Kryzysowa kampania wyborcza

Czas po tragedii pod Smoleńskiem i klęska powodzi w naszym kraju na
pewno nie sprzyjają prowadzeniu politycznej debaty. Czołowych kandydatów w
wyborach prezydenckich trudno jest jednak przekonać, aby wystąpili z jasnym
przekazem swojej wizji Polski. I chociaż do przyspieszonych wyborów
prezydenckich pozostało już tylko kilka dni, to wiele wskazuje na to, że sposób
prowadzenia kampanii wyborczej bardzo się nie zmieni.

Okoliczności, które spowodowały, że 20 czerwca pójdziemy do urn wyborczych,
a także doświadczenie osób, które wskutek powodzi straciły często dorobek
całego życia, spowodowały, że nadzwyczajna kampania prezydencka musi być
inna. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że doświadczenia ostatnich tygodni
stały się dla polityków pretekstem, by nawet tej merytorycznej dyskusji o
przyszłości kraju, która zwykle towarzyszy kampaniom wyborczym, w ogóle nie
toczyć. Trudno przekonać dwóch kandydatów, którym daje się największe
szanse na zwycięstwo, by stanęli obok siebie w wyborczej debacie. A obaj chcą
stworzyć wrażenie, że to ten drugi nie chce debatować.
Gdy Jarosław Kaczyński deklarował, że weźmie udział w debacie
zaproponowanej przez telewizję publiczną, która trafia do największej liczby
Polaków, Bronisław Komorowski stwierdził, iż do TVP nie przyjdzie. Marszałek
Sejmu mówił o nieobiektywności TVP i że wolałby debatę w TVN, czyli tam,
gdzie – jak mówił członek komitetu honorowego Bronisława Komorowskiego, reżyser
Andrzej Wajda – "mamy przyjaciół". Obaj kandydaci mogli się spotkać
również na debacie zorganizowanej wczoraj na Uniwersytecie Warszawskim.
Komorowski jasno zadeklarował w niej udział dopiero wtedy, gdy prawie na pewno
było wiadomo, że na UW nie pojawi się prezes PiS.
Również z wypowiedzi kandydatów popieranych przez najsilniejsze ugrupowania
wcale nie wynika, jakie mają pomysły na przyszłość. Jedynymi konkretami
zdają się obietnice niektórych z nich, że kiedy wygrają wybory, to
"zafundują wszystkim po laptopie".
Jarosław Kaczyński, poza uczestnictwem w wiecach wyborczych "w
terenie", publicznie występuje stosunkowo rzadko. Jedni mówią, że po
tragedii pod Smoleńskiem się zmienił, drudzy – że się nie zmienił, a to
tylko media pokazują go trochę inaczej. Nie wiadomo w końcu, czy prezes PiS
porzucił już koncepcję budowy IV RP, czy też nie. Możemy co najwyżej przyjąć
ogólny przekaz, że "będzie kontynuował dziedzictwo prezydentury swojego
brata śp. Lecha Kaczyńskiego".
Również od Bronisława Komorowskiego, sondażowego faworyta wyborów, wiele się
nie dowiadujemy. W przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego jest on jednak
widoczny "zawsze i wszędzie", ale przede wszystkim z racji pełnionej
funkcji marszałka Sejmu i wykonującego obowiązki prezydenta RP.
Kandydat Platformy zdaje się jednak czerpać tylko z popularności, jaką może
się cieszyć Platforma Obywatelska. Wyciągnięty przez szefa Platformy,
premiera Donalda Tuska, z drugiego szeregu marszałek Sejmu w swoich wyborczych
reklamówkach wcale nie chwali się tym, co chciałby zrobić jako prezydent RP,
ale przede wszystkim tłumaczy, skąd się wziął, aby wyborcy w ogóle
wiedzieli, kim ten Komorowski jest. Dla marszałka Sejmu najlepszym elementem
promocji zdają się występy za plecami premiera Tuska na wałach powodziowych,
które pozwoliły przyhamować notowany w sondażach spadek popularności
kandydata PO.
Swój wizerunek kandydat Platformy próbuje również kreować, zwołując różnego
rodzaju rady – Radę Gabinetową czy Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Dzięki
temu, że wykonując obowiązki prezydenta RP, stoi na ich czele, ma okazję
stwarzać wrażenie, iż mamy do czynienia z wielkim mężem stanu zatroskanym
losami Narodu.
Do pierwszej tury wyborów prezydenckich pozostało jeszcze 10 dni, a to naprawdę
niewiele czasu, by kandydaci powiedzieli, co chcą dla Polaków i Polski zrobić.

Artur Kowalski

drukuj