Kuźniar jest niepoważny
Z Anną Fotygą, minister spraw zagranicznych w rządzie Prawa i
Sprawiedliwości, rozmawia Paulina Jarosińska
Profesor Roman Kuźniar sformułował zarzut, jakoby polityka rządu Prawa i
Sprawiedliwości w stosunku do USA była polityką wasalną.
– Powiem w ten sposób: wypowiedź prof. Kuźniara jest niepoważna, a ja z
niepoważnymi politykami nie polemizuję. Wystarczy zacytować kilka innych opinii
doradcy prezydenckiego ds. stosunków międzynarodowych – np. jego wypowiedź tuż
przed wyjazdem prezydenta Bronisława Komorowskiego do Stanów Zjednoczonych,
kiedy to mówił, że jedną z metod wykorzystywanych podczas tamtej wizyty będą…
żarty z Amerykanów. To nie jest dosłowny cytat, ale taki był wydźwięk. Jak
mogliśmy się przekonać – te rady zostały zastosowane. Wypowiedzi w takim stylu i
polemiki prowadzonej na tym poziomie nie mam zamiaru komentować. One mówią same
za siebie.
Uważa Pani, że polityka dyplomatyczna w relacjach polsko-amerykańskich
Bronisława Komorowskiego również mówi sama za siebie?
– Odnoszę takie wrażenie, że prof. Roman Kuźniar i zasadniczo doradcy prezydenta
nie rozumieją jednej ważnej sprawy: chęć amerykańskiego zaangażowania w Europie
Środkowo-Wschodniej nie jest tożsama z wasalstwem. Widać wyraźnie, że strona
przeciwna ma diametralnie inną od naszej wizję pozycji Polski w regionie. Z
niepokojem obserwuję chociażby polską politykę wobec Kaliningradu. Wydaje mi
się, że obecnie rządząca ekipa nie rozumie realnych zagrożeń geopolitycznych.
Nie chcę wdawać się w polemikę z jej reprezentantami. Nie przypominam sobie
jednak, żeby nasz rząd kiedykolwiek wyrażał uległy stosunek wobec Stanów
Zjednoczonych. Profesor Roman Kuźniar od prezydenta śp. Lecha Kaczyńskiego i od
premiera Jarosława Kaczyńskiego mógłby się wiele nauczyć i jest ostatnią osobą,
która może wypowiadać się na temat ich polityki zagranicznej.
Ośrodek prezydencki prezentuje spójną diagnozę sytuacji geopolitycznej?
– Proszę pani, ja sama zadaję sobie to pytanie i przyznam, że nie odpowiedziałam
na nie do tej pory. Natomiast myślę, że te najbliższe dni powinny upłynąć bez
oceniania polskiej polityki zagranicznej. To nie jest, według mnie, czas na
krytykowanie polskiego rządu i prezydenta pod kątem dyplomacji. Moja ocena ich
działań na tym polu się nie zmienia. Biorąc pod uwagę rangę spotkań, które
aktualnie odbywają się w Polsce, wolałabym uniknąć jednak obszernych analiz
polskiej polityki zagranicznej. Z wypowiedzi prof. Kuźniara, moim zdaniem,
wypłynęła intencja, aby doszło do jakiejś wymiany zdań pomiędzy władzą a
opozycją. Ta wypowiedź nosi znamiona prowokacji.
Zapytam zatem inaczej: jakie według Pani powinny być priorytety polskiej
strony w rozmowach ze Stanami Zjednoczonymi?
– Powrót zaufania. Rozumiem przez to powrót do bardzo poważnej dyskusji przy
założeniu, że dyskutujemy z bliskim partnerem, z sojusznikiem. Nasza historia
pokazuje, że do tej pory, kierując się tą zasadą, tylko zyskiwaliśmy.
Oczywiście, Stany Zjednoczone mają własne interesy i nie może nas to dziwić. My
natomiast musimy pamiętać, że w Ameryce żyje największa polska diaspora. Właśnie
z tego względu nie może być to kraj traktowany przez nas ambiwalentnie czy
neutralnie. Nie powinniśmy w kółko powtarzać, co my możemy zyskać. To nie
znaczy, że nam na zyskach nie zależy. Musimy aktywizować Polonię amerykańską
tak, aby stała się ona czynnym graczem politycznym. Przyjazd prezydenta Baracka
Obamy ma bardzo wyraźny komponent wyborczy, ale nie należy się tym oburzać. To
jest zupełnie normalne. Wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych może być dla nas
szansą. Czy będzie, to się okaże. Proszę zwrócić uwagę, w jak trudnym położeniu
jest obecnie Polska.
To znaczy?
– W czasach rządu Prawa i Sprawiedliwości takich tendencji hegemonistycznych
Unii Europejskiej nie było, ponieważ my do tego nie dopuściliśmy. Właśnie z tego
powodu byliśmy wciąż obiektem krytyki. Te tendencje się pojawiały, ale każda
próba narzucenia nam zdania spotykała się z bardzo stanowczą reakcją. Ona nie
była ostra, raczej zdecydowana. Europa Środkowo-Wschodnia była dużo bardziej
zjednoczona. Uważam, że należy wrócić do polityki śp. Lecha Kaczyńskiego, choć
będzie to bardzo trudne. Ten proces musiałby się odbywać w oparciu o zasadę
małych kroków. Niezależnie od sytuacji właśnie postawa ambitna i aktywna była
dla nas zawsze korzystna – to dzięki niej zyskiwaliśmy. Proszę spojrzeć na naszą
historię. Jeśli chodzi o sposób formułowania polityki przez prezydenta Lecha
Kaczyńskiego – na własne oczy widziałam, jakie efekty przynosiło stanowcze
eksplikowanie własnego zdania. Natomiast dzisiaj obserwuję skutki błędu w
analizie sytuacji sprzed kilku lat, którego dopuścił się niestety polski rząd.
Nie chcę tu wchodzić w drobiazgową polemikę z tym, co wówczas zostało
sformułowane – jak powiedziałam, nie czas teraz na nią. Po prostu cztery lata
temu łatwiej było zrzucić winę na poprzedni rząd, niż dostrzec zmianę wektorów
naszych sąsiadów i sojuszników.
Podczas tej wizyty powinien pojawić się temat śledztwa smoleńskiego?
– Oczywiście, że tak. Ten temat powinien poruszyć jednak polski rząd, jak to
słusznie podkreślił prezes Jarosław Kaczyński. W czasach rządów Prawa i
Sprawiedliwości to było oczywiste, że jeżeli coś zgrzytało w naszych relacjach z
Rosją, to wówczas zwracaliśmy się do struktur międzynarodowych, których jesteśmy
członkami. Zwłaszcza w tej sprawie, w sprawie katastrofy smoleńskiej, powinniśmy
wykorzystywać wszelkie możliwe narzędzia i ścieżki, które są pomocne w takich
sytuacjach. Jeśli śledztwa nie umiędzynarodowi obecny rząd, to na pewno uczyni
to kolejny.
Dziękuję za rozmowę.
