Kulisy zbrodni kieleckiej (4)

Czytając tekst "umorzenia", musimy wciąż zdumiewać się, do jakiego stopnia
wybielane są działania władz w czasie kieleckiej zbrodni, najczęściej poprzez
przemilczanie różnych kompromitujących władze faktów, nieco rzadziej przez
różne gmatwania spraw wymagających konkretnych, precyzyjnych odpowiedzi. Wszystko
zaś po to, by koniecznie usprawiedliwić zachowanie centralnych władz komunistycznych.

Wybielanie działań władz
I tak np. w "umorzeniu" ("Wokół pogromu…, s. 477) czytamy przyznanie, że
"wszystkie władze centralne zostały niezwłocznie poinformowane o wydarzeniach".
I dalej: "Czy więc istnieją dowody wskazujące, że władze akceptowały zaistnienie
takich wydarzeń? Na poparcie takiej tezy nie ma w materiale dowodowym pewnych
argumentów. Wręcz przeciwnie, ustalono liczne okoliczności wskazujące na
to, że władze centralne takich działań nie akceptowały [podkr. – J.R.N.],
jak też podjęły działania zmierzające do wyciągnięcia konsekwencji wobec
odpowiedzialnych za rozwój sytuacji i dopuszczenie do wydarzeń". To ostatnie
stwierdzenie jest prawdą – podjęto szereg działań personalnych w celu ukarania
różnych osób wybranych na kozłów ofiarnych za tak kompromitującą bezczynność
w dniu 4 lipca 1946 r. Nie ma jednak żadnych, ale to żadnych konkretnych
dowodów potwierdzających tezę prokuratora Falkiewicza, że "władze centralne
takich działań nie akceptowały" w dniu 4 lipca. Prokurator Falkiewicz nie
przytacza żadnego faktu dowodzącego stanowczych działań władz centralnych
w celu natychmiastowego zlikwidowania zajść.
Dlaczego pan prokurator milczy o szczególnie podejrzanym fakcie ujawnionym
przez K. Kąkolewskiego (op. cit., s. 147, 153)? Chodzi o to, że w budynku domu
żydowskiego były dwie klatki schodowe. W klatce schodowej nr 2 mieszkali wyodrębnieni
w swoistym getcie utworzonym przez komunistów Żydzi wierzący, kibucnicy szykujący
się na wyjazd do Palestyny i tu miały siedziby organizacje żydowskie. Napastnicy
wdzierali się wybiórczo tylko do klatki schodowej nr 2. Natomiast, jak podkreśla
Kąkolewski: "Lepsza klatka, klatka nr 1, gdzie mieszkali funkcjonariusze UB,
PPR i innych instytucji urzędowych lub powiązanych z władzami, pozostała nietknięta"
(K. Kąkolewski, op. cit., s. 147).
Pisząc o przybyciu kilkusetosobowej grupy robotników z Huty "Ludwików", prokurator
Falkiewicz całkowicie przemilcza, że wielką część pośród nich stanowili ORMO-wcy,
a więc ludzie z formacji oddanej władzy. Dlaczego przemilcza te fakty znane
już choćby z książek ks. J. Śledzianowskiego i K. Kąkolewskiego? "Dziwne",
że prokurator Falkiewicz całkowicie pomija podjętą przez K. Kąkolewskiego i
sędziego A. Jankowskiego sprawę podejrzanej bojówki, która weszła w skład ORMO
w "Ludwikowie". Według wywiadu sędziego A. Jankowskiego z 1996 r.: "Zgodziłbym
się tu z tezą Krzysztofa Kąkolewskiego, który dotarł do źródeł i ma potwierdzenie,
że do fabryki Ludwików przybyło 6 nieznanych robotników, którzy zaraz po
pogromie zniknęli. Podpatrzono ich, że mieli broń, weszli w skład ORMO, a więc
mogli być prowokatorami". (cyt. za: J. Śledzianowski, op. cit., s. 108).
Do prokuratora Falkiewicza warto również skierować inne pytanie: dlaczego w
Kielcach już przed południem 4 lipca 1946 roku pojawili się specjalni wysłannicy
KC PPR, najwyraźniej wysłani z Warszawy rankiem, gdy jeszcze nie było śladów
żadnego pogromu? Pytanie to zadawał już w 1992 roku piszący o kieleckiej zbrodni
dziennikarz "Gazety Wyborczej" Włodzimierz Kalicki, zapytując dosłownie: "(…)
jakim cudem specjalni wysłannicy KC PPR, Chełchowski i Buczyński, zjawili się
w Kielcach przed południem? Decyzję o wysłaniu ich do Kielc podjąć musiał ktoś
z najściślejszego kierownictwa partyjnego. Podjęcie decyzji i dojazd do lotniska
zająć musiały 20-30 minut. Lot na podkieleckie lotnisko stosowanym powszechnie
wówczas do takich celów kukuruźnikiem, osiągającym w sprzyjających warunkach
prędkość do 150 km na godz., trwać musiał około 1,5 godziny. Dojazd częściowo
gruntową, a częściowo szutrową drogą do Kielc nie mógł trwać krócej niż następne
pół godziny. Decyzję o wylocie delegatów w celu obserwacji pogromu podjęto
zatem w Warszawie między godz. 9.00 a 9.30, gdy pogrom jeszcze się nie zaczął
i nic nie wskazywało, że dojdzie do poważnego rozlewu krwi" (cyt. za: J. Śledzianowski,
op. cit., s. 81-82). To w KC PPR byli wówczas już tak "przewidujący" znawcy
tego, co się zdarzy Kielcach?
Przytoczony w wyborze źródeł dokonanym przez J. Żurka (s. 164) raport ambasadora
A. Bliss-Lane’a z 8 lipca 1946 r. stwierdzał: "Większość opisów zdarzeń podaje
zgodnie, że większości okrucieństw dopuścili się żołnierze (…)".
W "umorzeniu" prokuratora Falkiewicza widać jednak bardzo mało konkretnych
informacji o haniebnej roli znacznej części i żołnierzy, i oficerów w czasie
kieleckiej zbrodni. Prokurator przemilcza nawet tak podstawową informację,
że to oficer WP zastrzelił najważniejszą postać wśród Żydów kieleckich, dr.
Seweryna Kahane, przewodniczącego Komitetu Żydowskiego. Dlaczego prokurator
przemilcza wyraźne działania władz dla maksymalnego zacierania roli wojska
w mordowaniu Żydów? By przypomnieć choćby jakże znamienne zachowanie się zastępcy
szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach, ubeka żydowskiego pochodzenia
Alberta (Fajwisza Altera) Grynbauma. Jak pisał Michał Chęciński na łamach "Gazety
Wyborczej" z 5 lipca 2000 roku: "W gmachu WUBP [Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego – J.R.N.] miało się odbyć spotkanie uratowanych, potencjalnych
ofiar pogromu z dziennikarzami zagranicznymi. Por. Grynbaum zjawił się tam
o wiele wcześniej i apelował do zebranych, żeby nie ujawnili, jak haniebnie
zachowała się milicja i wojsko, bo wykorzysta to antysemicka reakcja. Większość
świadków pogromu uległa namowom Grynbauma".
O tego typu zachowaniu Grynbauma wspominał też Jechiel Alpert, były zastępca
przewodniczącego Wojewódzkiego Komitetu Wojskowego dr. S. Kahane. Opisał on,
co następuje: "Pogrom był w czwartek. W piątek rano porucznik Albert [Grynbaum
– J.R.N.] z UB prosił mnie, żebym pojechał do szpitala i rozpoznał zabitych,
że tam będzie komisja sądowa i korespondenci amerykańskiej prasy i żebym im
nie mówił, że to wojsko mordowało" (cyt. za J. Śledzianowski, op. cit., s.
102).
Szkoda, że prokurator Falkiewicz nie ustosunkował się do powtarzających się
w różnych relacjach twierdzeń, że mordy Żydów 4 lipca 1946 r. dokonane zostały
nie z powodu jakiegoś antysemickiego amoku rasistowskiego, lecz w celach rabunkowych.
Tak głosił m.in. K. Kąkolewski w swojej książce, twierdząc, że zabijali w celach
rabunkowych głównie żołnierze i milicjanci. Dodajmy, że według podanych w wyborze
źródeł J. Żurka zeznań byłego wojewódzkiego komendanta MO w Kielcach Romana
Przybyłowskiego (s. 383): "ogromna większość mordów dokonana została na tle
rabunkowym".
W dowodzeniach na temat roli ubeków w przygotowaniu zbrodni kieleckiej niemałą
rolę odegrały zeznania rzekomo porwanego w lipcu 1946 r. Henryka Błaszczyka.
Stwierdził on, że jego ojciec Walenty Błaszczyk był agentem UB (to samo twierdził
M. Chęciński) i że często odbywały się w ich mieszkaniu ubeckie popijawy. Konsekwentny
w swych działaniach prokurator Falkiewicz stara się za wszelką cenę podważyć
wiarygodność zeznań Henryka Błaszczyka. Zarzuca mu, że jeszcze w 1993 roku
twierdził podczas przesłuchań, iż nie pamięta wydarzeń z 4 lipca 1946 r. i
zachowania swego ojca, a dopiero w 1995 r. zaczął zeznawać o wydarzeniach i
o współpracy swego ojca z UB. Prokurator Falkiewicz sugeruje, że tymi późniejszymi
zeznaniami Henryk Błaszczyk chciał wybielić swoją rolę, obciążając winą ojca.
Tymczasem w przygotowanym przez J. Żurka wyborze źródeł znajdujemy dowody,
że Henryk Błaszczyk już wiele lat wcześniej zastanawiał się nad wyznaniem całej
prawdy, ale powstrzymał go strach przed groźbą represji. W przytoczonym na
s. 433 zeznaniu Andrzeja Miłosza czytamy, że już na przełomie lat 60. i 70.
doszło do rozmowy między pisarzem Bogdanem Wojdowskim, zajmującym się tematyką
żydowską, a H. Błaszczykiem. Gdy Wojdowski zwrócił się do niego o ujawnienie
prawdy, H. Błaszczyk powiedział, że musi poradzić się matki w tej sprawie.
Dzień później wyznał Wojdowskiemu, iż matka powiedziała mu: "Synu, ty tej prawdy
nie ujawniaj, bo te ubowce jeszcze żyją i będzie koniec!". Na s. 434 czytamy
z kolei, że dokładnie to samo H. Błaszczyk powiedział Kąkolewskiemu już w 1991
r. przy kręceniu przez A. Miłosza filmu o pogromie kieleckim.
Prokurator Falkiewicz podważa wiarygodność zeznań Henryka Błaszczyka, który
swe wieloletnie milczenie na temat prowokacji bezpieczniackiej w 1946 r. tłumaczył
strachem przed ewentualnymi represjami. Szkoda, że prokurator Falkiewicz przemilczał
w tym kontekście sprawę tajemniczego wypadku samochodowego z lat 90., w którym
o mało co nie zginął sam Henryk Błaszczyk. Wyszedł z niego ze wstrząsem mózgu,
złamaną ręką, uszkodzeniem kręgosłupa. Sprawczyni wypadku, jakoby pracownik
ambasady polskiej w RFN, zniknęła. Na listy poszukujące jej nie otrzymano odpowiedzi
(zob. szerzej K. Kąkolewski, op. cit., s. 90).
Prokurator Falkiewicz przemilcza różnorodne zeznania odbiegające od lansowanych
przez niego tez akcentujących rzekomą stanowczość władz w rozliczaniu się ze
sprawcami mordów na Żydach (s. 379). Całkowicie przemilcza np. przytaczane
w wyborze źródeł J. Żurka zeznanie byłego komendanta wojewódzkiego MO w Kielcach
Romana Przybyłowskiego. Stwierdził on, że zniszczono zebrane przez niego w
czasie śledztwa po zajściach kieleckich materiały (m.in. mówiące o udziale
milicjantów w zabijaniu Żydów). Według Przybyłowskiego, zniszczono je, bo podważały
przyjętą wersję wydarzeń.

prof. Jerzy Robert Nowak

Kulisy zbrodni kieleckiej (3)

Kulisy zbrodni kieleckiej (2)

Kulisy zbrodni kieleckiej (1)

drukuj