Kopacz grozi lekarzom

Rząd nie ma wpływu na istniejące dysproporcje w wynagrodzeniu
pracowników systemu ochrony zdrowia oraz nie jest stroną w konflikcie płacowym
ze związkami zawodowymi – przekonywali wczoraj z mównicy sejmowej
przedstawiciele resortu zdrowia. Z taką argumentacją nie zgadzają się posłowie
opozycji oraz przedstawiciele związków zawodowych służby zdrowia.

Jak deklarował wczoraj w Sejmie Jakub Szulc, wiceminister zdrowia, resortowi
zależy na tym, by „wszyscy pracownicy systemu ochrony zdrowia zarabiali godnie”.
Szulc podał, że w ciągu dwóch ostatnich lat wynagrodzenia w systemie ochrony
zdrowia wzrosły o blisko 10 mld złotych. Głównymi beneficjentami podwyżek byli
lekarze oraz pielęgniarki i położne. Według informacji resortu zdrowia, wzrost
wynagrodzeń lekarzy zatrudnionych na umowę o pracę sięgnął nawet 36 proc. w
stosunku do roku 2007. Co do pielęgniarek i położnych wzrost wahał się na
poziomie 30-50 procent. Szulc przyznał jednak, że są pewne dysproporcje w
wynagradzaniu lekarzy i pielęgniarek. Zależy to od regionu kraju. Zdaniem
Ministerstwa Zdrowia, powodem jest brak jasnych kryteriów podziału środków
płacowych w ustawie o zakładach opieki zdrowotnej. – A minister zdrowia nie ma
kompetencji, by w ten podział ingerować. Minister zdrowia nie jest też stroną w
konfliktach płacowych. Kwestię tę reguluje kodeks pracy, który nie wymienia
ministra zdrowia jako tego, który winien wkraczać w kompetencje pracodawcy –
mówił.
Kwestie wynagrodzeń będą regulowały zapisy ustaw zdrowotnych
przygotowywanych obecnie przez ministerstwo. Jak deklarowała wczoraj szefowa
resortu zdrowia Ewa Kopacz, przewidują one, iż wynagrodzenia lekarzy i
pielęgniarek „będą uzależnione od satysfakcji pacjentów”.
– Zakład, z którego
usług pacjent jest zadowolony, gdzie ma dostateczny dostęp do sprzętu, leków,
gdzie są respektowane rozporządzenia kolejkowe, gdzie się nie wprowadza
pacjentów bokiem do kolejki poprzez prywatny gabinet, dostanie więcej pieniędzy.
I to będą obiektywne wskaźniki. Nie pozwolę na to, aby płacić wszystkim po równo
– mówiła Kopacz.
Słowa te spotkały się z ostrym sprzeciwem ze strony opozycji
parlamentarnej. – Nie wiem, co pani minister miała tu na myśli. Takie epatowanie
sankcjami finansowymi jest zupełnie nie na miejscu. Tam, gdzie prawo jest
łamane, wprowadza się przepisy prawa karnego, a nie obcina ludziom pensje –
ocenia Bolesław Piecha (PiS), przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia. W opinii
posłów opozycji, argumentacja resortu wprowadza uznaniowość w rozdziale środków
na wynagrodzenia pracownicze. – To od ministra zdrowia zależy wzrost wynagrodzeń
w służbie zdrowia. Określa to rozporządzenie ministra zdrowia i opieki
społecznej z 8 czerwca 1999 r. w sprawie zasad wynagradzania pracowników
publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Deklarowane rozwiązanie spowoduje
pogłębianie się różnic płacowych w ośrodkach zdrowia. I co to znaczy satysfakcja
pacjenta? Rząd jest stroną w konflikcie płacowym ze związkami zawodowymi. Zawsze
wypowiadał się w sprawie zgłaszanych przez nie postulatów. W „białym miasteczku”
mówiliście, że od ministra zdrowia zależy wzrost wynagrodzeń. Dlaczego teraz
umywacie od tego ręce? – pytał Tomasz Latos (PiS).
Opinię tę podtrzymuje też
Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych, który przyjmuje, że spór
z resortem istnieje – do tej pory nie spełniono wszystkich postulatów
zgłoszonych rządowi w latach 2006-2007, które zakładały m.in. zwiększenie
podstawy wynagrodzenia pielęgniarek do nie mniej niż 3 tys. zł
brutto.
Posłowie podnosili, że przedstawiona wczoraj informacja rządu
dotycząca wynagrodzeń pracowniczych była niepełna. – Rząd skoncentrował się
tylko na sytuacji lekarzy i pielęgniarek, nie przedstawił informacji na temat
wynagrodzeń innych pracowników służby zdrowia. Brak też ciągle informacji na
temat zadłużenia placówek ochrony zdrowia – zauważyła Elżbieta Streker-Dembińska
(Lewica).
Resort nie odniósł się do argumentów przedstawionych przez
Aleksandra Soplińskiego (PSL), który powołując się na dane jednej z firm
zajmujących się kwestią wynagrodzeń (Sedlak & Sedlak), stwierdził, iż w 2009
r. zarobki w służbie zdrowia były jednymi z najniższych w kraju. Najgorzej w
branży opłacani byli fizjoterapeuci oraz pielęgniarki i położne – co dziesiąta
pielęgniarka zarabia poniżej 1,5 zł brutto. Najlepiej natomiast wiodło się
lekarzom z drugim stopniem specjalizacji zatrudnionym w małych placówkach
ochrony zdrowia. W ocenie OZZPiP, zbyt niskie wynagrodzenie jest główną
przyczyną migracji białego personelu za granicę. Według danych Ministerstwa
Zdrowia, już teraz w placówkach ochrony zdrowia brakuje ponad 3,2 tys.
pielęgniarek i położnych.

Anna Ambroziak

 

drukuj