Męczennicy Wołynia

Na cmentarzu należącym niegdyś do polskiej wsi Ostrówki na Wołyniu
odbędzie się dziś pogrzeb ofiar rzezi, której 68 lat temu dokonały na tym
terenie bandy Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). W wyniku eksterminacji
ludności cywilnej zginęło wtedy 80 procent mieszkańców wsi Ostrówki i Wola
Ostrowiecka. Szczątki ludzi znalezione podczas prowadzonych w ostatnim tygodniu
sierpnia prac ekshumacyjnych w przeważającej mierze należą do kobiet i dzieci.

Po wsiach Ostrówka i Wola Ostrowiecka nie ma dzisiaj śladu. W miejscu domów
rośnie las, a dalej rozciągają się pola. Jedyny punkt odniesienia w okolicy to
stary polski cmentarz, którym opiekuje się m.in. pochodzący z polsko-ukraińskiej
rodziny Anatol Sulik. Na terenie tego właśnie cmentarza, w rocznicę dokonania
zbrodni, zostaną pochowani Polacy pomordowani w czasie rzezi wołyńskiej.

Ich jedyną winą była polskość
– Mogiła, w której złożone zostaną ekshumowane przez nas szczątki, została
zaprojektowana w ten sposób, żeby w każdej chwili móc pochować w tym samym
grobie kolejne prochy, jakie jeszcze możemy odnaleźć – mówi dr Leon Popek,
historyk Instytutu Pamięci Narodowej, prezes Towarzystwa Przyjaciół Krzemieńca i
Ziemi Wołyńsko-Podolskiej. Pomnik stanie na dwóch mogiłach. W pierwszej z nich
pochowane zostaną szczątki 324 osób pochodzące z mogiły odnalezionej w 1992
roku. W drugiej – prochy 340 osób ekshumowanych w tym roku. Pośrodku stanie duży
granitowy krzyż, a obok niego, za mogiłami, ustawionych zostanie 12 tablic – po
6 z każdej strony – na których umieszczone będą nazwiska ofiar. Jest ich ponad
1050. Tyle osób zostało zamordowanych 30 sierpnia 1943 roku w Ostrówkach i Woli
Ostrowieckiej.
Dlaczego zginęli? Tylko dlatego, że byli Polakami. Informacje o tym, że na
Wołyniu płoną polskie wsie, docierały do Ostrówek dzięki wywiadowi Armii
Krajowej, ale dla mieszkańców zagrożenie wydawało się nierealne. Polacy
mieszkali tutaj od 400 lat i nie rozumieli, z jakiego powodu mieliby teraz być
za to prześladowani. Zadawali sobie pytanie: "Za co mają nas mordować, przecież
nikomu nie zrobiliśmy krzywdy".
– Pytanie: "Za co wy nas mordujecie?", zadawali mężczyźni w szkole i kobiety pod
Sokołem – mówi dr Leon Popek. Prosili o darowanie życia przynajmniej dzieciom.
Zbrodniarze z UPA byli jednak głusi na prośby. Wymordowanych zostało
osiemdziesiąt procent mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej.
O planowanym przez UPA ataku na wieś poinformował miejscowego księdza dowódca
tutejszej placówki AK. Wysłał on z Jagodzina furmankę z końmi po księdza
Stanisława Dobrzańskiego. Kapłan jednak odmówił ucieczki. Powiedział: "Co byłby
ze mnie za pasterz, gdybym w chwili niebezpieczeństwa pozostawił owce na
pożarcie wilkom?". Zaproponował, żeby kobiety z dziećmi wyjechały na teren
Jagodzina, gdzie znajdowała się placówka AK. Mężczyźni natomiast mieli pozostać,
aby bronić dobytku. Ludzie byli całkowicie bezbronni, ich jedyna obrona polegała
na ukrywaniu się w nocy. Czterdzieści kobiet z Ostrówek uciekło i ukryło się w
nocy na polach i w krzakach, o świcie jednak dzieci zaczęły płakać, zdecydowały
się więc na powrót do domów. Wtedy właśnie nastąpił atak. Najpierw wybierano z
domów mężczyzn, kierowano ich do szkoły, kobiety z dziećmi – do kościoła. W Woli
Ostrowieckiej ludzi zabijano siekierami, kołkami i maczugami na terenie
gospodarstwa, gdzie za stodołą był już przygotowany rów mający pomieścić zwłoki
ofiar. Kobiety z dziećmi zginęły na terenie szkoły, w której zostały zamknięte i
podpalone.
W Ostrówkach scenariusz wyglądał podobnie – mężczyzn zabrano do dwóch miejsc,
gdzie zostali wymordowani, kobiety z dziećmi natomiast wypędzono z kościoła,
pędzono 4,5 kilometra pod wieś Sokół i tam je zabito.

Kołchozy budowane na grobach
Dzięki prowadzonym pod koniec sierpnia pracom ekshumacyjnym udało się odkryć
miejsce pochówku kobiet i dzieci zamordowanych na terenie szkoły znajdującej się
w Woli Ostrowieckiej. Wydobyto 79 szkieletów, głównie dziecięcych, a także kilka
przedmiotów – takich jak medaliki szkaplerzne z polskimi napisami, fragment
stopionej w wyniku pożaru szyby, fragmenty spalonych ubrań czy wreszcie –
dzwonek szkolny. Z ciał pozostały tylko słabo zachowane kości, których
identyfikacja możliwa jest jedynie dzięki ogromnej pracy archeologów i
antropologa – na podstawie ilości i kształtu zachowanych kości określa się
liczbę ofiar, a także ich wiek i płeć. – Ci ludzie nie mieli normalnego
pochówku, zostali zabici i wrzuceni do dołu. Ciała leżały bezwładnie, toteż ich
identyfikacja nie zawsze jest łatwa – mówi dr Iwona Teul, antropolog z
Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Na określenie, które kości pochodzą
od jednej osoby, a które już od innej, pozwala znajomość anatomii. Szkielet
ludzki składa się z czaszki, kręgosłupa, żeber, kończyn górnych i dolnych. Przy
takim ułożeniu ciał, kiedy jedne szkielety leżą na drugich, prace prowadzi się
odkrywając kolejne warstwy i przyporządkowując poszczególne kości konkretnym
ludziom. – Najpierw trzeba znaleźć czaszkę, a potem po kolei odczytywać ciąg
anatomiczny. Z ułożenia kości wynika, że większość ofiar leżała w tym grobie
twarzą w dół. Ciałom ułożonym w górnej warstwie często brakuje poszczególnych
kończyn – w czasie orki zostały one rozwłóczone po okolicznych polach. Zdarza
się, że z danego ciała zachowuje się jedynie kończyna dolna, nie ma kontynuacji
szkieletu – wyjaśnia dr Teul.
Samo znalezienie miejsca pochówku ofiar rzezi również nie było łatwe. W
Ostrówkach stało się to możliwe za sprawą makabrycznych odkryć miejscowych
mieszkańców, którzy opowiadali o ludzkich kościach znajdowanych przez nich na
powierzchni ziemi w czasie orki. – Okoliczna ludność wskazała nam miejsca, gdzie
w czasie orki, za pługiem pojawiały się ludzkie kości. Założyliśmy tam wykopy
sondażowe i dzięki temu udało nam się odnaleźć masową mogiłę – opowiada Adam
Kaczyński, specjalista Wydziału Zagranicznego Rady Ochrony Pamięci Walk i
Męczeństwa. – Znaczna część ludzkich szczątków została jednak rozwleczona po
polach w czasie orki. Odnaleźliśmy samo dno tej mogiły, jej najniższą warstwę.
Na tych terenach przez cały okres trwania Związku Sowieckiego istniały pola
kołchozowe, na których prowadzono orkę i zwykłą gospodarkę rolną. W czasach
sowieckich nikomu nie przeszkadzało zakładanie kołchozów na grobach – mówi Adam
Kaczyński.
Szczególnie wstrząsający jest fakt, że w grobach odkrytych ostatnio na Wołyniu
znajdują się głównie szkielety dziecięce. – Po raz pierwszy w mojej pracy
zetknąłem się z masowymi grobami dzieci – mówi Olaf Popkiewicz, archeolog. –
Wcześniej pracowałem przy ekshumacjach żołnierzy. Można powiedzieć, że śmierć
żołnierza w walce jest normalną sprawą, natomiast znajdowanie w masowym grobie
kolejnych dziecięcych czaszek było niełatwym przeżyciem – dodaje.

Zawsze zostaje jedna łuska
Odnalezione w sierpniu miejsce pochówku kobiet i dzieci z Woli Ostrowieckiej nie
jest jedynym odkrytym ostatnio masowym grobem Polaków pomordowanych na Wołyniu.
Jak mówi Adam Kaczyński, dzięki relacjom świadków ustalono też przybliżoną
lokalizację tak zwanego Trupiego Pola – miejsca, gdzie pochowane zostały
szczątki zamordowanych przez UPA mieszkańców Ostrówek. Teren badano georadarem,
a następnie przy pomocy wykrywacza metali.
– Grobu na Trupim Polu szukano już w 1992 roku – dodaje Popkiewicz. –
Przyjechaliśmy tutaj, wiedząc, że część osób zginęła w wyniku rozstrzelania. Jak
pisał Guenter Grass, "zawsze zostaje jedna łuska". Tym właśnie tropem, dzięki
użyciu wykrywacza metali, udało nam się odnaleźć zbiorową mogiłę. – Trafiliśmy
na skupiska łusek od karabinów i pistoletów maszynowych – uzupełnia Adam
Kaczyński. – W miejscach, gdzie znajdowały się największe skupiska łusek,
założyliśmy wykopy sondażowe. W jednym z nich trafiliśmy na skraj jamy grobowej.
Dalszym etapem działań była już typowa praca archeologiczna, poszerzenie wykopu
i odsłanianie grobu – warstwa po warstwie – dodaje. – Miejscowi opowiadali nam o
kilku zbiorowych mogiłach, my natomiast natrafiliśmy tylko na jedną – mówi Olaf
Popkiewicz. Grób był głęboki na metr i dwadzieścia centymetrów i krył szczątki
261 ofiar, głównie dzieci. Według analizy antropologicznej, znajdowały się tam
kości 93 dzieci w fazie infance 1, czyli do 7. roku życia, w tym wiele
noworodków i bardzo małych dzieci, które nie miały jeszcze nawet zębów
mlecznych. Czterdzieści osiem szkieletów należało do dzieci w fazie infance 2,
to znaczy między 12. a 14. rokiem życia. Pozostałe osoby były to młode matki,
około dwudziestego roku życia. Niewiele szczątków należało do osób starszych.
Pochowano tam jedynie sześciu bądź siedmiu mężczyzn. Odnalezione szczątki były
bardzo słabo zachowane, uszkodzone przez wody opadowe i korzenie. Jak objaśnia
pracujący przy ekshumacji archeolog, do 1992 roku na tym terenie istniało pole
uprawne, później natomiast wyrósł tam las. – Korzenie drzew spowodowały poważne
zniszczenia znajdujących się w mogile kości, czaszki były dosłownie wypełnione
korzeniami, z grobów wyciągaliśmy kłębowiska korzeni w kształcie ludzkich
czaszek. Czasami korzenie rozsadzały czaszki, szczególnie u dzieci – u nich
czaszki mają niezrośnięte szwy. Czasem z dziecka pozostawała dosłownie garstka
pyłu. Pracę utrudniały także opady. W naszym wykopie, który był najniższym
punktem w okolicy, gromadziła się woda. Bezustannie musieliśmy ją usuwać –
opowiada Olaf Popkiewicz. – Praca była zatem dość ciężka, także dlatego, że
ciała znajdujące się w mogile były skłębione. Udało nam się jednak ustalić
miejsce egzekucji. Było to możliwe dzięki relacjom świadków – ludzi, którzy dwa
tygodnie po dokonaniu przez UPA zbrodni zostali przez oprawców spędzeni na to
miejsce i zmuszeni do zakopywania zwłok – dodaje.
Pracujący na Trupim Polu odnaleźli w mogile wiele przedmiotów wskazujących na
to, że zbrodnia została dokonana w niedzielę. – Natrafiliśmy na warkocze, a
nawet zachowane całe fryzury, tzw. korony – mówi archeolog Popkiewicz. –
Odnaleźliśmy także wiele par butów, co jest kolejnym dowodem na to, że ofiary
masakry najprawdopodobniej zostały zamordowane w niedzielę – dzieci na wsiach w
tamtych czasach chodziły na ogół boso, buty wkładały tylko wtedy, kiedy
wybierały się do kościoła.

Mieszkańcy nie mają wątpliwości
Jak mówi Olaf Popkiewicz, faktu odpowiedzialności UPA za zbrodnie dokonane na
Polakach nikt tutaj nie podważa. – Czynią to czasem przyjezdni, którzy nie mają
wiedzy o tym, co się stało. Miejscowi natomiast, ci, którzy byli świadkami
masakry, bądź ci, którym ta wiedza została przekazana przez rodziców – nie mają
żadnych wątpliwości i nie szukają żadnych usprawiedliwień tej zbrodni – mówi
doktor Olaf Popkiewicz. Członkowie ekipy pracującej przy ekshumacji podkreślają
zgodnie ogromną życzliwość okolicznych mieszkańców.
– Pani Aleksandra Wasiejko, zwana babcią Szurą, Ukrainka, która słucha na co
dzień Radia Maryja i mówi po polsku, przynosiła nam pierogi, jabłka, ziemniaki i
zsiadłe mleko. To było niesamowite. Kiedyś o godzinie 21.00, kiedy robiło się
już ciemno, nagle ktoś wyłonił się z krzaków. Była to babcia Szura, która na
plecach przyniosła nam ze dwanaście kilo ziemniaków, wiaderko jabłek i świeże
pierogi upieczone przez nią w piecu. To był prawdziwy dar serca. Szła co
najmniej trzy kilometry przez las, wpław przez kanał, gdzie po ulewnych
deszczach woda sięgała jej po szyję – opowiada dr Popek. Pani Aleksandra
odwiedzała polską ekipę co drugi dzień, dzieląc się wszystkim, co miała. Mimo że
babcia Szura jest bardzo ubogą osobą, nigdy nie chciała od polskiej ekipy
przyjąć żadnych pieniędzy ani nawet prezentu. Uważała, że żywienie Polaków
pracujących przy ekshumacji swoich rodaków jest obowiązkiem Ukraińców.
Miejscowi nie tylko żywili polską ekipę, ale także dawali dowody pamięci o
ofiarach wołyńskiej zbrodni. – Odwiedziłem dzisiaj mogiłę na Trupim Polu i
widziałem, że ktoś położył na niej świeże kwiaty i – zgodnie ze wschodnim
zwyczajem – jabłka. Także zgodnie ze wschodnim zwyczajem na postawionym tam
krzyżu pani Aleksandra powiesiła szarfę z materiału – opowiada ze wzruszeniem dr
Popek.
Jak twierdzi Olaf Popkiewicz, takie właśnie nastawienie do tego, co się stało,
ma większość mieszkańców pobliskiej wsi Sokół. – Widzieli oni, co robiły UPA i
batalion "Łysego", który obstawił tutejsze polskie wsie. Smutne jest natomiast
to, że kiedy w Polsce opowiadałem o tym, czym się teraz zajmuję, kiedy mówiłem o
tym strasznym okrucieństwie wobec dzieci, zdarzało mi się czasem usłyszeć
wypowiedź: "No tak, ale my też nie byliśmy bez winy". Mordowania dzieci nic nie
usprawiedliwia – podkreśla mocno Olaf Popkiewicz. – Jeśli nawet zdarzyło się, że
w wyniku działań Armii Krajowej ginęli cywile, zawsze działo się to przez
przypadek, żaden polski żołnierz nie mordował dzieci z premedytacją. Tutaj
natomiast doszło do eksterminacji Polaków na skalę masową, są to dwie zupełnie
nieporównywalne sprawy – zwraca uwagę. Zdaniem archeologa, eskalacja działań
przebiegała tutaj wyjątkowo drastycznie i można ją porównać właściwie tylko z
eksterminacją Żydów dokonywaną przez Niemców. – Nikt inny nie wpadał na tego
typu pomysły jak mordowanie wszystkich przedstawicieli danego narodu – dodaje
Olaf Popkiewicz.

To są święci i błogosławieni
Upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej, zapewnienie im godnego pochówku, a także
miejsca w pamięci ludzkiej jest naszym podstawowym obowiązkiem. Ale nie jest to
jedyne zadanie, z jakim powinniśmy się zmierzyć. Równie ważne – jeśli nie
ważniejsze – jest nadanie tej straszliwej tragedii odpowiedniej rangi duchowej.
Jak podkreśla dr Leon Popek, dla rodzin ofiar to są męczennicy. Ksiądz, który
mógł się uratować, ale wybrał śmierć, bo nie chciał opuścić swoich parafian,
jest świętym. Podobnie jak niewinne dzieci, kobiety i mężczyźni. Zdaniem dr.
Popka, smutne jest to, że w chwili obecnej nie toczy się żaden proces
beatyfikacyjny kapłana z Wołynia. – Jedynie oblaci zbierają materiały do procesu
beatyfikacyjnego ojca Ludwika Wrodarczyka. Tymczasem na Wołyniu zginęło
osiemnastu kapłanów, niektórzy z nich w czasie odprawiania Mszy Świętej. W ten
sposób zginął na przykład ks. Kotwicki w Hrynowie czy ks. Józef Aleksandrowicz w
Zabłociu. Ich biogramy są pisane przez panią prof. Marię Dembowską z KUL czy
przeze mnie. Wydana została na ten temat także książka, którą rozesłaliśmy do
księży biskupów – opowiada dr Leon Popek. Czas nagli, ponieważ w procesach
beatyfikacyjnych nieocenione są zeznania żyjących świadków, a ci są już coraz
starsi i coraz więcej z nich odchodzi. – Zbieram ich relacje, ale wiem też, że
przesłuchiwać powinny ich odpowiednie komisje i że one właśnie powinny także
zbierać informacje i dokumenty. Istnieją męczennicy, którzy zginęli z rąk
Niemców bądź z rąk Sowietów, a wciąż nie zostali wyniesieni na ołtarze
męczennicy z Wołynia. Czyżby oni byli gorsi? – pyta dr Popek. – Nie, nie są
gorsi, ale doszło tu do jakiegoś zaniedbania, które trzeba naprawić –
konkluduje.
Według świadków, idący na śmierć mieszkańcy Ostrówek śpiewali nabożne pieśni,
modlili się. Jak wskazuje dr Leon Popek, w relacjach przewija się stale obraz
wypędzanego z kościoła ludzi śpiewających pieśń "Serdeczna Matko". Mężczyźni,
którzy mają świadomość, że zaraz zaczną ich mordować, padają na kolana i
odmawiają "Pod Twoją Obronę". Pod Sokołem ludzie, czekając na śmierć, wybaczają
sobie nawzajem grzechy, matki uspokajają płaczące dzieci, mówiąc im, że to już
niedługo, że już za chwilę wszyscy razem będziemy u Pana. – To niesamowite, że
ci ludzie jak gdyby nie bali się śmierci, byli na nią przygotowani – mówi dr
Popek. – Dobierali się rodzinami i razem kładli się na ziemi, czekając na
śmierć. Nie było w nich lęku, ale wiara, że śmierć nie jest końcem, że wprawdzie
za chwilę zginą, ale żyć będą wiecznie.
 

Tekst i zdjęcia
Agnieszka Żurek, Ostrówki, Ukraina

drukuj