Meandry sondaży

Badania sondażowe w Polsce przeprowadzają nie tylko profesjonalnie
przygotowane ośrodki badawcze, ale również publiczne i komercyjne stacje
telewizyjne, rozgłośnie radiowe oraz gazety. Dotyczą one różnych problemów życia
społecznego, a najczęściej odnoszą się do popularności polityków i ich partii.
Sami politycy bardzo różnie oceniają wyniki sondaży. Jeśli prognozy wyborcze
skazują ich na przegraną, zazwyczaj próbują je lekceważyć lub krytykować,
natomiast gdy są one dla nich korzystne, wówczas je akceptują i celowo
nagłaśniają
.

Okresem szczególnej próby dla wiarygodności i obiektywności sondaży był rok
2005, gdy zbiegły się wybory parlamentarne i prezydenckie. Wówczas wyraźnie się
okazało, że niektóre media, a także ośrodki badawcze ponad wszelką wątpliwość
zaangażowały się w kampanię wyborczą, co oczywiście postawiło pod dużym znakiem
zapytania bezstronność oraz rzetelność przygotowywanych i prezentowanych przez
nie wyników badań sondażowych.

Kompromitacja ośrodków badawczych

Według zdecydowanej większości sondaży, niekwestionowanym zwycięzcą wyborów
parlamentarnych miała być Platforma Obywatelska, a fotel prezydenta RP miał
przypaść Donaldowi Tuskowi. Wyniki tych sondaży publikowane do momentu
rozpoczęcia ciszy wyborczej niemal jednoznacznie skazywały na porażkę Prawo i
Sprawiedliwość, a także prognozowały przegraną Lecha Kaczyńskiego jako kandydata
na prezydenta. W rzeczywistości wybory do parlamentu wygrało PiS, a prezydentem
został Lech Kaczyński. Fakty te w znacznym stopniu podważyły zaufanie obywateli
do wiarygodności i rzetelności badań sondażowych. Opinia publiczna byłaby
zapewne bardziej wyrozumiała i mogłaby wybaczyć „pomyłki” prognoz wyborczych,
gdyby mieściły się one w granicach błędu statystycznego. Jednak niektóre wyniki
sondaży odbiegały od stanu rzeczywistego nawet o ponad 30 procent (!) na korzyść
określonej partii czy kandydata na prezydenta, co w sposób oczywisty sugeruje
stronniczość, a także dyskredytuje badających, podważając ich wiarygodność i
obiektywizm.

W sondażach wszystko jest możliwe

Z tegorocznych „sondażowych ciekawostek” warto choćby przypomnieć
zastanawiające wyniki sondaży przeprowadzonych na przełomie stycznia i lutego
przez jeden z ośrodków badawczych. Tenże ośrodek już kilka dni po rezygnacji
Donalda Tuska z kandydowania w wyborach prezydenckich informował za
pośrednictwem mediów, że dwaj prognozowani kandydaci PO, tj. Radosław Sikorski i
Bronisław Komorowski, cieszą się równie wysokim poparciem wyborców (ok. 30
proc.) jak premier, który się wycofał. Wystarczyło więc kilka dni, by politycy,
którzy nie otrzymali jeszcze rekomendacji swojej partii i nie rozpoczęli
kampanii wyborczej, stali się w ekspresowym tempie liderami prezydenckiego
sondażu! Nie mniejsze zdziwienie wywołał w następnych dniach sondaż innego
ośrodka badawczego. Wynikało z niego, że poparcie wyborców dla PO wzrosło do 57
proc., czyli było rekordowo wysokie mimo uwikłania partii w aferę hazardową!
Jednak do prawdziwej burzy mózgów mogą doprowadzić prognozy wyborcze trzeciego
ośrodka badawczego zrobione na początku lutego. Otóż według niego, pierwszą turę
wyborów prezydenckich wygrałby Lech Kaczyński z poparciem 18 proc., przed
Bronisławem Komorowskim (17 proc.) i Andrzejem Olechowskim (6 proc.). Ale już w
drugiej turze urzędujący prezydent miałby przegrać z obydwoma kandydatami.
Okazuje się więc, że w sondażach niemal wszystko jest możliwe.

Wyniki na polityczne zamówienie

Swoista kompromitacja niektórych ośrodków badawczych, a także społeczna
krytyka przygotowywanych przez nie prognoz wyborczych w roku 2005 sprawiły, że
nastąpiła pewna polaryzacja postaw odbiorców w kwestii poważnego traktowania
sondaży. Obecnie Polacy podchodzą do wszelkiego rodzaju badań z większą rezerwą
i uprzedzeniem. Zdecydowanie wzrosła liczba obywateli dystansujących się od ich
wyników. Nie przejawiają oni zainteresowania sondażami, ponieważ uważają, że są
one zazwyczaj robione na polityczne zamówienie i nie mają większej wartości ze
względu na tendencyjność ośrodków badawczych, które je wykonują. Osoby te
twierdzą, że prezentowane przez media (prasę, radio, telewizję i portale
internetowe) wyniki sondaży już zbyt wiele razy rozmijały się znacznie z
rzeczywistymi przekonaniami wyborczymi Polaków i dlatego nie można ich traktować
poważnie. Ponadto – ich zdaniem – wiarygodność prognoz wyborczych podważają duże
rozbieżności procentowe między poszczególnymi ośrodkami badawczymi, które w tym
samym czasie zbierają odpowiedzi na identyczne lub podobne pytania. Mimo
obserwowanego osłabienia perswazyjnej roli sondaży w przestrzeni społecznej
spora część obywateli, zwłaszcza niezorientowanych w partyjnych rankingach,
nadal uważa, że ukazują one faktyczne preferencje polityczne Polaków i bierze je
pod uwagę podczas wyborów.
Bardzo często w prezentowanych wynikach sondaży
używa się stwierdzenia, że „gdyby dziś odbyły się wybory, to wówczas ankietowani
zagłosowaliby następująco…”. I tu pojawiają się bardzo dokładne procenty,
nieraz do dwóch miejsc po przecinku. Podawanie w mediach prognoz wyborczych z
dokładnością do jednej setnej procenta, gdy błąd badań wynosi przynajmniej kilka
procent, może być przejawem celowej manipulacji lub oznaką totalnej ignorancji,
graniczącej z głupotą. Rzekoma dokładność wyników badań ma zapewne uwiarygodniać
przekaz w oczach odbiorców, którym nie mówi się, że są to jedynie informacje
prawdopodobne, projektujące określone zachowania wyborców. A zachowań tych nigdy
nie da się dokładnie przewidzieć ze względu na zmienność preferencji wyborczych
u wielu badanych osób. Ankieter nie jest nigdy pewny, jak istotnie zachowają się
jego respondenci przy urnie, ponieważ ich zamiary wyborcze są tylko ogólną
orientacją, a pytane osoby często same jeszcze nie wiedzą, czy podczas
głosowania postąpią w przewidywany sposób. Zawsze mogą zmienić zdanie, a nawet w
ogóle zrezygnować z udziału w wyborach.

Spekulacje zamiast rzetelnych badań

W wielu sondażach (nie informując o tym społeczeństwa) stosuje się dużą
dowolność zbierania informacji o opiniach obywateli i „zabawowy” sposób ich
interpretacji. Typowym przykładem jest analiza prawdopodobieństwa wyboru
konkretnej osoby na prezydenta (zarówno w pierwszej, jak i drugiej turze), a
także prognozowanie, kto ze zwolenników kandydata startującego w pierwszej turze
byłby skłonny poprzeć innego kandydata w drugiej turze. W sytuacji, gdy nieznana
jest pełna lista kandydatów, a także nie ma jeszcze ich stałego elektoratu (w
Polsce partie nie mają „elektoratu” w rozumieniu zachodnioeuropejskim),
podawanie wyników, kto na kogo będzie głosował w poszczególnych turach, jest
jedynie futurystyczną fikcją, spekulacją lub zabawą. Najczęściej jednak nie
informuje się opinii publicznej o „zabawowym” charakterze wyników tych sondaży,
ale poważnie się je analizuje jako przewidywane zachowania wyborców. W ten
sposób stwarza się iluzję, sugerując jednocześnie, że spekulacje są wiarygodnym
badaniem zasługującym na uwagę.
Życie pokazuje, że dosyć często nie
uwzględnia się podstawowych zasad obowiązujących podczas prowadzenia rzetelnych
i wiarygodnych badań sondażowych, co sprawia, że w niektórych mediach pojawiają
się błędne wyniki, w które naiwnie wierzy wielu niczego niepodejrzewających
odbiorców. Specjaliści wiedzą, że duży wpływ na rezultaty badań sondażowych
wywiera sposób skonstruowania pytania, a zwłaszcza sugerowanie ankietowanym
określonych odpowiedzi, np. przez podawanie konkretnych nazwisk polityków. Gdy
ankietowanych pyta się o najpopularniejszego kandydata na prezydenta RP i
jednocześnie podaje się im określoną listę nazwisk, spośród których mają
wytypować kandydata, to okazuje się, że odpowiedzi są zdumiewająco różne od
badań, w których postawiono identyczne pytanie, ale nie wymieniono nazwisk
żadnych konkretnych polityków.
Nierzadko ankietowani, odczuwając ogromną
presję środowiska lub mediów, nie ujawniają swoich rzeczywistych opinii i
przekonań politycznych. Boją się bowiem wychylać poza narzucaną im poprawność
polityczną, gdy chcą np. głosować na partie niepopularne w ich otoczeniu lub
mające negatywny wizerunek medialny. Dzieje się tak najczęściej, jeśli
dominujące na rynku medialnym środki przekazu stosują niemal terror psychiczny,
atakując lub popierając określonego polityka czy partię polityczną. W
społeczeństwie polskim funkcjonuje jeszcze postkomunistyczna spuścizna,
wyrażająca się m.in. w swoistej schizofrenii społecznej, czyli rozdarciu na
sferę prywatną i publiczną, co w szczególnym stopniu dotyczy polityki. Wielu
obywateli w życiu publicznym przejawia skłonności do zachowywania poprawności
politycznej, która wywołuje tendencję do ukrywania wartości i przekonań
prywatnych, przy równoczesnym deklarowaniu poglądów oficjalnych, zgodnych z
propagowanymi przez agendy władzy czy środki społecznego przekazu. Osoby
krytyczne wobec władzy, a zarazem niewierzące w anonimowość badań, zazwyczaj
obawiają się ujawniania swojej opinii i wówczas odmawiają udzielenia odpowiedzi
lub podają nieprawdziwą informację.
Brak szczerości respondentów występuje
również, gdy niektórzy ankieterzy zamiast pytać o preferencje wyborcze tylko
osoby zdecydowane na wzięcie udziału w wyborach i popierające konkretnego
kandydata, nakłaniają do odpowiedzi wszystkich badanych (również tych
niezdecydowanych). Wówczas wielu poirytowanych respondentów, chcąc uwolnić się
od natrętnego ankietera, dla świętego spokoju wymienia jakieś nazwisko spośród
sugerowanych im kandydatów, co powoduje, że spontaniczna deklaracja
przedwyborcza staje się oczywistą fikcją.
Sondaże nie są więc ostateczną i
nieomylną wyrocznią, jak próbują je przedstawiać niektóre media. Zdarzają się
przecież stosunkowo często niespodzianki wyborcze, polegające na tym, że po
podliczeniu głosów zaskakujące zwycięstwo odnosi ugrupowanie polityczne lub
kandydat, którego prognozy wyborcze skazały na porażkę (np. zwycięstwo PiS i
Lecha Kaczyńskiego w wyborach w 2005 r.). Efekty ciągłego bombardowania opinii
publicznej wynikami sondaży, w których np. do znudzenia wychwala się jedną opcję
polityczną lub promuje jednego kandydata na prezydenta, przynoszą nieraz
zupełnie odwrotny rezultat od zamierzonego. Zbyt natarczywie upowszechniana
opinia, niemająca merytorycznego uzasadnienia, zniechęca część obywateli, którzy
zaczynają się zastanawiać nad wiarygodnością permanentnej reklamy (propagandy),
a zwłaszcza nad rzeczywistą wartością polecanego czy raczej wciskanego im
„towaru”.

Ks. prof. Witold Jedynak

Autor jest wykładowcą w Zakładzie Polityki Społecznej i
Pracy Socjalnej Instytutu Socjologii Uniwersytetu
Rzeszowskiego.

drukuj