Młodzi bezrobotni
Coraz więcej absolwentów wyższych uczelni nie może znaleźć pracy. Wielu z
nich wyjeżdża za granicę, a ci, którzy zostają, są zatrudniani na warunkach
niedających poczucia stabilności potrzebnego do założenia rodziny.
Ukończyli kierunki studiów, które miały im zagwarantować sukces na rynku pracy.
Oczekiwali, że będą mogli normalnie żyć i zarabiać. Po jakimś czasie zaczynają
się godzić z myślą, że muszą zapomnieć o wymarzonym stanowisku pracy, więc
weryfikują swoje oczekiwania. W końcu z czegoś trzeba żyć. Wielu wyjeżdża za
granicę. Ale nie wszyscy mają taką możliwość. Ci, którzy założyli rodziny i
wzięli kredyty, deklarują, że mogą pracować przy kasie lub sprzątać. I jeśli już
w końcu coś się udaje znaleźć, to za marne grosze i na byle jaką umowę. Swoje
historie opowiadają z goryczą w głosie. Są pozostawieni sami sobie. Bezrobocie
ma kiepski PR. Jest złożonym i niewygodnym tematem, którego nie da rozwiązać
powierzchownymi zmianami w prawie pracy. Z tych powodów rządzący unikają go jak
ognia. W końcu lepiej być kojarzonym z odnoszącymi sukcesy sportowcami niż z
młodymi bezrobotnymi.
"Mam na imię Maciej, mam 30 lat. Poszukuję pracy od kilku miesięcy, ale w
mieście, w którym mieszkam, nie ma zatrudnienia. A jeśli już, to dla studentów.
Nie wiem, co robić. Czuję się zepchnięty na margines społeczeństwa. Czuję, że
przegrałem swoje życie i do niczego się nie nadaję" – to wpis internauty na
jednym z portali zajmujących się doradzaniem osobom z objawami depresji. Nie
wiadomo, ile osób szukających pracy doświadcza tego rodzaju sytuacji i stanów.
Nikt nie prowadzi takich statystyk. Osoby, które opuszczają mury polskich
uczelni, zderzają się z brutalną rzeczywistością polskiego rynku pracy, na
którym jest coraz mniej ofert.
Aneta, 28 lat, ukończyła administrację na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w
Olsztynie. Zatrudnienia poszukuje od pięciu miesięcy. Bezskutecznie. Czasem
zdarza się, że zostanie zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Z jakim skutkiem?
– Pracodawcy najchętniej zatrudniliby kogoś w wieku 20 lat i z dziesięcioletnim
doświadczeniem zawodowym – ironizuje. Jest matką dwojga małych dzieci. – Przede
wszystkim wymagana jest dyspozycyjność. Więc jeśli mówię podczas rozmowy, że mam
dzieci, to tym bardziej spotykam się z odmową – opowiada. Ma świadomość tego, że
przy tak ograniczonej liczbie miejsc na rynku pracy jej szanse są niewielkie.
Najchętniej zatrudniłaby się w jakimś urzędzie, ale deklaruje, że podejmie się
każdej pracy. W końcu żadna nie hańbi, a z czegoś trzeba żyć i spłacać kredyt na
mieszkanie. Aneta codziennie przegląda dziesiątki ogłoszeń i rozsyła swoje CV.
Już samo to jest zajęciem czasochłonnym i kiedy nie przynosi oczekiwanego
rezultatu, zniechęca. – Ale jak tu się nie zniechęcić, jeśli na kolejnych
rozmowach kwalifikacyjnych spotykam znajomych ze studiów, którzy również nie
mogą znaleźć pracy – pyta Aneta.
Profesor Józefina Hrynkiewicz, specjalistka w zakresie polityki społecznej i
demograficznej z Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że obecnie najbardziej
narażoną na bezrobocie grupą społeczną są właśnie ludzie młodzi niezależnie od
tego, czy skończyli studia, czy też nie. – Szybki wzrost liczby bezrobotnych w
tej grupie nastąpił pod koniec 2008 r., kiedy zaczęło spadać tempo wzrostu
gospodarczego – twierdzi prof. Hrynkiewicz. Krytykuje obecny rząd za to, że
kwestie związane ze wzrostem gospodarczym, tworzeniem miejsc pracy i
zapewnieniem młodemu pokoleniu warunków sprzyjających do założenia rodziny
pozostawił w rękach wolnego rynku. – Jakie są tego skutki, wszyscy widzimy. To
wynik przyjęcia neoliberalnej polityki gospodarczej, gdzie państwo zwolniło się
z odpowiedzialności za stan gospodarki i warunki bytu swoich obywateli – ocenia.
Praca na byle jakich warunkach
Duże problemy ze znalezieniem pracy ma również Anna (28 lat) z okolic
Oświęcimia. Ukończyła ekonomię na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Zna
dobrze język angielski. W swoim CV wpisuje także umiejętność biegłej obsługi
komputera połączoną ze znajomością zaawansowanych programów potrzebnych do pracy
w biurze. Anna nie kryje rozgoryczenia, że w małych miejscowościach, jak ta, w
której mieszka, bardziej niż kwalifikacje liczą się znajomości. Z doświadczenia
wie również, że pracodawca, który ma do wyboru dwóch kandydatów: z miasta, gdzie
znajduje się zakład pracy, oraz z sąsiedniej miejscowości, najczęściej wybiera
tego pierwszego. A ona nie chce się przeprowadzać, założyła rodzinę i wraz z
mężem zbudowali dom. Do tego większość pracodawców oferuje niestabilne warunki
zatrudnienia: na zastępstwo lub na umowę zlecenie. Niedawno otrzymała odpowiedź
na jedno z wysłanych zgłoszeń. Udało się, choć jest to praca tylko na dwa
miesiące. – Ale i tak się cieszę. Dobre i tyle – podsumowuje Anna.
Pracodawcy bywają kapryśni: przeszkodami okazują się a to brak doświadczenia, a
to – w przypadku kobiet – sytuacja rodzinna: małe dziecko i kto wie, może
kolejne w planach. Mogą przebierać w kandydatach, a młodzi ludzie – nie mając
większego wyboru – są zmuszeni przyjąć oferowane warunki. Jednak praca za
kiepskie wynagrodzenie i w nie najlepszych warunkach na pewno nie jest dobrym
wyjściem dla młodych ludzi. Zdaniem prof. Hrynkiewicz, sprowadza się to bowiem
do tego, że rynek maksymalnie ich eksploatuje, nie zapewniając jednocześnie
warunków do godnego życia i rozwoju zawodowego. – Przecież nie o to chodzi, żeby
młody człowiek całe życie wykonywał tzw. pracę śmieciową, która nie wymaga
właściwie żadnych konkretnych kwalifikacji. Powinno mu się dać szansę na ich
zdobycie i poszerzanie. Pracodawca musi go wtedy zatrudnić na stałe i inwestować
w jego rozwój – podkreśla. No i oczywiście problemem są też bardzo niskie
wynagrodzenia. Adam Smith, zwany "ojcem ekonomii", twierdził, że robotnik za
wynagrodzenie ma utrzymać siebie i wychować następcę, inaczej ród robotniczy
wymrze w pierwszym pokoleniu.
Faktem jest, że niektórzy pracodawcy traktują Polaków jako tanią siłę roboczą. –
A to za mało dla rozwoju gospodarczego kraju, postępu, wdrażania nowych technik
i technologii, osiągania dobrobytu i pokonywania dystansu, jaki nas dzieli od
innych krajów Zachodu – stwierdza prof. Hrynkiewicz.
Peryferia cywilizowanego świata
Z opublikowanych w lutym tego roku danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika,
że liczba bezrobotnych i stopa bezrobocia w porównaniu do stycznia br. wzrosła o
2,1 procent. W ciągu ostatniego roku bezrobocie zwiększyło się w 12
województwach, najbardziej w śląskim (o 6,4 proc.), małopolskim (o 6,1 proc.)
oraz podlaskim (o 4,8 proc.) i mazowieckim (o 4,7 proc.). Najgorzej jest w
regionach, które można określić jako peryferia ekonomiczne. Są to przede
wszystkim województwa: świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie, kujawsko-pomorskie,
a także po części podlaskie, podkarpackie, lubelskie, czyli te, w których rozwój
i infrastrukturę rząd Donalda Tuska nie inwestuje. Wystarczy spojrzeć na mapę
drogową Polski w części północno-wschodniej: np. w województwie
warmińsko-mazurskim nowych dróg właściwie nie ma. Już samo to skazuje tę część
kraju na to, że nie będzie się rozwijać i powoli zamieni się w skansen.
Ludzie lepiej wykształceni i bardziej przedsiębiorczy wyjeżdżają więc stamtąd do
pracy w dużych miastach lub za granicą.
Zdaniem prof. Józefiny Hrynkiewicz, wysoka liczba szczególnie młodych
bezrobotnych to skutek polityki gospodarczej ostatnich 20 lat, kiedy pozbyliśmy
się prawie całego przemysłu. – Nie produkujemy niczego oryginalnego i w gruncie
rzeczy nie mamy nic poza przetwórniami, montowniami, hurtowniami, marketami.
Dlatego trudno oczekiwać, że będą nowe miejsca pracy, szczególnie te wymagające
wysokich kwalifikacji – ocenia. Polska konsumuje "odpady" cywilizowanego świata.
Widać to chociażby na ulicach naszych miast: jeździmy samochodami, które są
stare i sprowadzane z zagranicy. Korzystamy z rzeczy pochodzących z drugiej
ręki. – Sami nie mamy ambicji tworzenia czegoś nowego. A przecież nie było tak w
II RP. Polska, polscy inżynierowie pracowali nad własnymi, oryginalnymi
rozwiązaniami. Nic z tego nie zostało – podsumowuje.
Zrzucanie winy na uniwersytety
W ciągu ostatnich lat utarło się powiedzenie, że polskie uczelnie kształcą
bezrobotnych. Coraz wyraźniej widać, że jest to wymówka tych, którzy odpowiadają
za stan gospodarczy naszego kraju. Polega ona na przerzucaniu winy na szkoły
wyższe. Utworzono wiele nowych kierunków studiów, które miały zagwarantować ich
absolwentom jeśli nie zawodowy sukces, to przynajmniej zwiększyć
prawdopodobieństwo znalezienia zatrudnienia na coraz ciaśniejszym rynku pracy.
– Twierdzenie, że uniwersytety źle kształcą, jest nieprawdziwe. Ktoś pomylił
uniwersytet z zawodówką! – oburza się prof. Hrynkiewicz. Praktyczne
przygotowanie kwalifikacyjne do zawodu mogą dać tylko pracodawcy, uniwersytet ma
umożliwić zdobycie ogólnego wykształcenia na wysokim poziomie. Jego podstawowym
zadaniem jest więc nauczyć młodego człowieka racjonalnie myśleć, analizować i
krytycznie oceniać daną sytuację. A dopiero w miejscu zatrudnienia absolwenci
wyższych uczelni powinni poznawać szczegółowe techniki wykonywania powierzonej
im pracy. Młody człowiek po ukończeniu wyższej uczelni bardzo szybko przystosuje
się do wykonywania nowych czynności, pod warunkiem, że da mu się taką szansę.
Takiej szansy nie dostał na razie Michał (25 lat), który w ubiegłym roku
ukończył amerykanistykę na wydziale stosunków międzynarodowych Krakowskiej
Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzejewskiego. Mieszka z rodzicami, a pracy szuka
od września. Na jego doświadczenie zawodowe składają się jedynie praktyki w
czasie studiów. – Jak większość studentów na kierunkach dziennych nie miałem
możliwości pogodzenia zajęć z pracą zawodową – podkreśla.
Ilu jeszcze wyjedzie za granicę?
Michał również zauważa, że rynek pracy się kurczy. Zrozumiał, że nie ma
większych szans na zdobycie pracy w rodzinnej miejscowości. – Jeżeli otwierane
są nowe zakłady pracy, to firmy przychodzą z własnym, pełnym pakietem
pracowników – opowiada. Twierdzi, że rozesłał niezliczoną ilość podań, ale
odpowiedzi na nie może policzyć na palcach jednej ręki. Marzy o pracy w
administracji państwowej. – Ale w obecnej sytuacji chciałbym znaleźć cokolwiek,
aby móc się samodzielnie utrzymać. Wiadomo, z czegoś trzeba żyć – stwierdza. Co
będzie, jeśli nic nie znajdzie? Pewnie tak jak wielu jego rówieśników, gdy tylko
nadarzy się okazja, wyjedzie za granicę. Szacuje się, że już ponad 2 miliony
Polaków pracuje w krajach Europy Zachodniej. Prawdopodobnie następne pół miliona
wyjedzie do Niemiec, Austrii i Szwajcarii, korzystając z otwarcia rynków pracy w
tych państwach. Tak więc tendencja do emigracji wzrasta i nic nie wskazuje na
to, że w najbliższym czasie ulegnie zahamowaniu. Fakt, że młody człowiek, jeśli
już ma wykonywać pracę fizyczną niezwiązaną z jego wykształceniem, woli się
zatrudnić na Zachodzie za dużo lepsze wynagrodzenie, nie dziwi Jerzego
Bielewicza, finansisty i szefa Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek". Ekspert
przestrzega przed konsekwencjami, które nasz kraj już dotkliwie odczuwa. –
Ludzie to największe dobro każdego państwa. Jeśli pozwalamy na to, żeby
wyjeżdżali, to tracimy z wielu powodów – podkreśla Bielewicz. Stan finansów
publicznych jest w zapaści, bo młodzi ludzie, pracując za granicą, wydają tam
zarobione przez siebie pieniądze, płacą podatki oraz składki emerytalne. –
Widoczne zadowolenie rządzących z tego, że mają kłopot z głowy poprzez to, iż
młodzi wyjeżdżają za granicę i tam pracują, jest wbrew polskiej racji stanu –
podkreśla Bielewicz.
Narodowy spis powszechny pokaże, ilu Polaków już wyjechało. A czy wrócą? – Nie
sądzę. Nie mają do czego. To, że z Polski w okresie po 1989 roku wyjechało 2-3
miliony młodych, jest najgorszym, co stało się w ostatnim dwudziestoleciu –
ocenia z kolei prof. Józefina Hrynkiewicz. – Tego nie da się cofnąć. Możemy
jeszcze odtworzyć sprzedane bezmyślnie banki, zniszczony przemysł, zdewastowaną
infrastrukturę, barbarzyńsko zlikwidowane PGR, ale już nie odzyskamy tych ludzi,
którzy odmówili akceptacji tego, czym jest III RP, i wyjechali z własnego kraju,
szukając dla siebie i swoich rodzin lepszego miejsca do życia i pracy – dodaje.
Trudno o optymizm
Coraz częściej zdarza się, że wielu młodych Polaków, którzy rozpoczynają ścieżkę
kariery zawodowej w Polsce, zostaje zatrudnionych na umowę o dzieło lub umowę
zlecenie. Oprócz tego kurczący się rynek ofert pracy i ekonomiczne kalkulacje
pracodawców powodują dzielenie obowiązków na istniejących już stanowiskach i w
konsekwencji zatrudnianie na pół, a nawet ćwierć etatu. W wielu przypadkach
oferuje się zatrudnienie za bardzo niskie wynagrodzenie i bez odpowiednich
zabezpieczeń socjalnych. Młodzi ludzie godzą się na takie warunki, ponieważ nie
mają wyboru.
Jak w takich realiach myśleć o założeniu rodziny? – Państwo przestało działać w
tych wszystkich funkcjach, w których powinno być aktywne. A tymczasem Niemcy
organizują targi pracy w województwach zachodnich lub konferencje w SGH po to,
aby "eksportować" naszych, wychowanych i wykształconych za nasze pieniądze
młodych ludzi do pracy na niskich stanowiskach i za marne wynagrodzenie. Tym się
teraz zajmują niemieckie instytucje publiczne – podsumowuje prof. Hrynkiewicz.
Następstwem fatalnej sytuacji na rynku pracy jest także to, że dużo osób
zatrudnia się na czarno.
Jerzy Bielewicz winą za coraz gorszą sytuację na rynku pracy obarcza rząd PO –
PSL, który jest bierny w rozwiązywaniu problemów bezrobotnych. – Należy
prowadzić aktywną politykę polegającą na kreowaniu nowych miejsc pracy. Na to
powinny być wydawane pieniądze z naszych podatków – podkreśla. I wskazuje na
jeden ze sposobów wyjścia z gospodarczej zapaści, a co za tym idzie,
zmniejszenia bezrobocia: – W tej dziedzinie gospodarki, w której chcemy, aby
Polska się rozwijała, powinno się wprowadzać ulgi podatkowe, a nawet dotacje dla
firm. Tak jest na całym świecie – podsumowuje ekonomista.
Bogusław Rąpała
