Kto zna polskie priorytety
Z Janem Filipem Staniłką, politologiem w Instytucie Sobieskiego, rozmawia
Paulina Jarosińska
Donald Tusk ma dzisiaj zaprezentować przed Parlamentem Europejskim w
Strasburgu główne założenia i cele polskiej prezydencji, jak również spotkać się
z szefem PE oraz przewodniczącymi frakcji politycznych. Pana zdaniem, polska
opinia publiczna zdążyła już usłyszeć sprecyzowany przekaz rządu na temat
naszych priorytetów podczas półrocznego przewodzenia Unią Europejską?
– Tak naprawdę gdyby zapytać ludzi na ulicy, to myślę, że w przeważającej
większości nie mieliby zielonego pojęcia, o czym w ogóle mowa. Polscy
parlamentarzyści dowiedzieli się, jakie będą priorytety naszej prezydencji,
dopiero po jej inauguracji. Nie wspominając już o tym, że nikt nad nimi nie
debatował. Ja akurat je znam, ponieważ zapoznałem się z Aktem o Jednolitym Rynku
wydanym przez Komisję Europejską, który rząd przeniósł in extenso jako właściwie
cały gospodarczy priorytet prezydencji. W palecie priorytetów jest cała masa
różnych drobnych kwestii związanych faktycznie z bieżącymi politykami
prowadzonymi przez Komisję Europejską. Wygląda na to, że Polska wybrała sobie
model prezydencji, który polega na takim zwykłym administrowaniu, co dzisiaj
praktycznie stanowi to, czego się po prezydencji oczekuje. Po drugie, polega na
dużej pompie wydarzeń, które są wokół prezydencji (a których podstawą jest
budżet porównywalny z budżetem prezydencji francuskiej, która odbywała się
jeszcze w dawnych warunkach traktatowych, kiedy wymagania wobec kraju
przewodniczącego były zupełnie inne). Celem będzie nabicie sobie punktów na
arenie krajowej.
Czego możemy się spodziewać po wystąpieniu Tuska? Czy będzie to forma
kolejnego ukłonu w kierunku decydentów europejskich i wyraz dumy i radości z
faktu, że Polska przejęła prezydencję?
– Całe wystąpienie będzie prawdopodobnie poświęcone przedstawieniu hasła "Wzrost
przez integrację", czyli w gruncie rzeczy clou narracji polskiej prezydencji.
Nie bardzo wiadomo do końca, o co w tym chodzi, ale to bardzo dobrze brzmi i
obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której wszyscy w Brukseli są zadowoleni,
ponieważ… Polacy są optymistami. Optymizm zarówno rządu, jak i – co pokazują
badania społeczne – polskiego społeczeństwa może okazać się jednak na wyrost,
choćby z uwagi na sytuację gospodarczą Europy, która nie jest zbyt korzystna –
delikatnie mówiąc. Słyszymy jednak takie konwencjonalne pochwały, że Polska to
kraj optymistów. Premier więc będzie starał się najpewniej zarazić
parlamentarzystów w Strasburgu tym entuzjazmem, powtarzając, że "wzrost może
nastąpić tylko przez integrację". Moim zdaniem, jego przemówienie będzie
oscylowało właśnie wokół tego ogólnikowego hasła.
Możemy się spodziewać, że wciąż przychylne Tuskowi media będą przedstawiać
jego wystąpienie na forum PE jako wyjątkowy sukces i sprawę niezwykłej wagi.
– Takie wystąpienia to standard, pewna rutyna. Nie są one nawet czymś w rodzaju
exposé rządu, które odbywa się raz na cztery lata, ale raczej można je porównać
z wystąpieniami danego ministra, który składa mniej więcej co roku sprawozdanie
przed Sejmem. Tutaj jest podobnie. Premierzy poszczególnych państw składają co
pół roku coś w rodzaju takiego sprawozdania. Nie ma w tym niczego szczególnego.
Jest to rytuał związany z faktem, że zachowaliśmy koncepcję prezydencji mimo
ustanowienia stałego przewodniczącego Rady Europejskiej, którego w języku
polskim myli się z prezydentem. W związku z tym rola prezydencji zasadniczo
zmalała, ale w polityce europejskiej dużo jest takiej "ornamentyki", tzn.
symbolicznych i proceduralnych elementów, które są pozostałościami po jakichś
wcześniejszych rozwiązaniach, z których ze względów prestiżowych lub
politycznych się nie rezygnuje. Czym innym wszak jest takie co półroczne
sprawozdanie dla Angeli Merkel, a czym innym dla premiera Cypru. Dla Polski
wciąż jest to duże wydarzenie, co być może nie do końca współgra z narracją o
naszym współdecydowaniu o losach Europy.
Jakie, według Pana, powinny być polskie priorytety? Często podkreśla się, że
nie powinny one stanowić zbyt daleko posuniętej eksplikacji własnych interesów
narodowych, ale opierać się na idei wspólnotowości i integracji…
– Wydaje mi się, że są dwa takie ważne cele. Problemem jest jednak właśnie to,
że "prezydencje" mają na ogół problem z realizacją interesów narodowych. To po
prostu najczęściej nie jest ich rolą. To, co dany kraj może zrobić, to za swojej
prezydencji podkreślać mocniej jedną z kilkuset spraw, którymi zajmuje się
Komisja Europejska. Nie robi się tego jednak w oficjalnych dokumentach. Można
oczywiście zrobić np. tak, jak zrobili to Węgrzy, wskazując na Strategię
Naddunajską i budowę sieci regionalnej zacieśnionej współpracy, której sami są
częścią. W przypadku Polski można za taki priorytet uważać np. politykę bałtycką
i szczyt Partnerstwa Wschodniego. Ale zasadniczo cele prezydencji według naszego
rządu są skierowane bardziej na Europę Zachodnią i są bardziej administracyjne.
Jeśli chodzi o to, co możemy sobie załatwić, to sprawą, która obecnie rozstrzyga
się na forum europejskim, jest redukcja emisji CO2. I tutaj nie ma żadnego
dobrego rozwiązania – być może będziemy musieli wziąć na siebie ciężar wetowania
pewnych propozycji, ponieważ kolejna po nas Dania będzie na pewno dążyła do
realizacji bardziej ambitnych celów. Gdybym ja był polskim premierem, to
dążyłbym do tego, żeby kwestię związaną z emisjami dwutlenku węgla już za swojej
prezydencji rozwiązać, bo inaczej ta sprawa może być dla nas rozstrzygnięta
później bardzo niekorzystnie. Drugą taką sprawą jest bezpieczeństwo
energetyczne, czyli gaz łupkowy. Jak donoszą media, PE dąży do wprowadzenia
moratorium na wydobycie gazu łupkowego w Europie. Rząd również powinien
wykorzystać ten okres, kiedy w Brukseli jest wielu polskich urzędników i
przedstawicieli i są pewne pieniądze, aby lobbować za ukształtowaniem w opinii
europejskiej przychylności dla gazu łupkowego. Nie oznaczałoby to tworzenia
żadnych dokumentów, raczej wysiłki lobbingowe, czyli informacyjne i promocyjne,
które mogą iść w parze z i tak wytężoną działalnością w Brukseli. To są dwa
kluczowe dla naszej przyszłości cele, reszta to takie techniczne kwestie, jak
np. rozporządzenia wykonawcze do polityki spójności – one są w naszym interesie,
ale pół roku to za mało, by się nimi na poważnie zająć albo by je rozstrzygnąć.
Oczywiste jest to, że rząd wykorzysta prezydencję PR-owo. Czy zasadne są
głosy sugerujące, że Donald Tusk "brylowaniem" na salonach europejskich chce
zwiększyć swoje szanse na jakieś stanowisko w instytucjach UE?
– To jest analogiczne do sytuacji Tony´ego Blaira. Szykowano go na
przewodniczącego Rady Europejskiej (tak jak Tusk miał wysokie poparcie), a
skończyło się tak, że odszedł w niesławie. Premierowi Tuskowi wróżę podobny
scenariusz. Zasadniczą różnicą pomiędzy nim a byłym premierem Wielkiej Brytanii
jest to, że… dużo gorzej mówi po angielsku. Znajomość języków bywa bardzo
przydatna, jeśli chce się być np. komisarzem europejskim. Inaczej nie zrozumie
się własnych urzędników. To jest również uwaga do Jerzego Buzka, który jest
katastrofalny językowo i jest przez to obiektem wielu żartów. Obecnie, moim
zdaniem, żaden z wysokich polskich dostojników państwowych nie ma szans na
objęcie jakiegoś naprawdę znaczącego stanowiska w UE.
Dziękuję za rozmowę.
Paulina Jarosińska
