Klich zepsuł armię

Z gen. rez. Waldemarem Skrzypczakiem, dowódcą Wojsk Lądowych w latach
2006-2009, byłym dowódcą m.in. 16. Dywizji Zmechanizowanej, 11. Dywizji
Kawalerii Pancernej oraz Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe w Iraku,
rozmawia Mariusz Bober
 




Donald Tusk zdymisjonował lub przyjął dymisje 13 wysokich rangą wojskowych z
Ministerstwa Obrony Narodowej i Sztabu Generalnego. Właściwie "podzielił"
odpowiedzialność za zaniedbania w armii?

– Rząd w ten sposób chciał, widać, zademonstrować, że działa w sposób
zdecydowany i konsekwentny. Rzecz w tym, że główną odpowiedzialność za stan
armii ponoszą politycy, zwłaszcza ci, którzy mieli kupić nowe samoloty dla 36.
Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, a tego nie zrobili. Od lat ci
politycy, związani z lobbystami, walczyli między sobą o to, jakie maszyny kupić,
jakimi samolotami mają być wożeni polscy przywódcy. Do dziś nie ma decyzji, bo
walka między politykami a lobbystami się nie zakończyła. A odpowiedzialność za
to złożono na wojskowych. Ci wojskowi, którzy rzeczywiście źle wyszkolili
pilotów, ponoszą za to odpowiedzialność, ale pieniądze na szkolenia gwarantuje
część cywilna, czyli polityczna, resortu obrony. To oni powinni być pociągnięci
do odpowiedzialności i stanąć przed sądem! Karanie tylko wojskowych jest wielkim
nadużyciem.

Rząd ukarał też 36. SPLT, likwidując go. Jakie będą tego skutki?
– Pułk był skazany na głęboką reorganizację ze względu na konieczność zakupu
nowych samolotów i pozbycia się starych. Ale do dziś tych nowych maszyn nie
kupiono, w efekcie pułk nie ma na czym latać. Dlatego były tylko dwa rozwiązania
– albo zakupić nowe samoloty i zreorganizować 36. SPLT, albo rozwiązać go i
powołać nową jednostkę. Ważne jest, żeby nie skrzywdzić tych wojskowych, wysoko
wykwalifikowanej kadry. Ich nie można po prostu wyrzuć na bruk, bo nie są
niczemu winni.

I teraz przywódcy kraju sprawującego prezydencję w Unii Europejskiej będą
latać na wizyty zagraniczne samolotami rejsowymi?

– Dlatego obecnie kluczowy jest zakup nowych samolotów do przewozu VIP-ów. Bez
tego nie da się też odbudować specjalnej jednostki lotnictwa transportowego.
Rząd na razie dzierżawi samoloty od PLL LOT, ale to może być rozwiązanie
doraźne. Dzierżawa w dłuższym okresie zrujnuje budżet MON, jest bowiem
najdroższą ze wszystkich form zapewnienia transportu VIP-om.

Dymisje i likwidację 36. SPLT rząd Donalda Tuska uzasadnia wnioskami z
raportu komisji Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej przedstawiającego
czarny obraz sił powietrznych RP. Na ile jest prawdziwy i reprezentatywny dla
całej armii?

– Myślę, że ten raport pokazuje rzeczywistą sytuację w całych polskich Siłach
Zbrojnych.

Dlaczego nasza armia znalazła się w takiej sytuacji? Przecież od niemal 20
lat słyszymy, że jest reformowana?

– Była jakaś reforma w polskiej armii?

Ostatnią z wielkim hukiem wprowadzał właśnie odwołany niedawno minister
Bogdan Klich, ogłaszając uzawodowienie polskiej armii i mamiąc wyborców, że
będzie pięknie…

– Nic nie wiem o żadnej reformie ani o tym, by polska armia stała się
profesjonalna. Owszem, "zreformowano" urzędy wojskowe, ale w taki sposób, że
jeszcze bardziej je rozbudowano. Przybyło też kolejnych instytucji w Warszawie.
Ale to nie jest żadna reforma, tylko budowanie zamków na piasku.

Czyli po 20 latach zmian w wojsku "reforma" Klicha dobiła polską armię?
– Na jej obecną sytuację składają się całe lata zaniedbań, ale najgorsze skutki
mają zaniedbania z ostatnich 4 lat. Polska armia odczuła je szczególnie
dotkliwie. Nie buduje się siły wojska, wprowadzając nieustannie zmiany według
tylko sobie znanych kryteriów, zwłaszcza na stanowiskach dowódczych.

Jakie są główne przyczyny złej kondycji armii?
Jeśli oszczędza się na liczbie godzin szkoleń, na środkach przeznaczanych na
nie, nawet na paliwie przeznaczonym na ten cel, to wszyscy powinni sobie zdawać
sprawę, że piloci latający czy to na samolotach transportowych, czy innych, będą
mieli minimalne umiejętności. To powoduje bowiem, że nie osiągają maksimum
wyszkolenia, ale minimum.

Czyli problemem są pieniądze? Krytycy zarzucają MON, że doprowadziło do
zbytniej biurokratyzacji armii, co pochłania większość budżetu na obronność.
Podziela Pan ten pogląd?

– Mówię o tym od dawna, że armia "się zurzędniczyła". Odchodząc z wojska, jasno
mówiłem, że to właśnie ci urzędnicy odebrali wojskowym wiele kompetencji, a
jednocześnie zrzucają na dowódców odpowiedzialność za wiele spraw. Jest to
typowy proces w armii, która dawno nie była na wojnie – urzędnicy przejmują
władzę nad armią, dyktują warunki, decydują o wszystkim, a wojskowi mają
wykonywać ich polecenia.

I to urzędnicy odpowiadają też za łamanie procedur bezpieczeństwa? Mówi się,
że w wojsku były opracowane odpowiednie procedury, tyle że ich nie
przestrzegano…

– Oczywiście! Nowoczesny sposób zarządzania armią zakłada stworzenie i
przestrzeganie jasnych, transparentnych procedur. Tymczasem w Polsce kompetencje
są wymieszane między różnymi instytucjami, a z drugiej strony często one się
dublują. To zaś powoduje, że za wiele spraw nikt nie odpowiada.
Należy konsekwentnie przeciąć funkcjonowanie powiązań polityczno-towarzyskich
między politykami i wojskowymi. Minister Klich wprowadził do armii
"kolesiostwo".

Jak to zrobić?
– Po prostu należy doprowadzić do tego, aby o awansach i obsadzie
odpowiedzialnych stanowisk decydowali kompetentni dowódcy, a nie politycy. W
Polsce, niestety, nominacje generalskie stały się w ostatnich kilkunastu latach
"towarem", który politycy wykorzystują w rozgrywce z wojskowymi. Ponadto armię
trzeba też "odurzędniczyć"…

Czyli zredukować liczbę urzędników w MON i podległych mu instytucjach, czy
też zlikwidować część z nich? Mówił Pan, że niektóre dublują swoje kompetencje.

– I dlatego należy najpierw dokonać przeglądu tych instytucji i wytypować te,
które dublują kompetencje. Zapewniam pana, że gdyby niektóre z nich
zlikwidowano, nikt by tego nie zauważył i nie odczuł! Aż trudno uwierzyć, że
niektóre z nich w ogóle istnieją. Należałoby zlikwidować np. wiele departamentów
w MON .

Niektórzy uważają, że armii brakuje środków, bo pieniądze są źle wydawane,
np. na cele, które sama mogłaby z powodzeniem realizować. Niedawno w mediach
krytykowano np. to, że firmy ochroniarskie zamiast żołnierzy strzegą obiektów
wojskowych za grube miliony złotych.

– Ta sprawa pokazuje, że trzeba się na coś zdecydować. Jeśli już zdecydowaliśmy
się na armię zawodową, to powstaje pytanie, czy warto wysyłać zawodowych
żołnierzy do "pilnowania płotów", czy dać im możliwości i czas, by jak najlepiej
się szkolili w sztuce wojennej. W większości krajów świata, m.in. w USA,
Wielkiej Brytanii, Francji, gdzie uzawodowiono armię, ochroną obiektów
wojskowych zajmują się właśnie firmy ochroniarskie. Dlatego trzeba pamiętać, że
armia zawodowa niestety nie jest tańsza od armii z poboru. Ale ma być dobra!

W maju br. minister Bogdan Klich zapowiadał, że tegoroczny budżet resortu
wyniesie ponad 27 mld zł, a przyszłoroczny – 29 miliardów. To powinno wystarczyć
na zbudowanie sprawnej armii przy jej lepszym zarządzaniu?

– Tak. Trzeba jednak pamiętać, że połowa obecnego budżetu MON jest przeznaczana
na emerytury, renty, wynagrodzenia, czyli tzw. wydatki osobowe. Zwykle na zakupy
i modernizację sprzętu przeznacza się ok. 2,5 mld zł, a maksymalnie – 5 mld
złotych. Jednak, moim zdaniem, MON ma wystarczającą ilość pieniędzy, by
właściwie zarządzać armią. Problem w tym, że niewłaściwa jest struktura wydatków
resortu i zarządzanie przez niego pieniędzmi.

Może Pan podać przykłady takiego złego zarządzania?
– Zakup 8 samolotów transportowych M28 Bryza dokonany 3 lata temu. Kupiono je
nie wiadomo, po co, bo one w ogóle polskiej armii nie były potrzebne. Bo w
naszych warunkach nie nadają się ani do roli samolotów transportowych, ani
bojowych, ani żadnych innych. Tymczasem w tamtym okresie brakowało i nadal
brakuje śmigłowców bojowych i transportowych oraz samolotów transportowych i
szkolno-bojowych.

Czy zwiększenie dostaw W-3PL Głuszec, co do których MON prowadzi negocjacje z
PZL Świdnik, nie poprawi zdolności bojowych polskiego wojska?

– Nasza armia potrzebuje nowych śmigłowców. Moim zdaniem, głuszce nie spełniają
jednak dzisiejszych oczekiwań pola walki. Obecnie wyścig zbrojeń na świecie
sprawia, że wymagania cały czas rosną, a zmodernizowane sokoły nie spełniają
najnowszych oczekiwań armii.

A dostawy rakiet NSM dla polskiej marynarki wojennej je spełniają?
– Z tego, co mi wiadomo, dostawca nie spełnił określonych warunków. MON
zdecydowało się na obniżenie wymagań. A to już świadczy o nadużyciach.

Odpolitycznienie, odbiurokratyzowanie armii i zakup sprzętu wystarczą, by ją
postawić na nogi?

– Musimy jeszcze odtworzyć potencjał bojowy wojska. Ponadto trzeba
zreorganizować szkolnictwo wojskowe, zarówno na wyższym, jak i niższym szczeblu.
Jeśli szybko nie rozstrzygnie się tych dwu zasadniczych problemów, wojsko straci
całkowicie zdolność bojową. Jestem przeciwnikiem organizacji szkolnictwa
wojskowego na wzór cywilnego. W każdym państwie szkolnictwo wojskowe zachowuje
swoją specyfikę z uwagi na charakter służby wojskowej. Tymczasem w Polsce na
uczelnie wojskowe nałożono szablon, według którego funkcjonuje szkolnictwo
cywilne. Ale rządzą się one różnymi zasadami! W ten sposób, moim zdaniem,
utraciliśmy zdolność do kształcenia wybitnych jednostek na potrzeby wojska.
Musimy też zreformować dowództwa wojskowe i zredukować ich liczbę. Obecnie jest
ich coraz więcej, choć zmniejszyliśmy liczebność armii! Część tych dowództw
trzeba by zlikwidować, inne – połączyć. Na pewno należałoby zredukować
liczebność pracowników, m.in. Sztabu Generalnego czy departamentów MON. Klich
bowiem, wbrew swoim zapowiedziom, doprowadził do zwiększenia liczby urzędników,
a zmniejszył liczbę żołnierzy.

Stutysięczna – formalnie zawodowa – armia wystarczy do obrony Polski? Wielu
ekspertów uważa, że Klich za bardzo ograniczył jej liczebność…

– O wielkości armii decydują potrzeby wojenne i stan budżetu. Określona
potrzebami wojennymi wielkość armii powinna być taka, by w razie zagrożenia móc
powiększyć jej ogólną liczebność co najmniej trzykrotnie. Nie wiem, czy obecna
liczba żołnierzy jest w stanie spełnić ten wymóg. Drugim czynnikiem
kształtującym sytuację wojska w każdym kraju jest budżet. Myślę, że obecny rząd
brał pod uwagę przede wszystkim sytuację finansów.

Rząd twierdzi, że budowa Narodowych Sił Rezerwowych jest wystarczającym
uzupełnieniem małej i źle uzbrojonej armii na wypadek wojny. Co Pan na to?

– To nieprawda. NSR to będzie mięso armatnie, a nie zawodowi żołnierze. To jest,
moim zdaniem, wielkie nieporozumienie. Osoby, które miałyby służyć w NSR, nie są
temu jednak winne. Ci ludzie po prostu nie są wyszkoleni i przygotowywani do
udziału w akcjach bojowych.

Chce Pan powiedzieć, że NSR są w ogóle niepotrzebne? Wiele rozwiniętych
krajów utrzymuje siły rezerwowe na wypadek konfliktu…

– Tak, ale obowiązują tam inne kryteria doboru, rekrutacji i szkolenia członków
tych sił rezerwowych. Na Zachodzie trafiają do nich głównie byli żołnierze
zawodowi, którzy otrzymują gratyfikację za to, że są utrzymywani w rezerwie.

Czego możemy się spodziewać po nowym ministrze obrony, który z wojskiem ma
tyle wspólnego, że był kiedyś szefem działu prasowego w MON?

– Wszystko zależy od tego, na kim oprze swoją wiedzę. Jeżeli na tych, którzy
otaczali Klicha, to nie wróżę mu sukcesu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj