Na wileńskim szlaku

Dziękujemy wam, że nie nazywacie nas Polonią – takie słowa często
słyszą studenci Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, którzy co roku
kilka listopadowych dni spędzają na spotkaniach z naszymi rodakami mieszkającymi
na Wileńszczyźnie. Polacy zza wschodniej granicy nigdy nie opuścili swojej
Ojczyzny, a jedynie zmieniła się granica oddzielająca ich od Macierzy. Litewskie
rządy zaś szukają coraz to nowych sposobów, by zatrzeć wszelkie znaki polskości
na tych terenach. Mieszkających tam Polaków nic nie jest jednak w stanie
wyrzucić z ich z umiłowanej ziemi, jak mówią słowa znanej pieśni: "Ukochana moja
ziemio, Wileńszczyzny drogi kraj, na nic Ciebie nie zamienię, z Tobą żyć i
umrzeć daj".

Na początek droga kieruje nas do Trok. W pobliżu poprzedniej stolicy Litwy mamy
zakwaterowanie.

Łzy cisną się do oczu
W Trokach czeka pan Andrzej, żeby wskazać nam drogę do domu. A tam z kolacją –
pysznymi cepelinami – czeka jego żona Krystyna. Szybko okaże się, że wzajemnie
przypadniemy sobie do gustu. Jeden z wieczorów spędzamy razem z naszymi
gospodarzami i zaproszonym zespołem Trocczanie, w którym śpiewa także pan
Andrzej. Specjalnie dla nas zespół wykonuje piosenki ludowe i pieśni o tematyce
nawiązującej do rejonu wileńskiego. Niezwykle przejmująca jest "Modlitwa do
Matki Bożej Ostrobramskiej" wyrażająca wielkie przywiązanie Polaków do ziemi
wileńskiej. – Czasem ciężko nam jest śpiewać tę pieśń, słowa nie chcą przejść
przez gardło, łzy cisną się do oczu – mówi jedna z członkiń zespołu.

Prawo do polskiej szkoły
Jako mieszkańcy Macierzy, odwiedzający Wileńszczyznę, zastanawiamy się, dlaczego
Litwini tak ciemiężą Polaków, zamykając polskie szkoły, nie pozwalając na
polskie nazewnictwo ulic itp. Na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć
jednoznacznie, a przecież w niektórych rejonach Litwy Polacy stanowią nawet 80
procent mieszkańców. Życie na Wileńszczyźnie nie jest łatwe. – Jest ciężko. Nie
wiem, dlaczego Litwini są tak nieprzyjaźni, a przecież pod koniec XIX wieku było
ich zaledwie 5 procent na Litwie. Walka z językiem polskim jest niezrozumiała.
Dlaczego kogoś interesuje, co i jak ja mam na moim własnym domu napisane?
Przecież mogę sobie na nim nawet wiersze pisać. Ale Litwini uważają inaczej –
żali się jedna ze spotkanych Polek mieszkających na Litwie. – Moje dzieci
chodziły do polskiej szkoły i nie mogę powiedzieć, żeby miały kłopoty z
posługiwaniem się językiem litewskim. Władają zarówno językiem polskim, jak i
litewskim – dodaje. Polaków z Wileńszczyzny zadziwia także litewskie podejście
do Polaków. Przykład podaje pan Waldemar, nasz przewodnik po Wilnie. – W
litewskiej reprezentacji koszykówki gra zawodnik polskiego pochodzenia. Kiedy
media chlubiły się jego wynikami sportowymi, anonsowały go jako Kristofas
Lavrinovicius, zaś kiedy miał sprawę sądową, wówczas podawano jego polskie imię
i nazwisko – Krzysztof Ławrynowicz – mówi pan Waldemar.

Nie wyrzekniemy się ideałów
Celem naszej wędrówki po Wileńszczyźnie jest udział w Sztafecie Niepodległości
na trasie z Zulowa, gdzie urodził się Ziuk Piłsudski, na cmentarz na Rossie w
Wilnie, na którym spoczywa serce Marszałka. W sztafecie wspieranej przez
uczestników Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego, a zorganizowanej
pod hasłem "Kochamy Polskę i Litwę – niepodległością naszych serc i myśli" przez
harcerzy z Wileńskiego Hufca Maryi im. Pani Ostrobramskiej bierze udział
kilkunastoosobowa delegacja naszych studentów wraz z o. Benedyktem Cisoniem,
duszpasterzem akademickim. Uczestnicy sztafety biegną, trzymając 123-metrową,
biało-czerwoną flagę symbolizującą lata polskiej niewoli. Za chwilę jednak w
czasie uroczystości przy Mauzoleum Matki i Serca Syna padają słowa attaché
polskiej ambasady na Litwie, które nie przystają do rzeczywistości naszej
Ojczyzny, do rzeczywistości Polaków mieszkających na Wileńszczyźnie.
Przedstawiciel ambasady mówi o otaczających Polskę przyjaźnie ustosunkowanych
narodach… Kończąc wystąpienie, prosi ks. Józefa Aszkiełowicza, proboszcza z
Mejszagoły, o poprowadzenie krótkiej modlitwy. Dopiero z jego ust uczestnicy
uroczystości słyszą słowa prawdy, że walka o niepodległość stanowiła walkę o
tożsamość narodową, wiarę i język ojczysty – ideały najważniejsze w życiu
każdego Polaka. Apeluje, aby nie wyrzekać się tych ideałów oraz walki o nie. –
Bo gdy nikt nie umiera za ideały, umierają same ideały – przekonuje ks. Józef
Aszkiełowicz. Wśród starszych uczestników uroczystości słychać głosy zadowolenia
z obecności tak licznej grupy młodzieży i dzieci. – Dobrze, że jest tu tyle
młodych. My odchodzimy, a tradycję trzeba przekazywać – cieszy się starsza
kobieta. Wielu mieszkających tam młodych ludzi poważnie traktuje swoje polskie
korzenie. – Kiedy jadę do Polski i pytają mnie, skąd jestem, wyjaśniam, że z
Wilna. Mówią wtedy na mnie Litwinka. A ja przecież jestem Polką – podkreśla
harcerka biorąca udział w uroczystości.

Pamięć o przodkach
Razem z panem Waldemarem, naszym przewodnikiem, odbywamy spacer po wileńskiej
nekropolii. Na własne oczy możemy zobaczyć, że cmentarz jest najlepszym dowodem
tradycji i pamięci o przodkach. Jak mówi nasz przewodnik, by zniszczyć tę
pamięć, nekropolie trzeba by zrównać z ziemią. Zresztą cmentarz na Rossie w
latach 80. był zagrożony, kiedy chciano jego kosztem poszerzyć drogi. – Podobnie
było z wileńskim cmentarzem bernardyńskim, ale szczęśliwie została tam pochowana
matka Feliksa Dzierżyńskiego i cmentarz ocalał – mówi przewodnik. Na cmentarzu
na Rossie spotykamy nagrobki wielu znanych Polaków, m.in. Joachima Lelewela,
Władysława Syrokomli, profesorów wileńskiego uniwersytetu Stefana Batorego. Nasz
wyjazd ma charakter pielgrzymkowy, dlatego nie możemy ominąć Ostrej Bramy. Tu, u
Matki Miłosierdzia, zostawiamy nasze prośby i dziękczynienia. Uczestniczymy
także we Mszy Świętej. Odwiedzamy maleńkie sanktuarium Pana Jezusa Miłosiernego,
gdzie znajduje się oryginalny obraz, jaki został namalowany według wskazań św.
Siostry Faustyny. Koronkę do Bożego Miłosierdzia odmawiamy w domu, w którym
mieszkała Siostra Faustyna. Jednak największe – choć smutne – wrażenie na
studentach z WSKSiM robi wizyta w Ponarach, miejscu masowych mordów Polaków i
Żydów (ponad 100 tys. osób) dokonanych przez oddziały SS i kolaboracyjnej
policji litewskiej w latach 1941-1944. Na wspólną modlitwę przy miejscu pamięci
pomordowanych Polaków nakłada się huk przejeżdżającego pociągu. Robi to ogromne
wrażenie i przypominają się słowa jednej z wileńskich pieśni: "Rozrzucone ojców
kości, pośród jarów, pośród gór, co uczyli nas polskości, dając dla nas piękny
wzór". – Przekazujcie informacje o tym miejscu – prosi pani Krystyna, nasza
gospodyni z Trok. – Ważne jest, by jak najwięcej osób dowiedziało się o tym
miejscu kaźni – podkreśla. Studenci obiecują, że będą pamiętali i będą mówić o
Ponarach.

 

Tekst i zdjęcia Katarzyna Cegielska

drukuj