Kościół w Polsce ma swojego „Lidera”
Od kilkunastu dni jesteśmy świadkami swoistego „koncertu życzeń” dotyczącego przymiotów i możliwości przyszłego przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, który zostanie wybrany 10 marca. Większość dzienników, tygodników zamieszcza własne rankingi kandydatów, analizy szans poszczególnych osób, zakładając, iż grono 120 biskupów (pomocniczych i diecezjalnych) jest wewnętrznie spolaryzowane, podzielone na frakcje, podlegające strefom wpływów. Są faworyci i przegrani. Pojawiają się recepty, jak uzdrowić polski Kościół. Co z tej dyskusji wynika? Niewiele.
„Zaostrza się kampania wyborcza na przewodniczącego episkopatu” – napisała „Polska”, przewidując, że decydująca walka rozstrzygnie się pomiędzy ks. kard. Stanisławem Dziwiszem a ks. abp. Sławojem Leszkiem Głódziem. Dramatyzmu całej sytuacji – według gazety – dodaje fakt, że jest to „wybór ostateczny”, który na kilka następnych lat określi kierunek, w jakim będzie podążał polski Kościół. Czy będzie to kierunek liberalny – przyjazny światu, czy konserwatywny – oparty silnie na polskiej tradycji narodowo-katolickiej? Linię podziału, w opinii mediów, wyznacza przede wszystkim stosunek do Radia Maryja, w dalszej kolejności kwestia lustracji w Kościele, wyczucie problemów epoki i gotowość do podjęcia dialogu ze światem. „Pielgrzymki” biskupów do Krakowa – jak z troską zauważa komentatorka wspomnianej gazety – mają za zadanie zachęcić ks. kard. Dziwisza, aby wystartował w wyborach, ponieważ odmowa byłaby „równoznaczna ze zwiększeniem szans abp. Głódzia, kojarzonego ze skrzydłem konserwatywnym i Radiem Maryja. A to byłaby kompromitacja”. Szkoda, że zabrakło rozwinięcia ostatniego określenia w tekście. Przypuszczam, że zwolennicy takiej tezy ostatecznie mieliby spory kłopot z uzasadnieniem irracjonalnego lęku, który jest w niej zapisany – tym bardziej że już raz tego typu przestrogi zakończyły się falstartem. Snuto kasandryczne wizje „zagłady” Kościoła w Gdańsku, gdy były biskup polowy otrzymał nominację na tamtejszą stolicę biskupią. I co? Gdzie te zapowiadane tragedie?
Emocje na wyrost
Jak zauważa Tomasz Terlikowski, medialne emocje towarzyszące wyborom przewodniczącego KEP, opinie o ogromnej roli przyszłego lidera, który poprowadzi Episkopat w liberalnym bądź konserwatywnym kierunku, nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Jest to funkcja typowo prawna, nie daje władzy jako takiej (biskupi podlegają bezpośrednio Papieżowi), zaś od 2004 roku nie łączy się z godnością prymasa. Zasadniczy wpływ na kierunek życia kościelnego w poszczególnych diecezjach mają ordynariusze i to oni mają decydujący głos w kwestiach formacji, podejmowanego programu duszpasterskiego uwzględniającego specyfikę i potrzeby lokalnego Kościoła. Oczywiście, osobisty autorytet nowego przewodniczącego, gotowość do reprezentowania Episkopatu w sytuacji, gdy trzeba jasno wypowiedzieć się na temat takiej czy innej kwestii, są niezwykle ważne. Ma być „pontifeksem”, tym, który będzie jednoczył, wyciągał trafne wnioski. „Powinien być człowiekiem umiejącym pomagać biskupom tworzyć sprawną strukturę, która pośród różnorodności będzie umiała współpracować dla dobra Kościoła” (Dariusz Kowalczyk SJ). Według prof. Grossfelda (UKSW), „obecny czas w Kościele w Polsce nie jest czasem przywódców takich, jak Jan Paweł II czy kard. Wyszyński, dlatego nowy przewodniczący nie musi posiadać takich charyzmatycznych cech. Przeciwnie, obecnie ważniejsze jest podkreślanie zarówno, że każdy biskup jest przewodnikiem, pasterzem, z niezależną władzą na terenie swojej diecezji, jak i znaczenia mądrości wspólnotowej”. „Takiego człowieka, jak prymas Wyszyński Pan Bóg daje Kościołowi raz na tysiąc lat” – powiedział kiedyś Jan Paweł II. Przypuszczam, że nawet dziś, z perspektywy lat i wolności, jaką mamy, nie jesteśmy jeszcze w stanie ogarnąć wielkiej roli, jaką odegrał on w minionym półwieczu. Nie znaczy to jednak, że koniecznie należy w szeregach biskupów szukać kogoś, kto sprosta wielkości Prymasa Tysiąclecia. Jeśli ktoś taki będzie potrzebny Polsce, Pan Bóg się o to sam zatroszczy.
Program to Ewangelia, kierunek działań to wierność Prawdzie
Z niezrozumieniem istoty Kościoła wiąże się fakt tak częstego postulowania w mediach roli „charyzmatycznego lidera”, który będzie miał lekarstwo na wszelkie problemy i potrafi sam stawić czoła Kościołowi w Polsce podzielonemu na „łagiewnicki” i „toruński”. Zarówno sam rzekomy podział jest mitem (od którego już się wstydliwie odchodzi), jak i przypisywanie któremukolwiek z kandydatów na przewodniczącego KEP takich prerogatyw. Kościół, jako wspólnota grzeszników, jest w permanentnym kryzysie – nie jest komunią „idealnych” ludzi, zmierza ku świętości, szukając ratunku nie w sobie samym, a w wierności Chrystusowi, czerpiąc od Niego moc do powstawania z upadków. Nawet najwybitniejszy, najbardziej charyzmatyczny Papież czy biskup nie jest w stanie Go zastąpić. Notoryczny błąd w medialnym postrzeganiu Kościoła wynika z tego, że jest nań nakładana matryca, przeniesiona dosłownie z życia politycznego (tu rzeczywiście kluczową rolę odgrywają premier, prezydent czy przewodniczący jakiejś partii), która jednak nijak się ma do rzeczywistości eklezjalnej. Kościół ma swojego „Lidera” – jest Nim Jezus Chrystus. Ma też swój program – jest nim Ewangelia, jak też jasno określony kierunek działania: wierność Prawdzie. Chodzi tylko o to, aby głosić ją w taki sposób, by stała się ona czytelna dla jak największej rzeszy ludzi. By była nie tylko teorią, ale została potwierdzona świadectwem życia. A to zależy nie tylko od przewodniczącego polskiego Episkopatu. Na to ma wpływ każdy z nas.
ks. Paweł Siedlanowski
