Krok do repolonizacji banków
Gdy w 2010 roku przeżywający kłopoty finansowe irlandzki właściciel Banku
Zachodniego WBK ogłaszał jego sprzedaż, do walki stanął PKO BP. Przegrał jednak
z hiszpańskim Santanderem. Jednak wtedy narodziła się koncepcja, by przywrócić
Polsce banki działające na naszym terytorium.
Kłopoty Zachodu
Polskie banki tak naprawdę polskie są tylko z nazwy i terytorium działania. W
większości z nich głównym udziałowcem są zagraniczne instytucje finansowe. Pod
względem aktywów zaledwie 33 proc. jest zarządzanych przez inwestorów krajowych,
reszta to podmioty zagraniczne. W Wielkiej Brytanii ten współczynnik wynosi 70
procent, a w Niemczech 90 procent. W normalnej gospodarce wolnorynkowej taki
duży udział inwestorów zagranicznych nie byłby niczym dziwnym, ale sektor
bankowy to nie jest wolny rynek. Współcześnie jest to jedna z najbardziej
regulowanych działalności gospodarczych, korzystająca z licznych przywilejów
niedostępnych dla innych przedsiębiorstw (m.in. dysponowanie powierzanymi
depozytami jak własnym kapitałem). Poza tym banki, kredytując jakieś
przedsięwzięcia, tak naprawdę nie ryzykują swoimi pieniędzmi ani pieniędzmi
swoich akcjonariuszy, one ryzykują pieniędzmi powierzonymi im w depozytach przez
swoich klientów. Mówienie zatem o sektorze bankowym jak o wolnym rynku jest
dużym nadużyciem. Czy jakakolwiek inna branża może liczyć na dofinansowanie z
pieniędzy podatnika liczone w setkach miliardów euro w ciągu dwóch lat w Europie
lub półtora biliona dolarów w Stanach Zjednoczonych? Takie przywileje dostępne
są tylko dla branży bankowej, która nabrała przez to złych nawyków.
Sprywatyzowała zyski, ale ryzyko i straty przerzuca albo na swoich klientów
(zagrożenie niewypłacalnością), albo na podatnika, który musi zaciskać pasa.
Problemy zachodnich banków zaczęły się potęgować wraz z narastaniem kryzysu
finansów publicznych w poszczególnych państwach. Okazało się bowiem, że przez
lata pożyczały pieniądze nieudolnym rządom na konsumpcję. Dziś to głównie te
państwa (tzw. PIIGS – od pierwszych liter anglojęzycznych nazw): Portugalia,
Włochy, Irlandia, Grecja, Hiszpania, stoją przed obliczem ogłoszenia
niewypłacalności, co spowoduje istny popłoch w niektórych bankach. Będą one
musiały w dość krótkim okresie spisać dziesiątki miliardów euro na straty. A
rzecz dotyczy głównie francuskich oraz niemieckich banków. Banki francuskie
pożyczyły pięciu wymienionym państwom przeżywającym problemy finansowe łącznie
505,9 mld euro (Włochom – 309 mld, Hiszpanii – 112,6 mld, Grecji – 41,4 mld,
Irlandii – 23,8 mld, Portugalii – 19,1 mld), a banki niemieckie 376,2 mld euro
(Hiszpanii – 131,7 mld, Włochom – 120 mld, Irlandii – 82 mld, Portugalii – 26,6
mld, Grecji – 15,9 mld). Wierzytelności pochodzące z państw zagrożonych stanowią
ok. 26 proc. francuskiego PKB oraz ok. 15 proc. niemieckiego PKB. To wystarczy
za komentarz do dylematu, dlaczego prezydent Nicolas Sarkozy oraz kanclerz
Angela Merkel tak bardzo obawiają się ogłoszenia bankructwa tych pięciu państw i
nakłaniają inne kraje (w tym dużo biedniejsze) do niesienia pomocy finansowej.
Zwłaszcza prezydent Sarkozy, który ma nie lada problem z włoskim długiem we
francuskich bankach. Biorąc pod uwagę obecną skalę problemu, zachodnie banki
potrzebują trochę czasu, żeby przygotować się na ogłoszenie niewypłacalności
przez wymienioną piątkę państw (przede wszystkim Włochy i Hiszpanię). Dlatego
też komisje nadzoru zalecają, by sprzedawać swoje aktywa, również te w Polsce, i
gromadzić w ten sposób potrzebną gotówkę.
W zasięgu polskich instytucji
Na tym tle polski (w całym artykule będę używał tego przymiotnika wobec
działających w Polsce banków) sektor bankowy wygląda jak prawdziwa zielona
wyspa. Jeżeli istnieje jakaś dziedzina działalności naszego państwa, która może
być wzorcowa dla Zachodu, to jest to nadzór finansowy oraz model uprawiania
polityki pieniężnej. Doświadczenie hiperinflacji oraz niewypłacalności banków
sprzed ponad 20 lat ukształtowało myślenie w Polsce o ryzyku. Gdy większość
świata zachodniego obniża stopy procentowe ustalane przez banki centralne do
poziomu bliskiego zeru (co powoduje, że koszt pożyczek jest niewyobrażalnie
niski), Polska prowadzi rozsądną politykę stóp procentowych na średnim poziomie.
Oczywiście pożyczkobiorcy mogą narzekać na zbyt wysoki koszt kredytu, ale trzeba
pamiętać, że każdy kij ma dwa końce, a w tym przypadku zachowane jest
bezpieczeństwo sektora bankowego, a tym samym naszych pieniędzy tam
zdeponowanych. Największym ryzykiem polskich banków są obecnie problemy ich
spółek-matek. Dotychczas prawo europejskie zabraniało drenowania przez banki
pieniędzy ze spółek-córek, co stawiało polski sektor bankowy w korzystnym
świetle. Banki inwestowały w Polsce, a ich akcjonariusze mogli otrzymywać
jedynie dywidendę od zysków. Tak było dotychczas, ale sytuacja zmienia się
bardzo szybko. Obecnie Komisja Europejska, prawdopodobnie pod naciskiem Nicolasa
Sarkozy´ego i Angeli Merkel, pracuje nad dyrektywą, która pozwoli centralnie
sterować płynnością banków. Co to oznacza w praktyce? Otóż, jeśli centrala w
Niemczech uzna, że należy obecnie wspierać przede wszystkim akcje kredytowe w
Niemczech, to będzie miała możliwość sięgnąć po środki znajdujące się w
spółkach-córkach rozsianych po całej Europie, w tym w Polsce. Dziś ma możliwość
sięgnąć tylko po zyski, czyli nadwyżkę finansową. Zanim dyrektywa ta ujrzy
światło dzienne, wcale nie musi upłynąć dużo czasu. Prace nad nią będą
postępować w tempie wprost proporcjonalnym do problemów kolejnych europejskich
państw (następna na celowniku jest przesocjalizowana Francja).
Polska może postąpić dwutorowo, by zapobiec katastrofie. Po pierwsze – na forum
politycznym rząd musi ze wszystkich sił sprzeciwiać się powstaniu dyrektywy
unijnej o centralnym zarządzaniu płynnością banków. Naciski mogą być jednak
silne, bo więcej niż pewne jest to, że zarówno prezydent Sarkozy, jak i kanclerz
Merkel użyją całej dostępnej sobie broni (łącznie ze straszeniem odebraniem
jakiejś unijnej jałmużny), by ją przeforsować. A po drugie, może nastąpić
repolonizacja banków, czyli wykupienie z zagranicznych rąk działających w Polsce
instytucji finansowych. Obecnie na 10 największych banków tylko 3 mają polskiego
właściciela (patrz: tabela 1). Może się okazać, że aż 4 spośród tych banków będą
niedługo do kupienia. Od pewnego już czasu dywaguje się o możliwości sprzedaży
Pekao przez Włochów, BRE Banku przez Niemców, Millennium przez Portugalczyków
oraz Kredyt Banku przez Belgów. Kupcem mogą być inne banki zagraniczne, ale
wydaje się, że komisje nadzoru macierzyste dla banków kupujących nie będą
zalecać takich działań. Może zatem być to doskonała okazja do tego, aby polskie
banki zaczęły nimi być nie tylko z nazwy. Ceny, jakich mogą oczekiwać ich
właściciele, to ok. 20 mld zł za Pekao, 7 mld zł za BRE Bank, 2,8 mld zł za
Millennium oraz ok. 2,2 mld zł za Kredyt Bank. Wartości te są pochodną obecnej
wyceny akcji na giełdzie pomnożonej przez udział inwestora strategicznego.
Szczególnie te dwa ostatnie są w zasięgu zakupu przez kilka polskich instytucji.
Bo chociaż słowo repolonizacja banków brzmi dość atrakcyjnie, to musimy
pamiętać, że mówimy po prostu o zakupie banków przez polskie instytucje. Na dziś
na taki zabieg stać byłoby tylko PKO BP, Bank Gospodarstwa Krajowego (który jest
bankiem stricte państwowym), być może jeszcze Getin Noble. Spoza sektora
bankowego w walkę może włączyć się jeszcze PZU. I to chyba już koniec instytucji
mogących dokonać repolonizacji. Szanse są, i to wcale niemałe, biorąc pod uwagę,
że Commerzbank będzie chciał na pewno sprzedać jakieś zagraniczne aktywa (ale
nie wiadomo, czy działający w Polsce BRE), podobnie jak Portugalczycy z
Millennium. Repolonizacja niewątpliwie przyczyniłaby się do przeniesienia
centrum decyzyjnego do Polski, gdzie ocena ryzyka rynku krajowego na pewno stoi
na lepszym poziomie niż za granicą. Jeżeli natomiast polskim instytucjom
finansowym nie udałoby się nabyć jakiegokolwiek banku z zagranicznych rąk, to
rząd premiera Donalda Tuska powinien zrobić wszystko, łącznie ze skorzystaniem z
prawa weta, by nie powstała dyrektywa unijna odnośnie do centralnego zarządzania
aktywami w sektorze bankowym na terenie całej UE.
Marek Łangalis ekspert gospodarczy Instytutu
Globalizacji
