Kłamstwa „Gazety Wyborczej”

Rozmowa z dr. inż. Feliksem Bronisławem Pieczką, przewodniczącym
Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego

Media wciąż wywołują temat Stoczni Gdańskiej, natrętnie pytając, co się
stało z pieniędzmi zbieranymi na jej ratowanie. Przoduje w tym "Gazeta
Wyborcza", która z uporem miesza fakty i atakuje ojca Tadeusza Rydzyka,
obelżywie insynuując, że przywłaszczył sobie te pieniądze… Jak było naprawdę?
– Ostatnim przykładem medialnej napaści na o. Tadeusza Rydzyka, katolickiego
kapłana, dyrektora Radia Maryja, jest artykuł M. Sandeckiego
i S. Sowuli opublikowany w "Gazecie Wyborczej" z 17-18 lutego 2006
roku.
Na początku artykułu wypowiada się Jerzy Borowczak, przedstawiony jako "jeden
z organizatorów strajku w sierpniu 1980 r.", który podaje nieprawdziwe
informacje. Po pierwsze, komitetu nie powołał o. Rydzyk. Powołany został
przez osoby uczestniczące w audycji na temat sytuacji w Stoczni Gdańskiej
– kolebce "Solidarności", a inicjatorami jego powstania byli słuchacze
Radia Maryja, autentycznie zatroskani o losy tej kolebki.
Po drugie, nasz komitet nie powstał "w tym samym czasie", bo Stowarzyszenie "Solidarni
ze Stocznią Gdańską" funkcjonowało już w 1996 roku. Pominę niezgodne
z faktami rzekome zabranie J. Borowczakowi mikrofonu przez Ojca Dyrektora.
Nieprawdą jest także to, iż o. Tadeusz Rydzyk "zaczął mówić, żeby na
'Solidarność’ nie wpłacać, bo nie wiadomo, co się z tymi pieniędzmi stanie".
Byłem przy tym, widziałem, słyszałem, pamiętam! Owszem, nieliczni słuchacze
tej audycji wyrażali się nieufnie o "Solidarności", jednocześnie
deklarując pełne zaufanie do ojca Tadeusza Rydzyka!

Jakie były początki Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej?
– Od wielu miesięcy na antenie Radia Maryja występowali członkowie Polskiego
Stowarzyszenia Morskiego im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, fachowcy z różnych
dziedzin, w tym także przemysłu okrętowego czy – szerzej biorąc – gospodarki
morskiej. Właśnie ci ostatni uczestniczyli w audycji poświęconej sytuacji
gdańskich stoczniowców i samej Stoczni Gdańskiej.

A jak doszło do tej audycji?
– Kilka dni wcześniej nasz kolega Jan Hyży z Gdyni w rozmowie z Ojcem Dyrektorem
na pytanie: "Co słychać u was ciekawego?", odpowiedział, że nie
dzieje się dobrze, ponieważ zwalniają gdańskich stoczniowców! W reakcji
o. Rydzyk – ogromnie przejęty okrutnym losem gdańskich stoczniowców z kolebki "Solidarności" –
zaprosił nas do Torunia, abyśmy na antenie Radia Maryja opowiedzieli o
dramacie stoczni naszym rodakom w kraju i za granicą. Na audycję pojechali:
kpt. żw mgr Bolesław Hutyra, mgr inż. Jan Hyży, dr inż. Feliks Bronisław
Pieczka, mgr inż. Edward Roeding i kpt. żw inż. Zbigniew Sulatycki. Była
to druga dekada marca 1997 r. Los zwalnianych stoczniowców i Stoczni Gdańskiej
ogromnie poruszył słuchaczy Radia Maryja. Do tego stopnia, że przez kolejne
trzy dni tematem Rozmów niedokończonych była kolebka "Solidarności".
Słuchacze zabierający głos na antenie rzucili hasło: "Ratujmy Stocznię
Gdańską!". A nas zobowiązali, aby słowa zamienić w czyn, aby zacząć
konkretnie działać. Jeden z zabierających głos mówił: "Zróbcie coś,
powołajcie jakiś komitet. Poprzemy was, ufamy wam!". I tak w Radiu
spontanicznie zawiązał się społeczny komitet. Powołali go słuchacze Radia
Maryja, a nie ojciec Tadeusz Rydzyk, jak to sugeruje za J. Borowczakiem "Gazeta
Wyborcza"!

Co było później?
– Nastąpiło gorączkowe zastanawianie się, jakie osoby mogłyby wesprzeć nasz
ad hoc powstały komitet. Uznaliśmy, że oprócz niekwestionowanych autorytetów
naukowych w komitecie powinny się znaleźć równie niekwestionowane autorytety
moralne. I dzięki Bogu i Matce Najświętszej w skład naszego komitetu zechciały
wejść następujące osoby: ks. bp Edward Frankowski, prof. dr h.c. Jerzy
Doerffer – były rektor Politechniki Gdańskiej, profesorowie KUL: ks. prof.
Albert Krąpiec, prof. Piotr Jaroszyński i senator prof. Adam Biela, a także
senator Jadwiga Stokarska, o. Józef Krok – duszpasterz ludzi morza, i dyrektor
Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk, jak również prof. Jacek Trznadel, m.in.
profesor Sorbony. Wreszcie w składzie komitetu znaleźli się wszyscy wcześniej
wymienieni uczestnicy audycji radiowej. Na przewodniczącego został wybrany
przez aklamację kpt. żw Bolesław Hutyra.

Czyli pieniądze miały być zbierane na stocznię, a nie na pomoc dla stoczniowców,
jak twierdzi "Gazeta Wyborcza"…
– Tak. Pieniądze miały być przeznaczone wyłącznie na ratowanie stoczni. Na
ewentualną pomoc stoczniowcom odpowiednimi funduszami dysponowały związki
zawodowe działające w stoczni. Zastanawialiśmy się, gdzie gromadzić pieniądze
potencjalnych darczyńców. Uznaliśmy zgodnie, iż pieniądze muszą wpływać na
odrębne konto, a w żadnym razie na konto założone przez komitet czy też kogokolwiek
z członków komitetu. Wiedzieliśmy, jak wszyscy Polacy, kto wtedy rządził
krajem. Byliśmy świadomi, jak długo trwać może założenie odrębnego konta
bankowego. Pod presją czasu i zaistniałej sytuacji zgodę na użyczenie konta
wyraził Ojciec Dyrektor. Pod jednym, jakże ważnym warunkiem: musi to być
oddzielne subkonto, na które wpłacane będą dary pieniężne, a jedynymi właścicielami
i dysponentami tych pieniędzy będą wyłącznie darczyńcy. I tak się stało!

Dlaczego nie można było zbierać pieniędzy na stocznię razem z "Solidarnością"?
– Dlatego że takie było życzenie radiowych darczyńców. A tak na marginesie:
niektórzy członkowie stowarzyszenia zaczęli postrzegać nasz komitet jako
konkurencję. To czysty absurd! Przecież nasz cel był wspólny: ratować kolebkę "Solidarności"!

Komitet rozpoczął więc zbiórkę pieniędzy na stocznię…
– Dokładniej mówiąc, komitet apelował o wsparcie finansowe tych działań na
rzecz ratowania stoczni, które zainspirowane zostały wypowiedziami słuchaczy
Radia Maryja podczas Rozmów niedokończonych. Trzeba było podjąć pracę organizacyjną,
znaleźć kompetentnych prawników itp., aby tak cenna inicjatywa znacznej
części Narodu Polskiego nie została zaprzepaszczona. Wymagało to poświęcenia
dużej ilości czasu, wyjazdów do Warszawy do różnych instytucji państwowych,
ministerstw, do parlamentarzystów itp. Spadło to na barki głównie członków
komitetu i osób wspierających, które były emerytami. Żaden z tych wyjazdów
ani jakiekolwiek inne koszty nie były pokrywane z pieniędzy zgromadzonych
na wspomnianym subkoncie. Koszty te pokrywali sami członkowie komitetu.
Wracając do spraw finansowych – komitet przeprowadził cały szereg rozmów
ze Stowarzyszeniem "Solidarni ze Stocznią Gdańską", które w tym
czasie zaczęło rozprowadzać tzw. cegiełki.

Jaki był wynik tych rozmów?
– Obiecujący. Doszło do podpisania porozumienia o wzajemnym wspieraniu się
i – jak to Marian Krzaklewski wówczas powiedział na antenie Radia Maryja
– "trzy strumienie pieniędzy zaczęły lać się w jedną rzekę pieniędzy".

Dlaczego trzy strumienie?
– Jeden to cegiełki, drugi – pieniądze ze Stowarzyszenia "Solidarni
ze Stocznią Gdańską", i trzeci – pieniądze z naszego komitetu. Obecnie
to obrazowe powiedzenie Krzaklewskiego jest przez wielu wyolbrzymiane i niesłusznie
wykorzystywane przeciwko Radiu Maryja. Wiadomo – "rzeka pieniędzy",
więc musi ich być bardzo dużo… Przy czym trzeba podkreślić, że stowarzyszenie
Krzaklewskiego od początku promowało sprzedaż Stoczni Gdańskiej. Natomiast
my cały czas dążyliśmy do zawarcia ugody z wierzycielami. Dzięki wielkim
wysiłkom z naszej strony zgoda na taką ugodę była już pewna. Najważniejsi
wierzyciele wyrazili bowiem chęć układu ze Stocznią Gdańską. Kiedy było już
wiadomo, że także ZUS – ostatni duży wierzyciel stoczni – wyraził zgodę na
ugodę, sędzia komisarz podjął błyskawiczną decyzję o sprzedaży Stoczni Gdańskiej.
Przewodniczący "Solidarności" Stoczni Gdańskiej apelował do niego,
aby wstrzymał się jeden dzień z tą decyzją, lecz bezskutecznie. Sędzia komisarz
wydał postanowienie o sprzedaży Stoczni Gdańskiej, bo, jak stwierdził, nie
ma absolutnie żadnych szans na ugodę z wierzycielami. Podkreślam jeszcze
raz: taka szansa była, i to bardzo konkretna.

Czy udało się zrobić coś wspólnie komitetowi ze stowarzyszeniem Krzaklewskiego?
– W celu ratowania Stoczni Gdańskiej nasz komitet złożył ofertę zakupu praw
do akcji Stoczni Gdańskiej należących do Skarbu Państwa w celu wszczęcia
postępowania układowego z wierzycielami. Mówiło się wtedy, że Stocznia
Gdańska jest bankrutem, który ma jeszcze długi. Komitet stwierdził wyraźnie,
że wszystkie zakupione akcje Skarbu Państwa zostaną rozdzielone pomiędzy
te osoby, które zdeponowały fundusze na subkoncie naszego komitetu oraz
Stowarzyszenia "Solidarni ze Stocznią Gdańską". Podkreślaliśmy
więc wyraźnie, że wspólnie działamy. Na to była zgoda warunkowa ministra
Skarbu Państwa Emila Wąsacza (pismo z 3 czerwca 1998 roku). Wyraźnie stwierdzaliśmy
także, że te pieniądze zostaną przeznaczone głównie na inwestycje. Nasz
komitet miał bowiem wstępne zapewnienia otrzymania korzystnych kredytów
na budowę statków oraz na rozbudowę i modernizację Stoczni Gdańskiej. Istniała
realna szansa, żeby te pieniądze zgromadzić i rozpocząć odnowę Stoczni
Gdańskiej.

Jakie były Państwa argumenty przemawiające za zawarciem ugody z wierzycielami?
– Mówił o tym mgr inż. Edward Roeding w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" z
14 września 1998 roku. Najważniejsze argumenty to: zaspokojenie znacznie
większej liczby wierzycieli niż w przypadku sprzedaży; utrzymanie przez załogę
(wtedy było dokładnie 7605 osób) około 40 proc. akcji Stoczni Gdańskiej;
przywrócenie im ich wartości, ponieważ nie miały one wtedy jeszcze wartości
handlowej; poparcie naszej wersji prywatyzacji (bo była to pewna forma prywatyzacji)
przez blisko 200 parlamentarzystów, głównie z AWS. Celem tego układu z wierzycielami
było niedopuszczenie do nabycia stoczni przez ludzi, którzy chcieli załatwić
swoje partykularne interesy. Mieliśmy bowiem świadomość, że największą wartością
w stoczni są grunty położone w sercu Gdańska, których wartość handlowa wynosiła
około miliarda złotych. Niestety, jak wiemy, stocznia została sprzedana praktycznie
za darmo.

Czy mieli Państwo już wtedy informację, że Stocznia Gdynia otrzyma Państwa
stocznię?
– Tak. Podczas spotkania z Komisją Krajową NSZZ "Solidarność" na
temat Stoczni Gdańskiej otrzymaliśmy od stoczniowców gdańskiej "Solidarności" dokument
z marca 1997 roku pt. "Wykorzystanie części majątku (nieruchomości wyposażenia)
spółki Stocznia Gdańska S.A. w upadłości dla potrzeb Stocznia Gdynia S.A.".
Wiedzieliśmy więc, że Stocznia Gdynia była już gotowa do przejęcia Stoczni
Gdańskiej. To można nazwać "wrogim przejęciem". Powołując się na
informację prasową, powiedziałem w jednej z audycji Radia Maryja, że bankrut
kupuje bankruta…

Czyli już wcześniej zapadła decyzja o sprzedaży Stoczni Gdańskiej?
– Tak. Było już wiadomo, że stocznię dostaje Janusz Szlanta.

W jaki sposób chcieli Państwo ją przed tym obronić?
– Doprowadziliśmy m.in. do spotkania ekspertów i posłów w Ministerstwie Skarbu
Państwa. Jego celem miała być dyskusja, w jaki sposób pomóc stoczni, żeby
została zawarta ugoda z wierzycielami. Jakież było nasze zdumienie, kiedy
na liście obecności przeczytaliśmy nagłówek: "Lista uczestników spotkania
w Ministerstwie Skarbu Państwa dotyczącego sprzedaży Stoczni Gdańskiej"…
Jest to bardzo żałosne.

Komu w takim razie najbardziej zależało na sprzedaży stoczni?
– Od początku naszej współpracy za sprzedażą optowało Stowarzyszenie "Solidarni
ze Stocznią Gdańską". My cały czas byliśmy za ugodą stoczni z wierzycielami.

Niestety, w tamtym czasie część działaczy "Solidarności" uczestniczyła
w sprzedaży zakładów polskich…
– Taka jest prawda.

Dlaczego więc teraz mają czelność kłamać, że to Ojciec Dyrektor zdefraudował
pieniądze przeznaczone na ratowanie stoczni?
– Prokuratura dwukrotnie umarzała postępowanie w sprawie pieniędzy przekazanych
na ratowanie Stoczni Gdańskiej. Raz było to za rządów AWS, drugi – za rządów
Millera, a trudno przecież go posądzać o jakąkolwiek życzliwość w stosunku
do Ojca Dyrektora i Radia Maryja. Gdyby tylko była jakaś podstawa, żeby wszcząć
postępowanie jeszcze raz, to by zostało ono na pewno przeprowadzone. Takie
zażalenie o popełnieniu przestępstwa złożył do prokuratury cytowany przez "Gazetę
Wyborczą" Bronisław Jachym. Otrzymał odpowiedź, że sprawa została rozpatrzona
i nie ma absolutnie żadnych podstaw prawnych, żeby wszcząć proces. Sprawa
została umorzona.
Od momentu przejęcia Stoczni Gdańskiej przez Stocznię Gdynia powstał problem,
co zrobić z pieniędzmi zgromadzonymi na ratowanie stoczni. Na antenie Radia
Maryja ogłaszano komunikat informujący darczyńców o zaistniałej całkowicie
nowej sytuacji. Informowano, że darczyńcy sami powinni zdecydować o swoich
pieniądzach. Każdy z darczyńców, który ma dokument potwierdzający wpłatę,
mógł otrzymać zwrot zdeponowanych pieniędzy. Wielu ludzi taki zwrot otrzymało.
Kolejna część osób zadeklarowała przeznaczenie swoich pieniężnych darów na
inne, równie chwalebne cele, upoważniając do tego Ojca Dyrektora. Ktokolwiek
śmie posądzać toruńskiego kapłana, tak dziś poniewieranego, o jakieś szalbierstwa,
jest po prostu człowiekiem niegodziwym.
Jest też grupa osób mających nadzieję, że sprawa Stoczni Gdańskiej nie jest
ostatecznie zamknięta. W tym względzie pewnym jasnym promykiem nadziei może
być złożony w grudniu 2005 r. przez członków komitetu wniosek do ministra
sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o rewizję nadzwyczajną w sprawie nieprawidłowości
związanych ze sprzedażą Stoczni Gdańskiej.

Czyli prawda jest inna od tej, którą "Gazeta Wyborcza" stara się
przeforsować…
– Oczywiście. W artykule "Gazety Wyborczej" pomylone zostały fakty
i podana nieprawda. Sam M. Sandecki, współautor, przyznał, że artykuł pisany
był pośpiesznie. Wygląda na to, że nie chodziło tu o podanie prawdziwych
faktów, lecz o atak na Radio Maryja i Ojca Dyrektora.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Jak było naprawdę – rozmowa z kapitanem Żeglugi Wielkiej inż. Zbigniewem Sulatyckim, członkiem Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego

Fragment Aktualności dnia z 18.02.2006

drukuj