Moskwa dogra własne oprogramowanie
Z Bogdanem Święczkowskim, byłym szefem Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego, rozmawia Maciej Walaszczyk
W miniony wtorek Rosjanie zarekwirowali sprzęt elektroniczny dziennikarzom
"Naszego Dziennika" – laptopy, karty pamięci, dyktafon. Jak Pan ocenia
zainteresowanie służby celnej tymi rzeczami?
– Wygląda to na wcześniej zaplanowaną akcję. Niewykluczone, że osoby, które
przedstawiały się jako funkcjonariusze służby celnej, były tak naprawdę
funkcjonariuszami którejś ze służb bezpieczeństwa działających na terytorium
Rosji. Na co dzień często tacy funkcjonariusze posługują się dokumentami innych
instytucji czy służb rosyjskich, i nie jest to w Rosji nic nadzwyczajnego.
Według mnie, rekwizycja tego sprzętu podyktowana była kilkoma powodami. Na pewno
chęcią poznania informacji, jakie zdobyli polscy dziennikarze na terenie Rosji,
chęcią poznania informacji, które wcześniej posiadali na zabranych im nośnikach
– laptopach, aparatach fotograficznych itd., a także możliwością zainstalowania
na nich sprzętu pozwalającego, już po zwrocie, na uzyskiwanie z niego na bieżąco
informacji na temat pracy dziennikarzy.
Ma Pan na myśli zainstalowanie oprogramowania szpiegującego?
– Tak, chodzi o zainstalowanie na notebookach oprogramowania lub sprzętu
szpiegowskiego. Jeśli sprzęt zostanie zwrócony, dziennikarze powinni poddać go
skrupulatnej kontroli – właśnie by sprawdzić, czy nie zostało to uczynione. Dla
mnie cała sytuacja jest jednak wyjątkowa i niespotykana, aby dziennikarzom
obcego państwa zatrzymywano sprzęt, na którym pracują, zwłaszcza z absurdalnych
powodów.
Można to traktować jako świadomą demonstrację?
– W moim przekonaniu, było to świadome i zaplanowane działanie, mające na celu
przejęcie posiadanych przez dziennikarzy informacji oraz pokazanie, że skończyły
się czasy w miarę swobodnego dostępu do informacji na temat katastrofy
smoleńskiej. Właśnie by to zamanifestować i spodziewając się słabej reakcji
mediów mainstreamowych, specjalnie wybrano do tego celu dziennikarzy "Naszego
Dziennika". Było to, w mojej ocenie, całkowicie świadome działanie: wypróbowanie
na dziennikarzach, których obrony nie podejmą się ani największe media, ani
znawcy tematyki rosyjskiej, ani władze państwa, jak daleko można się posunąć. I
ten cel został przez Rosjan zrealizowany.
MSZ oficjalnie wystosowało notę dyplomatyczną w tej sprawie, dziennikarze
uzyskali na miejscu pomoc konsularną. Według Pana, rząd powinien w tej sprawie
głośno się wypowiedzieć?
– Nie znam prawa rosyjskiego. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji, aby w Polsce
polskie służby zatrzymały na granicy zagranicznych dziennikarzy i zabrały im
sprzęt, sugerując, tylko na zasadzie podejrzenia, że coś może się na nim
znajdować. Jeśli już doszłoby do tak spektakularnej akcji, to musiałyby to być
informacje naprawdę bardzo wiarygodne. Myślę, że w normalnej sytuacji podobnie
zresztą zachowałyby się służby kontrwywiadowcze w Rosji. Tymczasem tutaj miało
miejsce działanie zaplanowane, które poza samym przejęciem informacji ze sprzętu
ma przynieść wyniki w przyszłości.
W jaki sposób?
– W tej chwili w Polsce jedynymi mediami, które są zainteresowane tematyką
smoleńską oraz szeroko pojętymi relacjami polsko-rosyjskimi, są: "Nasz
Dziennik", Radio Maryja, Telewizja Trwam oraz "Gazeta Polska". To dwa nurty
mediów, które wyraźnie koncentrują się na tych tematach.
Dlatego dziś dla rosyjskich służb zdobycie wiedzy o tym, co dzieje się w tych
redakcjach, jest dużo bardziej istotne niż informacje o tym, co dzieje się np. w
redakcjach TVN czy innych mediach tzw. głównego nurtu w Polsce. W nich nie ma,
jak się zdaje, żadnej determinacji do opisywania i drążenia śledztwa w sprawie
katastrofy smoleńskiej oraz problemów polsko-rosyjskich. Dlatego skierowanie
przez Rosjan działań przeciw dziennikarzom "Naszego Dziennika" wydaje się bardzo
logiczne.
W jaki sposób Rosjanie mogą wykorzystać informacje, które zdobyli z naszych
komputerów?
– Wydaje się, że stoją za tym albo FSB, albo rosyjski wywiad cywilny, a więc SWR,
lub służby wojskowe GRU. Bo tylko one mogą być tą sprawą zainteresowane. Jeżeli
przyjąć, że wywiad rosyjski chciałby umieścić agenturę w strukturach Radia
Maryja lub "Naszym Dzienniku", to musi najpierw dobrze poznać pracujących w nim
ludzi i otaczające ich środowisko, znać ich kontakty, problemy, sposób myślenia
itd. Wszystko po to, by w sposób bezpieczny taką agenturę tam umieścić. Wiele
wskazuje, że taki może być ich cel. A dla mnie przy tym najgorsze jest to, że
zatrzymanie dziennikarzy i odebranie im należącego do redakcji sprzętu nie
wzbudziło w Polsce żadnego sprzeciwu. Tylko stanowcza reakcja z polskiej strony
mogła spowodować, że Rosjanie by się z tych zamiarów wycofali. Ale niestety,
teraz nabiorą jeszcze pewności, że mogą stosować tego rodzaju metody wobec
mediów, które w Polsce w sprawie katastrofy smoleńskiej patrzą władzom rosyjskim
na ręce.
Może nie czujemy się zastraszeni, ale kolejny wyjazd do Rosji wiąże się z
ryzykiem powtórzenia tej sytuacji. Nie uważa Pan tych obaw za element
zastraszenia?
– Oczywiście, że tak. Teraz każdy, kto będzie chciał jechać do Rosji, by np.
zdobyć informacje w sprawie katastrofy smoleńskiej, będzie musiał się dobrze
zastanowić, czy laptopa lub aparatu fotograficznego lepiej nie zostawić w domu.
Kolejny wyjazd wiąże się po prostu z realną groźbą kolejnej straty sprzętu i
dyskomfortem sytuacji związanych z rosyjskimi służbami. A więc nawet
podświadomie jest to również element zastraszający. Rosyjskie służby, które są
wyspecjalizowane w psychosocjologicznych technikach manipulacji, zdają sobie
sprawę, że nie można stosować zastraszania bezpośredniego. Choć być może nie
cofnęłyby się przed użyciem metod bardziej bezpośrednich, od sankcji karnych
począwszy, na groźbie utraty zdrowia skończywszy. Poprzez manipulację i
dezinformację rosyjskie służby mają do osiągnięcia w Polsce jeden cel, a jest
nim – w moim przekonaniu – stonowanie debaty wokół katastrofy smoleńskiej,
utrudnienie dostępu do informacji niezgodnych z oficjalną linią rosyjskich władz
i MAK, a w efekcie doprowadzenie do sytuacji, w której sprawa wyjaśnienia
prawdziwych przyczyn katastrofy będzie zamieciona pod dywan. A to jest, nad
czym, niestety, bardzo ubolewam, zgodne z oczekiwaniami sporej części rządzącej
dziś Polską ekipy.
Dziękuję za rozmowę.
