Kłótnia to temat zastępczy
Rozmowa z doświadczonym pilotem wojskowym w stopniu majora, w służbie
czynnej, kolegą mjr. Arkadiusza Protasiuka
Po tym, gdy TVN 24 nie zdążyła się jeszcze wytłumaczyć ze swojego newsa,
jakoby gen. Błasik siedział w fotelu drugiego pilota, mamy kolejną sensację.
Nagranie jakoby części kłótni między nim a mjr. Arkadiuszem Protasiukiem na
płycie lotniska. Spotkał się Pan z sytuacją, by przed startem samolotu pilot się
wykłócał?
– Przede wszystkim z dowódcą, a już z pewnością ze zwierzchnikiem Sił
Powietrznych żaden lotnik się nie kłóci. Owszem, można mu przedstawić swoje
racje, ale z pewnością w inny sposób. Zresztą, kto w rozmowie z szefem ucieka
się do kłótni? Arek miał za dużo taktu i kultury osobistej, by w ten sposób
postąpić. Nie znałem go od takiej strony. On był człowiekiem, który potrafił
udowodnić swoją rację w normalny sposób. Był sympatyczny, bardzo miły i nigdy –
przez lata swojej służby – nie spotkałem się z tym, by uciekał się do takich
metod. Oczywiście, zdarzają się w lotnictwie sytuacje, że dowódca np. mówi, że
trzeba zabrać na pokład samolotu niebezpieczny ładunek, a załoga wie, że
materiałów o dużej sile rażenia i pasażerów nie wolno razem przewozić. Wówczas
nie tylko można, ale i trzeba polemizować. Jednak pilot do tego musi dysponować
odpowiednią wiedzą. Arek ją miał, co więcej, nigdy nie był porywczy. Zawsze będę
pamiętał go jako pilota, który miał uśmiech na twarzy i potrafił wszystkie
sprawy załatwić w sposób cywilizowany, na pewno nie poprzez kłótnię z dowódcą
Sił Powietrznych. Także gen. Andrzej Błasik był bardzo miłym człowiekiem. Nie
był to nadęty typ, który widzi tylko czubek własnego nosa. Zawsze przed lotem
przywitał się, podał rękę. Po wylądowaniu umiał podziękować za wspólny lot, a
nie musiał tego przecież robić. Powiem szczerze: nie wierzę w tę kłótnię.
Informację o istnieniu takiego nagrania kiepskiej jakości, z kamery
przemysłowej ochoczo potwierdziła prokuratura wojskowa…
– A czy prokuratura z ruchu warg – o ile są one widoczne na nagraniu z kamery
przemysłowej – może dokładnie określić, o czym rozmawiali gen. Błasik i mjr
Protasiuk? Dla mnie to nie jest żaden dowód. Owszem, gdybyśmy dysponowali
nagraniem z głosem, wówczas można byłoby stwierdzić: tak, była sprzeczka, ostre
spięcie itd. To, że obaj gestykulowali, jeszcze niczego nie dowodzi. Jeśli nie
ma świadka, jednoznacznych relacji, które by to potwierdziły, to całą tę sprawę
należy określić jednym słowem: bzdura.
Taka sprzeczka przełożyłaby się na atmosferę w kokpicie. Zauważył Pan jej
ślad w nagraniach z CVR?
– Jeśli taka stresowa sytuacja powstaje przed lotem, gdy dowódca z pilotem
rozmawiają w cztery oczy na sporny temat, to nie wierzę, że po takiej scysji
pilot nagle zamknął się w sobie i siedział w kabinie jak mruk i do nikogo się
nie odzywał. On z pewnością podzieliłby się z kolegami opinią, że dowódca żądał
od niego rzeczy nierealnych itp. W lotnictwie jest tak, że jeśli są problemy, to
się o nich rozmawia, szczególnie jeśli dotyczą one spraw lotniczych. W
nagraniach z 10 kwietnia 2010 r. takiej atmosfery w kokpicie nie widać.
Zdenerwowanie można byłoby wyczytać już z samego tonu głosu pilota?
– Oczywiście. Przecież kiedy człowiek jest wzburzony, zdenerwowany, to zachowuje
się inaczej. Tymczasem w korespondencji, jaką prowadził Arek, kiedy Tu-154M
odchodził z Okęcia, nie słychać wzburzonego głosu. Nie słychać tam człowieka,
który właśnie został "pokonany" przez dowódcę. Jak to? Przegrał, a tymczasem
epatuje ciepłym, sympatycznym głosem? Ambitny człowiek w kilka chwil nie
pogodziłby się z taką porażką. Przyznam, że kiedy słyszę tę korespondencję,
zawsze ściska mnie za serce, bo dobrze pamiętam głos Arka. Kiedy słyszało się
"PLF 1-0-1" czy "PLF 1-0-2", wiadomo było, kto leci. Zawsze wymieniliśmy
pozdrowienia, a jeśli były na to warunki, chwilę porozmawialiśmy.
Dowodem na sprzeczkę ma być jakoby to, że gen. Błasik witał gości na
pokładzie, a nie mjr Protasiuk. To może być istotny ślad?
– Nie. Wiele razy lecący z nami np. dowódca eskadry witał na płycie ważnych
pasażerów, nie będąc przy tym członkiem załogi. To nie jest nienormalna
sytuacja. Dowódca wiedział, że samolot jest przygotowany, załoga jest gotowa do
lotu, plany są poskładane. Był przecież gospodarzem. Zresztą, kiedy do jednostki
przylatuje ważny gość, zawsze na miejscu jest dowódca bazy, a czasem nawet
wszyscy dowódcy jednostek, które funkcjonują na terenie bazy. Nie widzę w tym
nic dziwnego.
Nie odniósł Pan wrażenia, że dokładniej bada się to, co stało się przed
startem, niż to, co się działo w ostatnich 20 sekundach lotu?
– Dokładnie. Chodzi o to, by ludziom zawrócić w głowach. Przecież wystarczy, że
w mediach pojawi się taka informacja, ktoś ją powtórzy i za chwilę niemal cała
Polska mówi tylko o tym, że panowie pokłócili się przed lotem. To są tzw. tematy
zastępcze.
Dziękuję za rozmowę.
Marcin Austyn
Rozmowa z doświadczonym pilotem wojskowym w stopniu majora, w służbie
czynnej, kolegą mjr. Arkadiusza Protasiuka
Po tym, gdy TVN 24 nie zdążyła się jeszcze wytłumaczyć ze swojego newsa,
jakoby gen. Błasik siedział w fotelu drugiego pilota, mamy kolejną sensację.
Nagranie jakoby części kłótni między nim a mjr. Arkadiuszem Protasiukiem na
płycie lotniska. Spotkał się Pan z sytuacją, by przed startem samolotu pilot się
wykłócał?
– Przede wszystkim z dowódcą, a już z pewnością ze zwierzchnikiem Sił
Powietrznych żaden lotnik się nie kłóci. Owszem, można mu przedstawić swoje
racje, ale z pewnością w inny sposób. Zresztą, kto w rozmowie z szefem ucieka
się do kłótni? Arek miał za dużo taktu i kultury osobistej, by w ten sposób
postąpić. Nie znałem go od takiej strony. On był człowiekiem, który potrafił
udowodnić swoją rację w normalny sposób. Był sympatyczny, bardzo miły i nigdy –
przez lata swojej służby – nie spotkałem się z tym, by uciekał się do takich
metod. Oczywiście, zdarzają się w lotnictwie sytuacje, że dowódca np. mówi, że
trzeba zabrać na pokład samolotu niebezpieczny ładunek, a załoga wie, że
materiałów o dużej sile rażenia i pasażerów nie wolno razem przewozić. Wówczas
nie tylko można, ale i trzeba polemizować. Jednak pilot do tego musi dysponować
odpowiednią wiedzą. Arek ją miał, co więcej, nigdy nie był porywczy. Zawsze będę
pamiętał go jako pilota, który miał uśmiech na twarzy i potrafił wszystkie
sprawy załatwić w sposób cywilizowany, na pewno nie poprzez kłótnię z dowódcą
Sił Powietrznych. Także gen. Andrzej Błasik był bardzo miłym człowiekiem. Nie
był to nadęty typ, który widzi tylko czubek własnego nosa. Zawsze przed lotem
przywitał się, podał rękę. Po wylądowaniu umiał podziękować za wspólny lot, a
nie musiał tego przecież robić. Powiem szczerze: nie wierzę w tę kłótnię.
Informację o istnieniu takiego nagrania kiepskiej jakości, z kamery
przemysłowej ochoczo potwierdziła prokuratura wojskowa…
– A czy prokuratura z ruchu warg – o ile są one widoczne na nagraniu z kamery
przemysłowej – może dokładnie określić, o czym rozmawiali gen. Błasik i mjr
Protasiuk? Dla mnie to nie jest żaden dowód. Owszem, gdybyśmy dysponowali
nagraniem z głosem, wówczas można byłoby stwierdzić: tak, była sprzeczka, ostre
spięcie itd. To, że obaj gestykulowali, jeszcze niczego nie dowodzi. Jeśli nie
ma świadka, jednoznacznych relacji, które by to potwierdziły, to całą tę sprawę
należy określić jednym słowem: bzdura.
Taka sprzeczka przełożyłaby się na atmosferę w kokpicie. Zauważył Pan jej
ślad w nagraniach z CVR?
– Jeśli taka stresowa sytuacja powstaje przed lotem, gdy dowódca z pilotem
rozmawiają w cztery oczy na sporny temat, to nie wierzę, że po takiej scysji
pilot nagle zamknął się w sobie i siedział w kabinie jak mruk i do nikogo się
nie odzywał. On z pewnością podzieliłby się z kolegami opinią, że dowódca żądał
od niego rzeczy nierealnych itp. W lotnictwie jest tak, że jeśli są problemy, to
się o nich rozmawia, szczególnie jeśli dotyczą one spraw lotniczych. W
nagraniach z 10 kwietnia 2010 r. takiej atmosfery w kokpicie nie widać.
Zdenerwowanie można byłoby wyczytać już z samego tonu głosu pilota?
– Oczywiście. Przecież kiedy człowiek jest wzburzony, zdenerwowany, to zachowuje
się inaczej. Tymczasem w korespondencji, jaką prowadził Arek, kiedy Tu-154M
odchodził z Okęcia, nie słychać wzburzonego głosu. Nie słychać tam człowieka,
który właśnie został "pokonany" przez dowódcę. Jak to? Przegrał, a tymczasem
epatuje ciepłym, sympatycznym głosem? Ambitny człowiek w kilka chwil nie
pogodziłby się z taką porażką. Przyznam, że kiedy słyszę tę korespondencję,
zawsze ściska mnie za serce, bo dobrze pamiętam głos Arka. Kiedy słyszało się
"PLF 1-0-1" czy "PLF 1-0-2", wiadomo było, kto leci. Zawsze wymieniliśmy
pozdrowienia, a jeśli były na to warunki, chwilę porozmawialiśmy.
Dowodem na sprzeczkę ma być jakoby to, że gen. Błasik witał gości na
pokładzie, a nie mjr Protasiuk. To może być istotny ślad?
– Nie. Wiele razy lecący z nami np. dowódca eskadry witał na płycie ważnych
pasażerów, nie będąc przy tym członkiem załogi. To nie jest nienormalna
sytuacja. Dowódca wiedział, że samolot jest przygotowany, załoga jest gotowa do
lotu, plany są poskładane. Był przecież gospodarzem. Zresztą, kiedy do jednostki
przylatuje ważny gość, zawsze na miejscu jest dowódca bazy, a czasem nawet
wszyscy dowódcy jednostek, które funkcjonują na terenie bazy. Nie widzę w tym
nic dziwnego.
Nie odniósł Pan wrażenia, że dokładniej bada się to, co stało się przed
startem, niż to, co się działo w ostatnich 20 sekundach lotu?
– Dokładnie. Chodzi o to, by ludziom zawrócić w głowach. Przecież wystarczy, że
w mediach pojawi się taka informacja, ktoś ją powtórzy i za chwilę niemal cała
Polska mówi tylko o tym, że panowie pokłócili się przed lotem. To są tzw. tematy
zastępcze.
Dziękuję za rozmowę.
Marcin Austyn
