Kręgosłup człowiek ma w sobie

Z Krzysztofem Skowrońskim, prezesem Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich, twórcą i dyrektorem Radia WNET, rozmawia Agnieszka Żurek

Tegoroczne obchody Narodowego Święta Niepodległości stały się pretekstem
do zamieszek na ulicach Warszawy. Czy konflikt ten nie został wywołany celowo, a
wydarzenia, które miały miejsce, nie były swego rodzaju poligonem doświadczalnym
dla ewentualnego tłumienia buntu społecznego w przyszłości?

– Wzięcie udziału w Marszu Niepodległości było czymś, co wywoływało silne
emocje, ponieważ istniały siły, którym zależało na tym, żeby te emocje podsycać.
Jeśli ktoś nazywa "faszystami" osoby pragnące uczcić rocznicę odzyskania przez
Polskę niepodległości poprzez przemaszerowanie ulicami stolicy z biało-czerwoną
flagą, wtedy normalnego człowieka, który kocha Polskę, trafia szlag. Trudno nie
denerwować się, jeśli ktoś ośmiela się nazywać kogoś "faszystą" w kraju, który
ma za sobą bogatą historię walki o niepodległość, a nie historię faszyzmu.
Jesteśmy krajem, który odwołuje się do tradycji Armii Krajowej, do wielkiej
tradycji walki i poświęcenia w imię wolności i sprawiedliwości. Polska stała po
rycerskiej stronie, toteż trudno jest spokojnie reagować na wiadomość, że oto
nasz marsz w rocznicę odzyskania niepodległości mają zablokować anarchiści z
Niemiec. Niektórzy biorą w tym jątrzeniu udział nieświadomie, inni – celowo chcą
podzielić wspólnotę, żeby ją osłabić i żeby wszyscy naokoło mogli robić w Polsce
interesy. Czy natomiast wydarzenia z 11 listopada były poligonem doświadczalnym
dla tłumienia mogącego wkrótce wybuchnąć buntu społecznego – przyszłość pokaże.

Jeszcze pięć lat temu nikt chyba nie ośmieliłby się sprowadzać do Polski
"antyfaszystów" z Niemiec. Co się stało, że w tym roku jednak do tego doszło?

– Już samo stworzenie Ruchu 11 Listopada, który nie ma nic wspólnego ze Świętem
Niepodległości, jest prowokacją. Jeśli ktoś chce prowokować, na ogół dokładnie
wie, co chce przez to osiągnąć. Mądry będzie ten, kto nie da się wyprowadzić z
równowagi.

Osobliwą rolę 11 listopada odegrali dziennikarze. Przekaz telewizyjny z
obchodów Święta Niepodległości został zmanipulowany w taki sposób, żeby pokazać
jedynie zamieszki, a nie kilkudziesięciotysięczny spokojny marsz. Do
zablokowania go wzywała "Gazeta Wyborcza". Czy w dzisiejszej Polsce istnieje
jeszcze szansa na przetrwanie nieuwikłanego politycznie, niezależnego środowiska
dziennikarskiego?

– Wierzę, że istnieje. Dlatego że w to wierzę, zostałem szefem Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich. Ufam, że Stowarzyszeniu uda się zamienić wrogość i
nienawiść występujące w środowisku dziennikarskim np. na polemikę. Żeby jednak
to osiągnąć, trzeba zacząć nazywać rzeczy po imieniu i wskazywać miejsca, gdzie
dochodzi do manipulacji albo sprzeniewierzenia się etyce zawodu dziennikarza.
Pęknięcie środowiska dziennikarskiego jest jednak faktem, tak jak faktem jest
zmniejszanie się zaufania opinii publicznej do treści przekazu medialnego. Jeśli
nie uda się zatrzymać tej fali, to czwartą władzę dotknie głęboki kryzys, co
odbije się negatywnie na i tak kulejącej już demokracji. Fakt spalenia wozu
transmisyjnego TVN i ataku na dziennikarzy w oświadczeniu SDP został nazwany
aktem bandytyzmu i oczywiście należy zrobić wszystko, żeby do takich zdarzeń nie
dochodziło, ale nie mniej ważne, a może nawet z punktu widzenia SDP ważniejsze
jest zwracanie uwagi na niezgodne z prawdą opisywanie zdarzeń. Zwróćmy uwagę, że
spór w środowisku dziennikarskim dotyczy fundamentów i przez to tak mocno dzieli
to środowisko. Spór ten jest wynikiem utraty jasności pojęć i relatywizacji
rzeczywistości.

Jesteśmy u progu nowej kadencji starego rządu. Jaką strategię na kolejne
cztery lata obierze, Pana zdaniem, Donald Tusk?

– Donald Tusk na pewno nie będzie rządził tak jak do tej pory, ponieważ
obiektywnie sytuacja jest zupełnie inna niż wtedy, gdy przejmował rządy. Cztery
lata temu mógł posługiwać się przenośnią o ciepłej wodzie w kranie, teraz ta
przenośnia już nie wystarcza. Zbliża się czas trudności gospodarczych i dużego
bezrobocia. Oznacza to, że nadchodzą czasy dla prawdziwych liderów. Jeżeli rząd
Donalda Tuska nie wpadnie na pomysł, w jaki sposób należy zreformować
gospodarkę, to długo nie porządzi. To, co może się stać, dzieje się teraz w
Grecji czy we Włoszech. Tusk nie ma wyboru, musi się przygotować na czarny
scenariusz. Nie mam przekonania, czy doktryna, zgodnie z którą rząd zamierza
zmieniać Polskę, okaże się skuteczna. Mam wrażenie, że miałaby ona zastosowanie
w czasach normalnego funkcjonowania gospodarki, natomiast w momencie poważnego
kryzysu już nie. W czasach trudniejszych trzeba wykazać się większą
pomysłowością. Wątpię, czy rząd będzie w stanie się na to zdobyć – tym bardziej
że polska gospodarka została w ciągu ostatnich czterech lat bardzo osłabiona.
Trudno będzie liczyć także na wsparcie ze strony Unii Europejskiej, która sama
boryka się z poważnym kryzysem finansowym. Poparcie społeczne dla rządzących
może zatem drastycznie spaść – ludzie w końcu zorientują się, że obrana cztery
lata temu strategia rozwoju gospodarczego była fikcją potrzebną tylko do
wygrania wyborów.

Kto może skorzystać na kryzysie?
– W naturalny sposób skorzystają na nim siły opozycji – Prawo i Sprawiedliwość,
Sojusz Lewicy Demokratycznej i Ruch Palikota. Która z tych sił zdobędzie rząd
dusz – jest nieprzewidywalne. W potoku informacji ludzie są zagubieni i nie
potrafią odróżniać polityków godnych zaufania od niewiarygodnych. Podział
społeczeństwa jest bardzo głęboki. Nie wiemy, kto jest dzisiaj wiarygodnym
liderem dla Polaków.

Czy sądzi Pan, że Polacy rzeczywiście uwierzyli w to, że Palikot jest
opozycją wobec Tuska?

– Niekoniecznie w to, że jest opozycją, ale tezę, że jest on osobowością, część
Polaków uznała za prawdziwą.

Polacy zapomnieli już o tym, że Palikot jest "produktem" Platformy?
– Sojusz Lewicy Demokratycznej swego czasu w wolnych wyborach uzyskał 40 proc.
głosów. Wydawało się, że zwycięstwo partii będącej ugrupowaniem bezpośrednio
postkomunistycznym jest niemożliwe. Tymczasem w 1993 r. ster rządów w Polsce
przejęła koalicja SLD – PSL. Teraz zatem nie można wykluczyć dojścia do głosu
podobnego mechanizmu.

Można odnieść wrażenie, że polska prawica jest "uwięziona". Do mediów
publicznych ma dostęp pod warunkiem, iż się dzieli. Jak zmienić tę sytuację?

– Nad tym powinni się zastanowić sami politycy, my jesteśmy tylko
dziennikarzami. Wydaje się, że zaczęli się nad tym zastanawiać, skoro się
dzielą. Jeśli się dzielą, to znaczy, że myślą.

Zależy, o czym myślą, kiedy się dzielą.
– Tak, to prawda.

Powiedział Pan, że skoro jesteśmy dziennikarzami, to nie jest to do
końca nasz problem. Wydaje się jednak, że niekoniecznie. W tworzeniu negatywnego
wizerunku prawicy niebagatelną rolę odgrywają właśnie media.

– Dysproporcja w dostępie do mediów jest faktem. Część pozytywnych deklaracji
Prawa i Sprawiedliwości czy innych ugrupowań prawicowych nie dociera do Polaków.
Myślę, że niewielu członków naszego społeczeństwa wiedziało np., że w czasie
kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość zaprezentowało pomysł na zreformowanie
systemu podatkowego czy nowy program gospodarczy i samorządowy. Działa się
jednak w takich warunkach, jakie są. Polityk nie może narzekać na to, że warunki
są bardzo trudne. Jego rolą jest doprowadzenie do takiej sytuacji, w której
wygra on wybory i zmieni ten stan rzeczy. Nie ma innej Polski niż ta, którą
mamy.

Jednym z gwarantów funkcjonowania demokracji jest wolność słowa. Obecna
władza ogranicza dostęp opozycji do środków masowego przekazu, a ostatnio
zapowiada nawet wprowadzenie obostrzeń w jedynym medium, w którym do tej pory
panuje całkowita wolność wypowiedzi, czyli w internecie.

– To jest problem nie tylko polski, ale globalny. Cenzury w internecie – takiej
jak w Chinach – nie będzie, ale na pewno pomysły jakiegoś "okiełznania"
internetu rodzą się w wielu głowach. Internet zawsze miał dwie cechy – wolności
i zniewolenia. W zależności od tego, kto aktualnie sprawuje władzę, może on
uruchamiać pozytywne bądź negatywne aspekty jego działania. Podobnie jak system
monitoringu w mieście może służyć do tego, żeby podnieść poziom bezpieczeństwa
obywateli, albo do tego, żeby śledzić tych, którzy okazali się niewygodni dla
władzy. Ma to znaczenie szczególnie w momentach kryzysowych, a takie na pewno są
przed nami. Nie potrafię powiedzieć, czy w czasie kryzysu zwyciężą siły
demokratyczne i obywatelskie, czy te mające cechy systemu totalitarnego.

Na podstawie dotychczasowych działań Platformy można się raczej
spodziewać zwycięstwa tego drugiego modelu. Jak w takiej sytuacji zachować
niezależność dziennikarską?

– Kręgosłup moralny człowiek ma w sobie i jeżeli chce być dziennikarzem w
każdych okolicznościach, musi go zachować. W każdej pracy istnieją warunki,
które musimy zaakceptować. Praca dziennikarza jest jednak inna – w niej kontrakt
nie obejmuje naszej niezależności. Nie możemy np. wykonywać poleceń, które
naruszają zasady wiarygodności dziennikarskiej.

Istnieje grupa ludzi, którzy podejmując pracę po studiach, od razu
zakładają, że poglądy są czymś na sprzedaż. Zanika etos zawodu dziennikarza jako
kogoś, kto kieruje się wartościami?

– Dziennikarz jest zawodem zaufania publicznego. Fundamentem jego pracy jest
niezależność. Nie oznacza to braku posiadania światopoglądu. Przeciwnie – własne
poglądy to także element niezależności. Z chwilą kiedy dziennikarz traci
wolność, przestaje być dziennikarzem. Tego właśnie powinno się uczyć w szkołach
– zostajesz dziennikarzem po to, żeby być rycerzem prawdy.

Czy wewnątrz samego środowiska dziennikarskiego istnieje solidarność
zawodowa, niezależna od wyznawanych poglądów?

– Mam nadzieję, że jeszcze istnieje. Sam jej doświadczyłem. Kiedy wyrzucano mnie
z "Trójki", w mojej obronie stanęli koledzy dziennikarze o różnych poglądach.
Był to gest solidarności. Wierzę, że gdzieś na dnie naszych motywacji leży dobro
i że damy radę je wydobyć i ocalić. Trzeba to robić, dając dobry przykład i
podejmując odpowiednie działania. Najgorsze jest to, że przedstawiciele
"przeciwnych obozów" przypisują sobie wzajemnie złą wolę. Niekoniecznie jednak
tak musi być. Czasem jest to błąd w rozpoznaniu. Wiele zdarzeń wskazuje jednak
na to, że diabeł faktycznie istnieje.

Utworzone przez Pana Radio WNET jest różnorodne, trudno mu przyczepić
etykietkę. Jak udało się uniknąć zaszufladkowania?

– Radio WNET to wolna antena, niezależni dziennikarze, którzy prowadzą swoje
programy. Jest to twór wielopokoleniowy – jedna z osób, które prowadzą program,
ma 16 lat, inna z kolei siedziała na kolanach u Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Radio WNET cechuje różnorodność i otwartość. Bardzo mnie to cieszy, dzięki temu
spotykamy się w świecie, w którym nie ukrywamy tego, co myślimy.

Część dziennikarzy niejako "wyspecjalizowała się" w opisywaniu
negatywnych zjawisk w polskiej polityce. Radio WNET odbiega nieco od tej
formuły, zajmując się nie tylko analizowaniem wydarzeń politycznych, ale także
np. życiem kulturalnym.

– W życiu to nie polityka jest najważniejsza. Jakość naszemu życiu nadają takie
wartości jak: rodzina, kultura, religia czy sztuka. Polityka bywa najważniejsza,
ale nie jest tak przecież przez cały czas.

Tworzy Pan obecnie Spółdzielcze MEDIA WNET. Co to takiego?
– Spółdzielcze MEDIA WNET mają służyć rozwojowi niezależnych mediów w Polsce.
Mam nadzieję, że uda się nam zgromadzić siłę, która pozwoli na dokonanie w
naszym kraju wielu pozytywnych zmian. To, co uda się zbudować, zależy od
spółdzielców. Istnieje wiele projektów, które są do zrobienia, ale za które do
tej pory nikt się nie zabrał, bo nikt nie miał pomysłu, jak to przeprowadzić.
Projekty mogą być rozmaite – akademia, lokalna gazeta czy lokalna rozgłośnia
radiowa. Sama idea spółdzielni jest piękna – jest to grupa wolnych ludzi
chcących razem zrobić coś dobrego. Grupa ta kieruje się zasadami, które są
spełnieniem myśli o stworzeniu solidarnego społeczeństwa. Spółdzielcy mogą być
zwolennikami zerowych stawek podatkowych – jeśli uda im się w obrębie
spółdzielni rozwiązać to zagadnienie. Jednocześnie muszą być ludźmi wolnymi – do
spółdzielni można w każdej chwili wstąpić i z niej wystąpić. Zobaczymy, jak to
będzie wyglądało w praktyce, jesteśmy na razie na początku drogi, do której
przygotowywaliśmy się przez ostatnie dwa i pół roku. Teraz sprawdzimy, ile
wiarygodności udało się zbudować Radiu WNET.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj