej udział również ministrowie obrony narodowej
i niektórzy inni członkowie rządów, niektórzy ambasadorowie, marszałkowie Sejmu
i Senatu oraz przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych obu izb, liderzy klubów
parlamentarnych, wreszcie kolejne rządy działające in gremio oraz Sejm i Senat
uczestniczące w zatwierdzaniu przyjętych decyzji. Miały wreszcie udział w
kształtowaniu polityki zagranicznej środowiska polityczne i medialne,
wypracowujące decyzje i organizujące poparcie opinii publicznej dla tych
decyzji.
W opracowaniu poświęconym obrazowi polskich przemian w amerykańskiej
prasie Anna Mazurkiewicz1 wymienia nazwiska osób, które w czasie przełomu
reprezentowały wobec opinii amerykańskiej „stronę opozycyjną” – oprócz Lecha
Wałęsy byli to: Bronisław Geremek, Janusz Onyszkiewicz, Adam Michnik, Jacek
Kuroń, Helena Łuczywo, Jan Lityński, Andrzej Wajda, Zbigniew Bujak. W okresie
wyborów czerwcowych 1989 r. nazwisko Jaruzelskiego wymieniano w prasie
amerykańskiej częściej niż nazwisko Wałęsy. Obraz ten nie był przypadkowy. Nowy
kanon polityki zagranicznej Polski wypracowali uczestnicy Okrągłego Stołu.
Uczynili to w dialogu nie tylko wewnętrznym, ale także zagranicznym: z jednej
strony – z Moskwą, a z drugiej strony – z ośrodkami politycznymi i gospodarczymi
państw Zachodu. Przykładowo Henry Kamm w „New York Timesie” z 30 czerwca 1989
roku donosił, że zmiana postawy „Solidarności” po wyborach (wstrzemięźliwość
zamiast swobodnej otwartości) była głęboka, ponieważ „zamiast wcześniejszego,
nieprzejednanego antagonizmu liderzy związku odbywali dyskretne i częste
spotkania w ambasadzie sowieckiej”.
Narodziny nowej doktryny
W polityce bywa, że kluczowe
sformułowania proklamowane są poza oficjalnymi komunikatami i przez osoby, które
nie należą do kręgu uprawnionych do podejmowania decyzji. Zdarza się także, że
to gazety „robią” politykę. Ryszard Stemplowski w swoim kalendarium polskiej
polityki zagranicznej2 pośród ważnych wydarzeń tamtego czasu wymienia wywiad,
który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” 7 września 1989 roku. Jan
Nowak-Jeziorański, były dyrektor Radia Wolna Europa, spełniający rolę jednego z
łączników pomiędzy kręgami polityki amerykańskiej a środowiskami
okrągłostołowymi w Polsce, odpowiadał na pytania Jacka
Żakowskiego.
Najistotniejsza diagnoza brzmiała: „…Polska leżąca między
Niemcami a Rosją nie może być czynnikiem neutralnym, bo wcześniej czy później te
dwie potęgi zmówią się przeciwko nam (…) możemy być tylko młodszym partnerem
Niemiec albo Rosji”. Nowak-Jeziorański stwierdzał, że „jakiekolwiek sojusze z
zachodem nie zapewnią nam bezpieczeństwa”. Jako osiągalny pułap aspiracji
polskich wskazywał finlandyzację, „która byłaby bardzo dobrym rozwiązaniem.
Finlandia przyjęła na siebie zobowiązanie, że nigdy nie stanie się bazą do
wypadu na Rosję i bardzo skrupulatnie je respektuje”.
Żakowski zadał pytanie:
„Czy nie ma nadziei, że wizja zjednoczonej Europy, w której stosunki
międzynarodowe nie będą już miały charakteru międzypaństwowego, zdezaktualizuje
tego rodzaju geopolityczne myślenie?”. Nowak-Jeziorański odpowiedział:
„Zjednoczona Europa znajdzie się pod hegemonią niemiecką. Wiele zależy od tego,
jak Niemcy będą tę hegemonię traktowali. Jeżeli potraktują ją w sposób
liberalny, europejska wspólnota się utrzyma i – być może – znajdzie się w niej
miejsce dla Polski. Jeżeli natomiast polityka niemiecka będzie taka jak dawniej,
jeżeli będzie, jak dawniej, nastawiona na dominację i czerpanie jednostronnych
korzyści, to w tej zjednoczonej Europie miejsca dla Polski nie będzie. Wtedy
Polska wybierze Rosję”.
Zrozumienie tego, co naprawdę dzieje się w Moskwie,
narastało stopniowo, nie tylko w Polsce. Jedni odkrywali to szybciej, drudzy
wolniej. Na przykład Michael Mandelbaum z amerykańskiej Rady Stosunków
Zagranicznych trzy dni po czerwcowych wyborach diagnozował publicznie, że
„istnieje jakaś czerwona linia, poza którą Sowieci nie pozwolą Polsce wyjść”,
nie określił tylko, gdzie ona przebiega. Rażą dziś serwilistyczne wypowiedzi
premiera Mazowieckiego, że: „wola sojuszu [z ZSRR] nie jest koniunkturalna, lecz
jest wolą dwu narodów” (listopad 1989), albo że dla sąsiadów Polska będzie
parterem lojalnym, „takie partnerstwo zaproponowaliśmy Związkowi Radzieckiemu,
podkreślając, że nasza oferta ma charakter niekoniunkturalny” (18 stycznia
1990). Odmiennie Lech Wałęsa w Kongresie Stanów Zjednoczonych (15 listopada
1989), referując proces gwałtownych zmian w Europie Środkowej i Wschodniej
zachodzących w ciągu ostatnich miesięcy, pytał: „Czy jakikolwiek myślący
człowiek, który rozumie, co się dzieje na świecie, może jeszcze powiedzieć, że
lepiej, aby Polacy siedzieli cicho? Czy nie jest raczej tak, że Polacy robią dla
zachowania i utrwalenia pokoju więcej niż wielu spośród tych zalęknionych
doradców?”.
W zmieniających się okolicznościach okrągłostołowa „opozycja”
miała dokonać reorientacji kierunku geopolitycznego sugerowanej przez
Nowaka-Jeziorańskiego – nie z Rosją, lecz z Niemcami – ale jednocześnie miała
zachować jego przekonanie o Polsce jako „młodszym partnerze”.
Kierunek: Niemcy?
Pomiędzy 9 a 14 listopada 1989 r.
przebywał w Polsce Helmut Kohl, dobrze przygotowany do rozmów, skoro o przyszłym
zjednoczeniu państw niemieckich podobno rozmawiał już w czasie spotkania z
Gorbaczowem na Krymie, w sierpniu 1988 roku. To po tym spotkaniu rozpoczęły się
przygotowania do Okrągłego Stołu. W czasie wizyty Kohla w Polsce upadał mur
berliński – kanclerz przerwał na jeden dzień wizytę, po czym tu powrócił. Czy
mógł dobitniej podkreślić wagę rozmów z Polską? Wywiózł z naszego kraju dobre
wrażenie oraz wspólną deklarację o współpracy polsko-niemieckiej. Kiedy na
początku grudnia przedstawił dziesięciopunktowy program zjednoczenia Niemiec,
rząd Mazowieckiego, pławiący się w poczuciu sukcesu z powodu wzajemnego
przekazania znaku pokoju w Krzyżowej oraz ogłoszenia wspólnej deklaracji, musiał
z przykrością stwierdzić, że nie ma w programie ani słowa o nienaruszalności
granicy z Polską.
Rozpoczynały się przygotowania do konferencji „dwa plus
cztery” (RFN i NRD plus zwycięzcy II wojny światowej: USA, ZSRS, Wielka Brytania
i Francja). Miała ona zwieńczyć traktatem pokojowym zmieniające się stosunki
dawnych stron wojny światowej. Polsce – mimo że była pierwszą ofiarą niemieckiej
agresji w 1939 roku i stroną zwycięskiej koalicji – nie przyznano statusu
pełnoprawnego uczestnika konferencji. RFN sprzeciwiała się początkowo nawet
uczestnictwu Polski w charakterze obserwatora w tych sesjach konferencji, w
których omawiano sprawę granicy polsko-niemieckiej (ciekawy to komentarz do
wspólnej deklaracji). Ostatecznie Polska ten status uzyskała.
Premier
Margaret Thatcher ujawniła w wywiadzie dla niemieckiego „Spiegla”, iż kanclerz
Kohl oświadczył jej, że nigdy nie uzna granicy na Odrze i Nysie. W swoich
wystąpieniach nie używała ona sformułowania „zjednoczenie” Niemiec, lecz
„złączenie” państw niemieckich, podkreślając, że chodzi o utworzenie jednego
organizmu państwowego z RFN i NRD, a nie o zjednoczenie w rozumieniu niemieckiej
konstytucji (w myśl której Niemcy istnieją w granicach z 1937 roku). Premier
Thatcher była zaniepokojona perspektywą przyszłej niemieckiej hegemonii w
Europie i być może podnosiła sprawę granicy polsko-niemieckiej w celu
spowolnienia decyzji integracyjnych.
W Niemczech natomiast trwał spór,
którego stronami byli członkowie rządowej koalicji. Ówczesny minister spraw
zagranicznych Hans-Dietrich Genscher opowiadał się za uznaniem aktualnej granicy
z Polską, podnosząc priorytet integracji europejskiej wobec kwestii granicznych.
W istocie wejście Polski do pozostającej pod niemiecką hegemonią wspólnoty
europejskiej, w której stosunki międzynarodowe nie miały już być stosunkami
międzypaństwowymi, dawało polityce niemieckiej lepsze perspektywy ekspansji niż
możliwość manipulowania kwestiami granicznymi. Ostatecznie Niemcy zgodziły się
na zawarcie osobnego traktatu granicznego z Polską, który został podpisany 14
listopada 1990 roku, półtora miesiąca po zakończeniu konferencji „dwa plus
cztery”.
W tle tych wydarzeń zapadła decyzja o włączeniu Polski w procesy
integracji europejskiej – gdzieś pomiędzy powołaniem rządu Mazowieckiego (12
września 1989 r.) a końcem stycznia 1990 roku. Premier 30 stycznia 1990 r. wydał
zarządzenie w sprawie powołania Międzyresortowego Zespołu ds. Dostosowania
Polskiej Gospodarki do Procesów Integracji w Europie. Dwa dni później w
Parlamencie Europejskim w Brukseli zadeklarował zamiar stowarzyszenia Polski ze
Wspólnotami Europejskimi. 5 lutego Dwunastka formalnie zaprosiła Polskę do
rozmów stowarzyszeniowych. Narzuca się myśl o związku decyzji o włączeniu Polski
w procesy integracyjne z wizytą Kohla w Polsce. Z porównania dat wynika przy
tym, że gotowość integracyjna rządu Mazowieckiego wyprzedzała zmianę stanowiska
rządu RFN w sprawie granicy z Polską.
Budzimy się późno
Z perspektywy niepodległości i
suwerenności Polski procesy uwalniania się od Moskwy były kwestią oczywistą,
realizacją prawa do wolności. Natomiast włączenie w procesy integracji
europejskiej – w której stosunki międzynarodowe nie miały już być stosunkami
międzypaństwowymi – w oczywisty sposób pozostawało w sprzeczności z postulatem
suwerenności RP. Włączenie w obszar hegemonii niemieckiej przekreślało
perspektywę niepodległości.
W Europie Środkowej i Wschodniej powstawały nowe
państwa. Wspólne ich działanie mogło wytworzyć dużą przestrzeń polityczną
pomiędzy Niemcami a Rosją. Byłoby to możliwe, gdyby Polska – przodująca w
zmianach w bloku – poprowadziła w tym kierunku konsekwentną akcję polityczną i
gdyby ta akcja spotkała się z dobrym przyjęciem zainteresowanych, na co istniały
szanse. W warunkach zmowy okrągłostołowej nie było jednak komu przeprowadzić
takiej akcji. Jedynie prezydent Wałęsa 10 marca 1991 roku, przy okazji wizyty w
Niemczech, rzucił hasło: NATO-bis i EWG-bis. Miejsce Polski było jednak już
określone, a instrumenty polityki zagranicznej znajdowały się w rękach środowisk
reprezentujących nie narodowy, ale ponadnarodowy punkt widzenia.
Po latach
Zbigniew Romaszewski zarzucił („Rzeczpospolita” z 12 października 2006 r.), że
za wałęsowską koncepcją NATO-bis i EWG-bis stać musiała inspiracja sowiecka.
Rozumując w upraszczających kategoriach, których nauczał Nowak-Jeziorański (że
Polska może być jedynie „młodszym partnerem” Niemiec lub Rosji), można
oczywiście założyć, że musi być agentem sowieckim ten, kto nie przyjął opcji
współpracy z Niemcami. Takie założenia służą jednak nie do diagnozy, ale do
zniesławiania przeciwników. To właśnie Lech Wałęsa wydobył od Jelcyna rosyjską
deklarację braku sprzeciwu w sprawie przystąpienia Polski do NATO (25-26
sierpnia 1992 r.).
Krzysztof Skubiszewski, na dziesięć dni przed rozpoczęciem
prac Sejmu II kadencji zdominowanego przez lewicę, 4 października 1993 r. złożył
oświadczenie w sprawie polityki zagranicznej – swoisty testament polityczny.
„Nasza polityka jest polityką niepodległości w ramach bezpieczeństwa
euroatlantyckiego. Polskie dążenie do NATO jest nieodwracalne (…). Rząd RP
przygotowuje wejście Polski do Wspólnoty Europejskiej i do NATO. Rząd realizuje
stopniowe zbliżanie się Polski do organizmów zachodnioeuropejskich”. Ciekawie
brzmi zwłaszcza ta „niepodległość w ramach”.
Jest nadzieja na przyszłość
Twierdzenie, że Polska jest
dziś niepodległa i suwerenna, to próba zakłamywania rzeczywistości. Uznaliśmy
nadrzędność unijnego prawa nad prawem polskim, a kluczowe decyzje o losach
Polski podejmowane są nie przez Polaków i nie według kryterium dobra Polski. To
zaś oznacza, że nadejdzie czas płaczu. Lekceważenie praw narodów do wolności
stanie się zresztą powodem strukturalnych kryzysów i naruszeń pokoju w świecie i
w Europie.
W 1989 r. nadzieja Polaków płynęła przede wszystkim ze słów Jana
Pawła II, które padły w Warszawie dziesięć lat wcześniej: „Niech zstąpi Duch
Twój. Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Po tej
modlitwie liczne zdarzenia polityczne były przez wielu postrzegane jako jej
konsekwencja, a czasem bywały opatrzone komentarzem, że Pan Bóg i wilkiem orze.
Dziś ponownie z tego samego źródła można czerpać nadzieję na przyszłość oraz z
doświadczenia, że z tego, co sobie zakładają wielcy manipulatorzy, nie wszystko
się spełnia. Stosunki międzynarodowe nadal ulegają dynamicznym zmianom.
Nadciągają kolejne wiraże historii. Łączą się z nimi poważne zagrożenia, ale
mogą pojawić się też nowe, poważne szanse.
Jan Łopuszański
1 Anna Mazurkiewicz, Prasa amerykańska wobec wyborów w Polsce w latach 1947 i
1989, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego 2009. Wszystkie cytaty z prasy
amerykańskiej użyte w artykule są przytaczane za tym opracowaniem.
2 Ryszard
Stemplowski, Wprowadzenie do analizy polityki zagranicznej RP, t. II, PISM,
Warszawa 2007. Daty i okoliczności zdarzeń w artykule są przytaczane w oparciu o
to opracowanie oraz o przegląd prasy.
