Martyrologia według Władimira Władimirowicza

Jest dziwna i zastanawiająca koincydencja między częstotliwością prób
poruszania problemu odpowiedzialności za zbrodnie systemu komunistycznego a
podbijaniem wątku o cierpieniach Rosjan. Ilekroć pytamy Moskwę: kiedy i co zrobi
w celu rozliczenia winnych ludobójstwa – dajmy na to – w Katyniu, słyszymy: o,
jakeśmy bardzo cierpieli! A teraz ofiary tych okropieństw, popełnionych przez
bezimienne, bezpaństwowe i pozainstytucjonalne zło, leżą we wspólnej, bratniej
rzekomo mogile, więc ciszej nad tą trumną. I z takim właśnie przesłaniem
przyjechał do Katynia Władimir Władimirowicz Putin.

Premier Rosji zaprezentował się jako pan i władca podbitego narodu,
mickiewiczowskiego „plemienia zwycięzców zbrodniami zatrutego”. Słowa o
cierpieniach rosyjskiego narodu (żeby było jasne, nikt ich nie kwestionuje)
padają jednak zawsze i wyłącznie na zewnętrzne potrzeby budowania wizerunku
Rosji jako ofiary „nieludzkiego totalitaryzmu”. Nieprawdą jest, jakoby w Rosji
(o czym mówił Putin) „została dokonana jasna ocena polityczna, prawna i moralna
zbrodni reżimu totalitarnego”. Nikt tam nie słyszał nawet o takich próbach,
złote legendy Lenina i Stalina są pieczołowicie utrwalane; kontinuum między
systemem komunistycznym a organizmem prawnoustrojowym wykrystalizowanym po
rozpadzie Sowietów jest wyraźne; są gułagi, multum miejscowości z nazwiskami
komunistycznych aparatczyków w nazwach, których zmiana nikomu się nawet nie śni.
O zbrodniach komunistycznych jeśli już się mówi, to okazjonalnie, traktując je
jako wynik paronoidalnych cech osobowości sowieckich przywódców – nie emanację
systemu sui generis. Czy ktoś broni Putinowi mówić o cierpieniach jego narodu w
jego własnym kraju? Nie. Dlaczego tego nie robi? Z kagebowską przeszłością
byłaby to prawdziwa ekwilibrystyka.
Premier Rosji mówił o „bratniej mogile”
tych, którzy „mężnie przyjęli śmierć”. Zapomniał tylko dookreślić, kto ją zadał.
I dlaczego. „Tylko czarna bryła/ Ziemi niekształtnej leży – rozjemcza mogiła./
Tam i ci, co bronili, – i ci, co się wdarli”. Władmir Władimirowicz nie musiał
wprawdzie czytać Mickiewicza, ale z pewnością posiadł zdolność rozróżnienia
między tymi, co bronili, a tymi, co się wdarli. Pozostając w konwencji strof
autora „Do przyjaciół Moskali”, można spytać, kim był „król, co na rzezie tłumy
wyprawił”? Na to zasadnicze pytanie, niestety, Putin nie odpowiedział.
„Teraz
na świat wylewam ten kielich trucizny,/ Żrąca jest i paląca mojej gorycz mowy,/
Gorycz wyssana ze krwi i z łez mej ojczyzny,/ Niech zrze i pali, nie was, lecz
wasze okowy./ Kto z was podniesie skargę, dla mnie jego skarga/ Będzie jak psa
szczekanie, który tak się wdroży/ Do cierpliwie i długo noszonej obroży,/ Że w
końcu gotów kąsać rękę, co ją targa”.

Katarzyna Orłowska-Popławska

drukuj