Mity współpracy

Wielka mistyfikacja – sprawa księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa

Aby uznać kogoś za tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa PRL, trzeba dysponować niezbitymi dowodami. W przypisanej ks. abp. Stanisławowi Wielgusowi teczce, którą 4 stycznia br. na stronach internetowych zamieściła „Gazeta Polska”, takich dowodów nie ma. O rzekomej współpracy wspominają jedynie zawierające ogrom nieścisłości i często sprzeczne ze sobą notatki oraz raporty funkcjonariuszy wywiadu PRL. Według nich, jednego dnia „Grey” jest tajnym współpracownikiem, innego dnia już nim nie jest; jednego dnia jest agentem kadrowym, innego dnia kontaktem operacyjnym; jednego dnia jest agentem, a jeszcze innego figurantem…

Aby uznać kogoś za tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa PRL, trzeba dysponować niezbitymi dowodami. W przypisanej ks. abp. Stanisławowi Wielgusowi teczce, którą 4 stycznia br. na stronach internetowych zamieściła „Gazeta Polska”, takich dowodów nie ma. O rzekomej współpracy wspominają jedynie zawierające ogrom nieścisłości i często sprzeczne ze sobą notatki oraz raporty funkcjonariuszy wywiadu PRL. Według nich, jednego dnia „Grey” jest tajnym współpracownikiem, innego dnia już nim nie jest; jednego dnia jest agentem kadrowym, innego dnia kontaktem operacyjnym; jednego dnia jest agentem, a jeszcze innego figurantem…

Przyglądając się publicznemu kamienowaniu ks. abp. Stanisława Wielgusa i analizując dokumenty mające stanowić rzekomy dowód jego współpracy ze specsłużbami PRL, nie sposób nie zauważyć, że najważniejsze w całej sprawie są stworzone dla danej chwili mity. Przyjrzyjmy się więc kilku z nich.


Mit I: Dokumenty są prawdziwe


Choć dokumenty znajdujące się w teczce przypisanej ks. Stanisławowi Wielgusowi noszą wyraźne znamiona fałszerstwa, nie sprawdzono ich pod tym względem, uznając je za w pełni autentyczne. Ale nawet jeśli owe raporty i notatki byłyby w pełni autentyczne, nie da się stwierdzić, czy autor dokumentu napisał prawdę, tylko na podstawie tego, co napisał. Odstąpiono jednak także od jakiejkolwiek weryfikacji owych materiałów, które pozwoliłoby określić ich wiarygodność. Tym samym zgodzono się, aby dokumenty te jako takie stanowiły kryterium prawdy – zgodnie z fałszywą skądinąd tezą, jakoby ubecy nie okłamywali samych siebie. Warto przypomnieć, że w wywiadzie, który ukazał się w „Polityce” 13 stycznia 2007 roku, sam prof. Andrzej Paczkowski podkreślił, że „z faktu, iż dokument jest bezsprzecznie autentyczny, nie wynika, że wszystkie informacje w nim zawarte są prawdziwe”. Znawcy tematu twierdzą, że funkcjonariusze SB dopisywali do materiałów wszystko, co się dało. W publikacji pt. „Co kryją teczki?”, która ukazała się w Biuletynie IPN w marcu 2005 roku, dr Zbigniew Nawrocki, dyrektor Oddziału IPN w Rzeszowie, zwrócił uwagę, że w raportach i notatkach można było napisać informacje nieprawdziwe. „Bo czasami przychodził informator, który nie miał nic do powiedzenia, a przełożony oczekiwał informacji. Wtedy trzeba było dokonać pewnej manipulacji na podstawie nijakiej wiadomości spisanej z ust danego źródła. Bo na przykład trzeba rozliczyć rachunek z funduszu operacyjnego ze spotkania ze źródłem w rejestracji” – stwierdził dr Nawrocki.


Mit II: Ksiądz Wielgus podpisał zobowiązanie do współpracy


Mimo że wśród dokumentów z Karty Kieszeniowej J-7207 nie ma żadnego zobowiązania do współpracy podpisanego przez ks. Stanisława Wielgusa, ogłoszono, iż podpisał on aż dwie umowy o współpracy z SB.

Tezę, że ks. Wielgus mógł świadomie zawrzeć tzw. umowę o współpracy ze służbą wywiadu PRL, można było przyjąć tylko pod warunkiem, iż podpisywał się jako „Adam Wysocki” lub „Grey”. Na jakiej podstawie przyjęto, że podpisy „Adam Wysocki” i „Grey” faktycznie należą do ks. Stanisława Wielgusa, skoro zaprzeczył on, jakoby takie umowy kiedykolwiek podpisywał? Na jakiej podstawie przyjęto, że podpisy „Adam Wysocki” i „Grey” należą do ks. Stanisława Wielgusa, skoro nawet nie dokonano normalnego w takich przypadkach sprawdzenia ich prawdziwości? Czyżby na podstawie tego, że w dokumentach znajdujących się w teczce przypisanej ks. Wielgusowi pojawiają się takie pseudonimy?

Podpisy: „Adam Wysocki” oraz „Grey” widniejące na dwóch „Umowach o współpracy” uznano za podpisy ks. Stanisława Wielgusa jedynie na podstawie faktu, że dokumenty te znajdowały się w przypisanej jemu teczce. Z pewnością, gdyby widniały tam podpisy „Buffalo Bill” oraz „James Bond”, na tej samej zasadzie uznano by je za podpisy ks. Wielgusa.

We wspomnianej publikacji pt. „Co kryją teczki?” dr Zbigniew Nawrocki wyraźnie stwierdził, że o ile rejestracja, oprócz incydentalnych przypadków, mogła być wiarygodna, o tyle podpis pod zobowiązaniem do współpracy można było sfałszować „na potrzeby przełożonych”. Wszystko wskazuje na to, że tak było również w tym przypadku.


Mit III: Ksiądz Wielgus był tajnym współpracownikiem SB


Na podstawie jednostronnych dokumentów stworzonych przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, zwłaszcza jeśli nie ma pewności co do ich wiarygodności, nie można stwierdzić, że ks. abp Stanisław Wielgus spełnia warunki sformułowane przez Trybunał Konstytucyjny, a konieczne do uznania go za tajnego współpracownika. Można byłoby to stwierdzić choćby na podstawie pisanych przez niego raportów, meldunków czy donosów. Tyle tylko, że poza wzmianką w notatkach funkcjonariuszy służb wywiadu we wspomnianej teczce nie ma także żadnych dowodów przekazywania przez ks. Wielgusa jakichkolwiek informacji funkcjonariuszom SB. Gdyby faktycznie istniał choć jeden efekt tej rzekomej współpracy, byłoby to dokładnie odnotowane, gdyż w przeciwnym razie informacje te przepadłyby bezpowrotnie.

Warto w tym miejscu dodać, że nawet przy założeniu, iż widniejące pod umowami o współpracy ze służbą wywiadowczą PRL podpisy: „Adam Wysocki” i „Grey”, rzeczywiście należałyby do ks. Wielgusa, w żaden sposób nie mogą one świadczyć o jego współpracy ze wspomnianymi służbami. Na łamach miesięcznika „Powściągliwość i Praca” z lutego 2005 roku Bogusław Niezieński, były rzecznik interesu publicznego, stwierdził, że w świetle orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego za „tajnego współpracownika” nie można uznać osoby tylko na podstawie tego, że podpisała zobowiązanie do współpracy. „Faktem koniecznym do stwierdzenia, że ktoś był TW, jest istnienie tego zobowiązania i że zostało ono „zmaterializowane”. To znaczy, że muszą istnieć dowody, iż osoba, która zobowiązała się do tajnej współpracy, rzeczywiście przekazywała informacje funkcjonariuszowi czy funkcjonariuszom SB oraz że musiały być one pomocne i przydatne organowi bezpieczeństwa państwa. Dopiero wtedy można mówić o współpracy” – podkreślił Niezieński.

Niemal identyczne stanowisko reprezentuje prezes Instytutu Pamięci Narodowej. W wywiadzie, który ukazał się w „Dzienniku Polskim” kilka tygodni przed oskarżeniem nowego metropolity warszawskiego przez „Gazetę Polską”, Janusz Kurtyka stwierdził m.in.: „[…] Jeżeli mówimy o tajnej współpracy z bezpieką, trzeba rozróżniać werbunek i samą współpracę. Źródła bezpieki z wielką dozą pewności pozwalają zidentyfikować OZI, czyli osoby, które zostały zwerbowane, wyraziły zgodę na współpracę i wiedziały, z kim się kontaktują. OZI to na przykład każdy zwerbowany agent (tajny współpracownik). Czym innym jest sama współpraca, bo mamy do czynienia z różnymi postawami. Stosunki funkcjonariusza bezpieki z jego tajnymi współpracownikami były indywidualne, każdy przypadek inny. Ten, kto widział te akta, potrafi wymienić przypadki zrywania owocnej współpracy na przykład przy okazji polskich przełomów lat 1956, 1968, 1970, 1980-1981, ale i przypadki zdrady kraju, rodziny, środowiska, wreszcie przypadki unikania faktycznej współpracy mimo przyjęcia zobowiązania”.

W teczce przypisanej ks. Stanisławowi Wielgusowi nie ma podpisanej przez niego umowy o współpracy, tak samo jak nie ma dowodów na to, że ona istniała. Dokumenty mówią o zamiarach wykorzystania go przez służby wywiadu jako tajnego współpracownika. Przeczą natomiast zmaterializowaniu tych zamiarów. Fakt, że wywiad miał jakieś plany dotyczące wykorzystania księdza, nie świadczy jednak o nim, lecz o wywiadzie.


Mit IV: O winie przesądziły dwie komisje


Po pierwsze, o winie nie mogły przesądzić dwie komisje, ponieważ – jak dowiedliśmy na łamach „Naszego Dziennika” – istniała tylko jedna komisja badająca dokumenty. Rzecznik praw obywatelskich nie powołał komisji, lecz określony zespół ludzi, którego celem – jak się wydaje – nie było nic innego, jak uwiarygodnienie oskarżeń wysuniętych pod adresem ks. abp. Stanisława Wielgusa.

Po drugie, Kościelna Komisja Historyczna nie miała podstaw do tego, by na podstawie jednostronnych dokumentów stworzonych przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL przesądzić o winie ks. Wielgusa. Nie tylko dlatego, że nie jest sądem. Również dlatego, że na podstawie jedynie przejrzenia dokumentów można stwierdzić tylko to, co jest w nich zapisane. W żadnym wypadku nie można powiedzieć, iż to, co zostało zapisane w dokumentach, jest prawdą.


Mit V: Ksiądz arcybiskup Wielgus kłamał, zaprzeczając współpracy z SB


Do objęcia urzędu metropolity warszawskiego ks. abp Stanisław Wielgus zaprzeczał, że był tajnym współpracownikiem SB, potem zaś przyznał się do tego – taką tezę wylansowano w mediach, powołując się na odezwę odczytaną 6 stycznia br. w kościołach archidiecezji warszawskiej. Jak pisaliśmy na łamach „Naszego Dziennika”, ks. abp Stanisław Wielgus nie był autorem owej odezwy. Z pewnością informacje o okolicznościach jej powstania, jak i podpisania przez księdza arcybiskupa, które wkrótce ujrzą światło dziennie, wyjaśnią pozostałe wątpliwości.

Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus zaprzeczał swojej współpracy z SB, gdyż nie współpracował z SB. I wbrew temu, co twierdzono, dowody – również w postaci odnoszących się do jego osoby dokumentów ujawnionych przez IPN – potwierdzają jego „wersję zdarzeń”. Skoro ks. Wielgus nie współpracował z SB, dlaczego miałby się przyznawać do współpracy?


Mity prof. Paczkowskiego


Swoistą ciekawostką wydaje się fakt, że powyższe mity lansowane były nie tylko przez mało zorientowanych w takich sprawach dziennikarzy, lecz również przez tych, od których wymagać należało większej rzetelności w podchodzeniu do tego typu materiałów. Przykładem niech będzie prof. Andrzej Paczkowski, który stał na czele zespołu rzecznika praw obywatelskich „badającego” dokumenty dotyczące ks. Stanisława Wielgusa.

Po zapoznaniu się z materiałami znajdującymi się w teczce przypisanej ks. Stanisławowi Wielgusowi w jednej z audycji „Salon Polityczny Trójki” wystąpił prof. Andrzej Paczkowski. Na pytanie Krzysztofa Skowrońskiego, czy po zbadaniu materiałów „jednoznacznie wynika, że arcybiskup był tajnym współpracownikiem SB w latach 1973-1978”, prof. Paczkowski odpowiedział: „Tak. To z całą pewnością. Był tajnym, świadomym współpracownikiem wywiadu, Departamentu I MSW od lata 1973 do września 1978”. Prowadzący audycję zadał pytanie: „A skąd ta jednoznaczność i ten brak wątpliwości?”. Profesor odpowiedział: „Dlatego że jest pełna dokumentacja tego. Są sprawozdania z rozmów, które były z nim przeprowadzone. Jest umowa o współpracy podpisana pseudonimem Adam Wysocki – ta pierwsza z 1973 roku, instrukcja podpisana też tym samym pseudonimem, umowa o łączności też podpisana tym samym pseudonimem. I podobny zestaw dokumentów dotyczy 1978 roku, przed kolejnym wyjazdem ks. Wielgusa do Monachium – też takie same trzy dokumenty podpisał już innym pseudonimem, bo w trakcie został zmieniony mu pseudonim”.

Na jakiej podstawie prof. Paczkowski utrzymuje, że „Adam Wysocki” to pseudonim ks. Stanisława Wielgusa? Na jakiej podstawie utrzymuje, że podpis „Adam Wysocki” widniejący na umowie o współpracy faktycznie należy do ks. Stanisława Wielgusa? Na jakiej podstawie prof. Paczkowski utrzymuje, że „Grey” to pseudonim ks. Stanisława Wielgusa? Na jakiej podstawie utrzymuje, że podpis „Grey” widniejący na umowie o współpracy należy do ks. Stanisława Wielgusa? Można być pewnym, że prof. Andrzej Paczkowski będzie miał ogromne kłopoty z odpowiedzią.

Wróćmy do wspomnianej audycji: „A czy jest coś takiego, co w tych materiałach Pana zdziwiło albo coś takiego nadzwyczajnego?” – pytał Krzysztof Skowroński. „Nadzwyczajnego może nie, ale dosyć wyraźne jest, przynajmniej dla mnie, że ks. Wielgus miał bardzo duże opory przed wykonywaniem tych zadań” – odpowiedział profesor. „Widać, że wahał się?” – padło kolejne pytanie. „Nie tylko wahał się – po prostu się migał, tzn. okazywało się, że praktycznie żadnego z tych zadań, które miał, nie zrealizował” – stwierdził prof. Paczkowski. Skoro nie wykonał żadnego zadania, to na czym polegała ta współpraca, która skądinąd miała polegać na wykonywaniu zadań?

Księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa oskarżono o współpracę z SB na podstawie informacji wytworzonych przez funkcjonariuszy totalitarnego systemu. W jednej ze swoich publikacji Ewa Zając z Instytutu Pamięci Narodowej zwracała uwagę, że „zdarzają się czasem sytuacje, w których samo istnienie teczek, a mówiąc precyzyjniej, ich wygląd i obecna zawartość – paradoksalnie – mistyfikują stan faktyczny”. Wszystko wskazuje na to, że mamy z tym do czynienia w powyższym przypadku.

Sebastian Karczewski
drukuj