Moc i trwałość RP

Nad wejściem do budynku Sądu Okręgowego przy al. Solidarności w
Warszawie wykuty w elewacji napis głosi: „Sprawiedliwość jest ostoją mocy i
trwałości Rzeczypospolitej”. Chcemy wierzyć, że do sądu udajemy się po
sprawiedliwość, tu, teraz, w Polsce, a nie po wyrok, z którym nie tylko że nie
możemy się zgodzić, ale którego nie potrafimy nawet zrozumieć. Jak na przykład
wyroku Sądu Apelacyjnego w Katowicach w sprawie Alicja Tysiąc kontra „Gość
Niedzielny”. Wszystko wskazuje na to, że wyroków trudnych do pogodzenia z
„ostoją mocy i trwałością Rzeczypospolitej” będzie więcej, gdyż niewiele
zrobiliśmy przez ostatnie 20 lat, aby z pełną odpowiedzialnością wyjaśnić sobie,
co oznaczają te ważne słowa. Z czego mają wynikać moc i trwałość
Rzeczypospolitej, by mogła się zrealizować w sprawiedliwym dla niej wyroku?
Każdy bowiem wyrok, także ten w bulwersującej sprawie, jaki wytoczyła Alicja
Tysiąc „Gościowi Niedzielnemu”, wydawany jest w imieniu Rzeczypospolitej. Czym
jest zatem ta nasza Rzeczpospolita, która początek ludzkiego życia i jego
ochronę uznaje wyłącznie za sprawę światopoglądu katolickiego, która oskarża
Kościół o używanie „języka nienawiści”, która w końcu afirmuje upokorzenie
Polski na międzynarodowym forum za sprawą obywatelki, która zaskarżyła polskie
władze do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Wraz z umacnianiem się zasady suwerenności sędziowskiej, której – warto o tym
pamiętać – do 1989 roku raczej w Polsce nie było, orzeczenia sądów noszą w sobie
coraz większe znamię indywidualnych, wręcz światopoglądowych zapatrywań sędziów,
a te – jak wiadomo – kształtowane są w dużym stopniu przez współczesne media.
Bywa i tak, że niektórzy sędziowie kierują się – jak dawniej – światopoglądem
marksistowskim, który zwalczał katolicyzm z jego uniwersalną etyką. Możliwe są
też bardziej lub mniej uświadamiane różnice wynikające z uwarunkowań
cywilizacyjnych, wszak na naszym terytorium ścierają się aż cztery różne typy
cywilizacji. Konsekwencją tego jest zróżnicowane podejście do wielu zagadnień
społecznych, w tym do prawa i jego tworzenia, a więc także do wyroków sądów,
które pozostają przecież ważnym źródłem prawa stanowionego.
Współcześnie w
Europie i Polsce dominują dwa podejścia do stanowienia prawa. Za prof. Feliksem
Konecznym można określić je jako dwie metody – aprioryczną i aposterioryczną.
Pierwsza – rewolucyjna – zakłada, że zadaniem prawodawcy jest jak najszersze
ujęcie wszystkich możliwych dziedzin życia w normy prawne, tak by można było
powiedzieć, że zgodne z prawem jest wszystko to, co nie jest sprzeczne z
przepisami. Druga metoda aposterioryczna – ewolucyjna – polega nie na
drobiazgowym przewidywaniu i planowaniu, co jeszcze można ująć w prawo, ale na
stopniowym zamienianiu norm etycznych w prawne na podstawie wielowiekowego
doświadczenia i usankcjonowanego zwyczaju. Ta metoda jest właściwa dla ducha
Polski, gdyż większość jej obywateli uznaje za obowiązującą etykę katolicką w
życiu prywatnym i publicznym i reprezentuje cywilizację
łacińsko-chrześcijańską.
Wróćmy do metody rewolucyjnej, którą można określić
także jako typowo lewicową. U progu tzw. transformacji ustrojowej dokładnie ujął
jej sens komunistyczny premier Zbigniew Messner, mówiąc: „Co prawnie nie jest
zabronione, jest dozwolone”. Tym regulatorem życia zbiorowego ma być zawsze
prawo i stojące na jego straży sądy. Z biegiem lat sfera wolności, czyli tego,
co jest dozwolone, a nie zabronione, stopniowo się jednak kurczyła i obejmuje
dziś coraz mniej dziedzin życia zbiorowego. Wkrótce zabraknie miejsca, w którym
mogłaby się wyrazić ludzka aktywność nieobjęta prawną regulacją, tym bardziej że
model ten z powodzeniem kontynuuje Unia Europejska.
W ewolucyjnym modelu
stanowienia prawa, bliskim prawicowemu postrzeganiu świata, oczekiwanie
sprawiedliwości pozostaje w ścisłym związku z wpływem etyki na prawo. Etyka jako
norma pozbawiona przymusu, budowana przez wieki na zasadzie świadomej
dobrowolności, poprzedza bowiem normę prawną uzbrojoną w taki przymus. Jest przy
tym mniej kontrowersyjna i konfliktogenna.
To, co obecnie obserwujemy, to
próba poszerzenia stosowania prawa na te wszystkie nowe – najczęściej
konfliktowe – sytuacje, których nie da się w bezpośredni sposób wprost odnieść
do obowiązujących przepisów. Tymczasem nadaktywne prawo nie sprawdza się w
sytuacjach, gdy zachodzi konieczność zajęcia stanowiska wobec nowych aspektów
życia zbiorowego, tych, które nie stały się powszechnie uznane za etyczne. Nie
czekając na utrwalenie się pewnego zgodnego zwyczaju, z którego mogłaby się
wyłonić pozytywna tradycja, prawo – mimo że jest zupełnie nieprzystosowane i
bezradne – brutalnie wkracza w te dziedziny. Jest nie tylko bezradne, ale bywa
też nielogiczne, o czym można się przekonać, czytając niektóre sędziowskie
uzasadnienia wyroków w sprawach dotyczących naruszenia wartości czy dóbr
osobistych. Wie o tym wszystkim doskonale ta strona konfliktu, która żyjąc w
Polsce, nie akceptuje polskich tradycyjnych wartości cywilizacyjnych, chce je
zmienić, a nawet zlikwidować i zastąpić innymi, wygodnymi dla siebie. Dlatego
występuje z powództwami, licząc na to, że sąd w oparciu o przepisy prawa nie
będzie miał innej możliwości, jak zastosować obowiązujące prawo do nieadekwatnej
sytuacji z korzyścią dla powoda. W ten sposób powstaje nowe prawo,
nieakceptowane przez większość obywateli, prawo niesprawiedliwe, bo pozostające
w sprzeczności z ich oczekiwaniami.
Dziś, kiedy słyszymy pytanie, czy Polska
jest państwem prawa, zastanawiamy się, co to może oznaczać. Państwem prawa były
także hitlerowskie Niemcy, gdyż organizowały życie obywatelom od kołyski aż do
śmierci. Pozbawione etyki stały się totalitarnym państwem bezprawia. Także
demokracja, jeśli jest pozbawiona wartości, co przypomniał nam Jan Paweł II,
przemienia się w totalitaryzm. Chcemy, by sądy broniły naszych polskich,
tradycyjnych wartości. Taka jest wola większości i w tym tkwi moc i trwałość
Rzeczypospolitej.

Wojciech Reszczyński

drukuj