Tusk – nieustraszony pogromca dinozaurów
Po dwóch latach rządów koalicji PO – PSL nie sposób wręcz dostrzec
jakiejkolwiek porażki ekipy rządzącej. Tak wynika z czterdziestopięciominutowego
wystąpienia Donalda Tuska. Premier chwalił się wczoraj w Sejmie m.in.
zniesieniem przymusowego poboru do wojska, wycofaniem naszych wojsk z Iraku,
budową Orlików, podwyżką pensji dla nauczycieli. Szef klubu PO Grzegorz Schetyna
dorzucił do tego jeszcze podwyżkę emerytur i rent. Szef rządu złożył też posłom
opozycji propozycję nie do odrzucenia: albo wesprą rząd, albo spotka ich to
samo, co kiedyś dinozaury.
Blisko pół roku musiało minąć, aż marszałek Sejmu Bronisław Komorowski
znalazł najbardziej dogodny albo najmniej niedogodny dla swojej formacji
politycznej termin debaty o dokonaniach rządu Donalda Tuska w ciągu pierwszej
połowy kadencji. Wniosek Lewicy w sprawie debaty przeleżał u marszałka od
listopada ubiegłego roku. A i tak opozycja dostała na wystąpienie po 15 minut,
podczas gdy rząd opowiadał o swoich dokonaniach przeszło dwie godziny.
Donald
Tusk nie byłby Donaldem Tuskiem, gdyby nie przygotował na swoje wystąpienie
jakiejś widowiskowej, propagandowej zagrywki. Przy okazji, aby opozycji nie było
tak miło krytykować rządzących, premier trochę opozycjonistów postraszył.
Zaapelował bowiem do opozycji o współpracę, zwłaszcza w kwestii działań na rzecz
zmniejszenia deficytu budżetowego. – Bez pomocy SLD i PiS bezpieczne
przeprowadzenie Polski przez kryzys będzie trudniejsze – mówił w Sejmie premier
Donald Tusk. Jego strategia jest prosta: przekonać opinię publiczną, że jeśli
PiS i SLD zagłosują przeciw jakiejś ustawie rządowej, to znaczy, iż nie
współpracują i są winne, że mamy kryzys. Aby być bardziej sugestywnym i
zminimalizować możliwość, iż opozycja nie da się zapędzić w tę pułapkę, Tusk
postraszył opozycjonistów niezbyt miłą wizją. – Jeśli politycy zrozumieją to, co
zrozumieli inni Polacy, możemy razem wygrać jeszcze więcej, niż Polska wygrała w
ciągu ostatniego roku. Jeśli tego nie zrozumiecie, to wyginiecie jak dinozaury –
pogroził.
Wiceprezes PiS Aleksandra Natalli-Świat odparła, że Prawo i
Sprawiedliwość „za dobrą monetę przyjmuje deklarację o współpracy i jest na nią
otwarte”. Nie wiadomo jednak, jak na tę deklarację wpłynęła groźba podzielenia
losu dinozaurów.
Lista zarzutów opozycji pod adresem rządzących jest długa.
Po pierwsze, minister Skarbu Państwa Aleksander Grad „zaorał stocznie” i wysłał
na bezrobocie tysiące pracowników. Wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości
przypomniała, że gdy Komisja Europejska wydała decyzję niekorzystną dla dalszej
przyszłości naszych stoczni, minister Grad stwierdził, iż osiągnął 90 procent
sukcesu i to, co Komisja kazała, potulnie wykonał. Po wtóre, ekipa Donalda Tuska
doprowadziła do opóźnień w budowie dróg i autostrad oraz fatalnej sytuacji na
kolei, do wzrostu bezrobocia, niepotrzebnej wyprzedaży udziałów Skarbu Państwa w
strategicznych firmach. Padały również zarzuty o dalsze uzależnienie
energetyczne naszego kraju od dostaw gazu z Rosji – czemu ma służyć, zdaniem
opozycji, podpisanie na następne lata kontraktu z rosyjskim Gazpromem na ogromne
dostawy gazu.
Odnosząc się do sytuacji w służbie zdrowia i działań minister
zdrowia Ewy Kopacz, Aleksandra Natalli-Świat powiedziała: „Leżącego się nie
kopie”. Grzegorz Napieralski (SLD) wyliczał natomiast premierowi, jak bardzo
długo pacjenci zmuszeni są oczekiwać na operacje w szpitalu. Stwierdził, że „w
dużym polskim sklepie, w którym raz w tygodniu robi zakupy” ludzie coraz
częściej odkładają na półki towar, który chwilę wcześniej wzięli, bo okazuje się
dla nich za drogi. Natalli-Świat oceniała, iż rząd niewiele zrobił, aby ułatwić
życie przedsiębiorcom, a „jedno okienko” przy rejestracji działalności
gospodarczej w wersji wprowadzonej przez rząd PO – PSL, zamiast skrócić –
wydłużyło proces rejestracji firmy. W kontekście pomocy przedsiębiorcom
Napieralski ubolewał, że przeciętny polski przedsiębiorca nie ma, w
przeciwieństwie do jednego z kolegów polityków PO – Ryszarda Sobiesiaka, takiego
„gorącego telefonu”, że gdy zadzwoni, zgłaszając problemy w interesach, to po
drugiej stronie odezwie się szef klubu partii rządzącej i zamelduje „na 90
procent, że załatwimy”.
Słuchając wystąpienia premiera, można było dojść do
wniosku, że albo rządzi on w zupełnie innym kraju niż w tym, o którym mówi
opozycja, albo to opozycja nie mówi o Polsce. Masa sukcesów, którymi chwalił się
Donald Tusk, może przytłaczać. Oto niektóre z nich wymienione przez szefa rządu:
wycofanie naszych wojsk z Iraku, zniesienie przymusowego poboru do wojska,
rozpoczęcie działań na rzecz modernizacji armii, budowa Orlików, wzrost pozycji
Polski na arenie międzynarodowej, uratowanie 60 miliardów złotych, które
pozostaną w kieszeniach Polaków w wyniku poprawienia warunków przyjętego przez
Unię Europejską pakietu klimatycznego, czy też doprowadzenie do wyboru Jerzego
Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego.
Premier nie mógł
oczywiście nie wspomnieć o Polsce – „zielonej wyspie na oceanie kryzysu”.
Być
może to jest właśnie pomysł ekipy premiera Tuska na sukces. Jeśli nie potrafi
doprowadzić do redukcji deficytu, zmniejszenia bezrobocia, podjęcia realnych
działań, aby ulżyć przedsiębiorcom, to wystarczy przez telewizyjne występy
przekonać obywateli, by uwierzyli, że emerytury nie są wcale niskie, żywność i
prąd nie drożeją, do lekarzy specjalistów nie ma kolejek i w ogóle żyje się u
nas, na tej „zielonej wyspie”, lepiej niż w pogrążonych w recesji Niemczech czy
Francji.
Artur Kowalski
