Miller zapomniał o Tbilisi
W bardzo gorącej atmosferze przebiegało wczorajsze posiedzenie sejmowej
Komisji Obrony Narodowej. Temperaturę sporu podniosła obecność członków komisji
Jerzego Millera, badającej okoliczności katastrofy na Siewiernym. Sam Miller był
w wyraźnej defensywie, nie radząc sobie ze spójnymi odpowiedziami na konkretne
pytania o odpowiedzialność podlegającego mu bezpośrednio Biura Ochrony Rządu za
brak działań prewencyjnych 10 kwietnia ubiegłego roku. Posłowie opozycji
skrytykowali raport, który jako podstawową przyczynę katastrofy definiuje
niedostateczne przygotowanie załogi oraz jej nieprawidłowy dobór.
Parlamentarzyści nie wierzą w tę historię.
– Bardzo proszę o podanie mi przykładu, czy kiedykolwiek BOR decydowało o
bezpieczeństwie przelotu – upominał się wczoraj w Sejmie Jerzy Miller. "Nasz
Dziennik" spełnia to życzenie ministra. Otóż w aktach dotyczących incydentu
gruzińskiego z 2008 r. znajduje się relacja kpt. Grzegorza Pietruczuka złożona
przed Żandarmerią Wojskową. Wynika z niej, że pilot otrzymał polecenie od
prezydenta, by lądować w Tbilisi. Taki wariant lotu sygnalizował jeszcze przed
wylotem z Warszawy płk Krzysztof Olszowiec, funkcjonariusz BOR, szef ochrony
prezydenta. Jak informował, Lech Kaczyński planował lot do Ganji i stamtąd
podróż pojazdem opancerzonym do Tbilisi, ale nie wykluczał też lotu do Tbilisi.
W Simferopolu pilot po analizie możliwości wykonania lotu do Tbilisi uznał, że
jest to zbyt niebezpieczne, ponieważ w przestrzeni powietrznej Gruzji operują
rosyjskie myśliwce, nie ma też danych o stanie infrastruktury lotniskowej ani
zgody dyplomatycznej na przelot, a tupolew nie posiada nawet urządzeń w systemie
rozpoznania swój – obcy. Podobne zdanie wyraził wtedy płk Krzysztof Olszowiec,
który nie był w stanie zagwarantować VIP-om bezpieczeństwa w przypadku zmiany
trasy lotu. W rozmowie z Pietruczukiem Olszowiec zapewnił, że będzie się starał
nakłonić prezydenta do rezygnacji z lądowania w Tbilisi. Stanowisko załogi
poparł ówczesny szef specpułku płk Tomasz Pietrzak, z którym osobiście
kontaktował się Lech Kaczyński.
Pierwszy wiarygodność szefa MSWiA jako szefa komisji badającej katastrofę
podważał wczoraj Antoni Macierewicz, przewodniczący zespołu smoleńskiego. –
Zarówno pan, jak i szef BOR nie dopełniliście obowiązków, nie dopilnowując tego,
by lotnisko (…) było sprawdzone przez BOR – mówił. – Skutkiem tej szczególnej
sytuacji jest to, że pan jako przewodniczący komisji jest sędzią we własnej
sprawie – ocenił. Macierewicz powtórzył tezę zawartą w "białej księdze": do
katastrofy nie doszło na skutek uderzenia w ziemię, była spowodowana wyłączeniem
zasilania samolotu kilkanaście metrów nad ziemią. – Dlaczego przyjął pan
bezkrytycznie i bez żadnych podstaw rosyjską wersję tego dramatu? – pytał poseł.
– Kto jest odpowiedzialny za systematyczne działania na szkodę prezydenta? –
dociekał.
Wystąpienie Macierewicza kilkakrotnie próbował przerwać szef sejmowej Komisji
Obrony Narodowej Stanisław Wziątek (SLD), tłumacząc to ograniczonym czasem,
jakim dysponuje minister Miller. Argumentacji tej nie podzielili posłowie PiS, z
których inicjatywy zwołano posiedzenie komisji w sprawie raportu Millera. – To
po co ta komisja, jeśli kroi nam się czas? Najwidoczniej kwestia raportu dla
pana przewodniczącego nie jest tak istotna, jeśli przerywa wypowiedź posłom –
oceniał Waldemar Andzel (PiS). Posłowie krytycznie odnieśli się do twierdzenia,
jakoby krytycznym momentem lotu do Smoleńska była chwila zderzenia z brzozą. –
Jak to się stało, że osiemdziesięciotonowa maszyna uległa totalnej dekonstrukcji
po zderzeniu z małym drzewkiem? – pytała Elżbieta Kruk. – Mówił pan, panie
ministrze, że raport komisji jest oparty na dowodach i faktach. Jednak ma on
luki, bo rząd pana Tuska nie zapewnił komisji dostępu do szeregu dowodów
kluczowych. Na jakiej podstawie komisja stwierdziła choćby to, że wszyscy
pasażerowie ponieśli śmierć na miejscu? Gdzie są na to dowody, skoro rodziny
ofiar deklarują, że w protokołach sekcyjnych przysłanych nam z Rosji zostały
podane różne godziny śmierci? – dopytywała Kruk. – Co się stało z paliwem,
dlaczego nie wybuchło? I na jakiej podstawie prawnej zawarł pan porozumienie w
końcu maja 2010 roku umożliwiające Rosjanom zatrzymanie wraku i czarnych
skrzynek do czasu postępowania sądowego? – pytała z kolei Anna Sikora.
– Wszystko jedno, co będzie pan teraz krzyczał tutaj, to nic pan nie zmieni w
tym zakresie – tymi słowami minister Jerzy Miller "zganił" posła Antoniego
Macierewicza po tym, jak wytknął szefowi MSWiA oraz kierującemu BOR gen.
Marianowi Janickiemu niedopełnienie obowiązków.
Wybuch ministra, który zabiega o wizerunek dobrego urzędnika, nie podobał się
parlamentarzystom i bynajmniej nie przekonał ich co do należytego wywiązania się
Biura Ochrony Rządu z zadania zapewnienia bezpieczeństwa prezydentowi Lechowi
Kaczyńskiemu. Jest tajemnicą poliszynela, że zachowanie BOR pozostawia wiele do
życzenia. Nadzorujący pracę tej formacji Miller ani słowem nie zająknął się
wczoraj o postawie funkcjonariusza, który w prokuraturze oczerniał gen. Andrzeja
Błasika i mjr. Arkadiusza Protasiuka. Zmyślił historię, którą część mediów
powielała bez weryfikacji. Przed wylotem do Smoleńska między późniejszymi
ofiarami miało dojść do kłótni na płycie Okęcia. Pytanie: czy takiej osobie
można powierzać bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie?
Sam raport KBWLLP również został przyjęty w Sejmie znacznie mniej
entuzjastycznie niż np. w panegirycznym komentarzu Adama Michnika. Jak
zaznaczyli posłowie, powstał zbyt szybko, w sytuacji braku pierwotnych dowodów w
sprawie. Wczoraj prokuratura wojskowa poinformowała, że w kolejnym wniosku o
pomoc prawną zwróciła się 1 sierpnia do strony rosyjskiej o umożliwienie udziału
naszych specjalistów w dokonaniu oględzin wraku oraz urządzeń samolotowych
będących w dyspozycji rosyjskiego komitetu śledczego.
Kiedy wrak wróci do Polski, nie wiadomo. Generał Krzysztof Parulski nie ukrywa,
że prowadzący śledztwo wciąż czekają na co najmniej sześć ważnych opinii: trzy
fonoskopijne od Instytutu Ekspertyz Sądowych (jedna dotyczy rejestratora dźwięku
z Tu-154M, druga z Jaka-40, trzecia – nagrania z "Korsarza"). Prokuratorzy nie
mają też opinii genetycznej dotyczącej identyfikacji ciał, opinii
psychologicznej odnośnie do sylwetek psychologicznych członków załogi tupolewa
czy opinii z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji na temat
nośników elektronicznych zabezpieczonych na Okęciu. Do Naczelnej Prokuratury
Wojskowej nie wpłynął też dotąd raport komisji Millera.
Jedenaście monitów
Posłowie uznali, że tezy raportu komisji Millera odnoszące się do kiepskiego
wyszkolenia pilotów specpułku są o tyle bezpodstawne, że to nie oni byli
odpowiedzialni za cały system szkolenia, to nie oni wydzielali na nie fundusze.
– To pan minister finansów Jacek Rostowski zabrał z budżetu MON prawie 5 mld
złotych. Nie mogło się to nie odbić negatywnie na całym systemie – przypomniał
Dariusz Seliga, wiceszef sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Jak zauważyli
parlamentarzyści, raport nie wyjaśnia, kto był bezpośrednio odpowiedzialny za
skompletowanie załogi tupolewa i kto odpowiada za złą sytuację specpułku.
– Pan generał Błasik w roku 2009 jedenaście razy apelował do ministra Klicha o
zwiększenie środków, co pozostało bez odpowiedzi. Teraz całą winę zrzuca się na
specpułk i jego pilotów, i na gen. Błasika, którzy już nie żyją i nie mogą się
bronić. To skandaliczne – oceniała Jadwiga Wiśniewska (PiS). Analogiczne zarzuty
Miller usłyszał też od senatorów PiS po swoim wystąpieniu w Senacie. –
Postąpiłby pan honorowo, tak samo pan minister Bogdan Klich i gen. Janicki,
podając się do dymisji tuż po katastrofie – podkreślał w swoim wystąpieniu
senator PiS Krzysztof Majkowski. Do tych zarzutów Miller odniósł się bardzo
enigmatycznie, stwierdzając jednocześnie, iż Biuro Ochrony Rządu nie odpowiada
za bezpieczeństwo lotów. – BOR odpowiada za bezpieczny przewóz prezydenta na
lotnisko oraz bezpieczeństwo na pokładzie – nie może tam dopuścić osób
niepożądanych oraz niebezpiecznych materiałów. BOR ma też zapewnić
bezpieczeństwo prezydenta od opuszczenia samolotu do miejsca podróży. Jeżeli
jest to w Polsce, robi to samo BOR, a gdy dzieje się to poza krajem, to ustala
się z gospodarzem, na której stronie ciąży odpowiedzialność za bezpieczeństwo
osoby ochranianej. Zazwyczaj jest to gospodarz – podkreślił Miller. – Wszyscy,
którzy krytykują BOR, bardzo proszę, żeby mi powiedzieli, która z tych
czynności, o których mówiłem, nie była dopełniona – pytał Miller. 7 i 10
kwietnia warunki ochrony i podział ról były identyczne – dodał. – Ależ przecież
minister MSWiA wyznacza siły i środki oraz określa zakres ochrony prezydenta,
również w czasie lotu statkiem powietrznym – ripostował Macierewicz.
Paczka danych
Na posiedzenie komisji sejmowej licznie stawili się przedstawiciele Komisji
Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, Dowództwa Sił Powietrznych na
czele z gen. Lechem Majewskim i szefem szkolenia gen. Leszkiem Cwojdzińskim. Był
też obecny dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego płk Mirosław
Jemielniak i personel latający specpułku. Odnosząc się do pytań posłów, eksperci
wyjaśnili, że paliwo nie wybuchło, ponieważ samolot spadł w bagno, silniki
zgasły zdławione błotem, a niska temperatura utrudniała parowanie paliwa.
Eksperci wykluczyli jakąkolwiek możliwość ingerowania w zapisy rejestratorów. –
Do badania parametrów lotu komisja nie potrzebuje oryginalnych skrzynek,
praktyką międzynarodową jest wykonanie kopii zapisów i nie ma mowy o ingerencji
w ten zapis – mówił inż. Piotr Lipiec, członek podkomisji technicznej KBWLLP.
Wyjaśnił przy tym, że jeden z rejestratorów zapisał ostatnie dane na wysokości
kilkunastu metrów, bo na tej wysokości dotarła do niego "ostatnia paczka
danych". A opóźnienie ma wynikać stąd, że rejestrator zapisywał informacje
dopiero po ich zaszyfrowaniu. Dodał, że pewne wartości w zapisie wynikały z
uszkodzeń czujników rozmieszczonych w poszyciu samolotu, niszczonym wskutek
kontaktu z kolejnymi drzewami, po zderzeniu z brzozą. Eksperci odnieśli się też
do sugestii Macierewicza, który stwierdził, iż oderwanie fragmentu skrzydła w
zderzeniu z brzozą nie mogło mieć kluczowego znaczenia, bo w maszynie były
elementy zasilające niezależne. Eksperci ograniczyli się do lakonicznej
odpowiedzi, że zanik napięcia w systemie sterowania lotem nastąpił w miejscu i
czasie, które odpowiadają miejscu i czasowi zderzenia samolotu z ziemią.
Sejmowa Komisja Obrony Narodowej zakończyła posiedzenie po ponad trzech
godzinach. Ostatnim jej punktem było głosowanie nad propozycją Ludwika Dorna
(niezrzeszony), by Sejm następnej kadencji upoważnić do powołania komisji o
uprawnieniach śledczych badającej sytuację w wojsku i cywilne zwierzchnictwo nad
armią w kontekście katastrofy. Propozycja ta nie zyskała jednak wystarczającego
poparcia.
Anna Ambroziak
