Życie na krzyżuW trzecią rocznicę śmiercis. Wandy Boniszewskiej

Stygmatyzacja jako nadzwyczajne zjawisko religijne zwykle
budzi żywe zainteresowanie. Przykładem może być bł. Katarzyna Emmerich,
Teresa Neumann czy Marta Robin,
a ostatnio szczególnie postać św. o. Pio. Otóż i nasz kraj miał stygmatyczkę
w osobie s. Wandy Boniszewskiej, która zmarła 2 marca 2003 roku.

Do śmierci była nieznana, ukrywała bowiem nadzwyczajne znaki z uporem i
bardzo starannie. A jednak jej postać zasługuje na zainteresowanie.
Wanda Boniszewska urodziła się 2 czerwca (według starego stylu 20 maja) 1907
roku w folwarku Nowa Kamionka, powiat i województwo nowogródzkie. Jej matka
Helena pochodziła z Wilna. W rodzinie Boniszewskich urodziło się jedenaścioro
dzieci, kilkoro zmarło w dzieciństwie. Wanda była piątym z kolei dzieckiem.
Pierwszą Komunię Świętą przyjęła Wanda 31 maja 1918 roku w kościele parafialnym
św. Michała w Nowogródku. Wandę pociągało życie religijne. Chętnie brała
udział w procesjach w kościele parafialnym. Od dziecięcych lat chciała być
zakonnicą.
6 stycznia 1925 roku została przyjęta na próbę do Zgromadzenia w Wilnie.
Śluby wieczyste złożyła 2 sierpnia 1933 roku w Kalwarii.
Od 1930 roku w kronikach Zgromadzenia coraz częściej pojawiają się zapiski
o tym, że s. Wanda choruje, że przechodzi konsultacje lekarskie, że musi
leżeć, ponieważ gorączkuje, jest słaba i mizernie wygląda. Diagnozy lekarskie
były różne: bronchit, gruźlica, powiększone gruczoły, które uciskają serce.
Oprócz konkretnego leczenia lekarze zalecali dobre odżywianie i pobyt na
świeżym powietrzu. Dlatego od wiosny 1933 roku s. Wanda zamieszkała w Pryciunach
pod Wilnem, gdzie Siostry od Aniołów miały swój dom.
Okres pryciuński w życiu s. Wandy był znaczony licznymi wyjątkowymi łaskami.
Świadkami przeżyć mistycznych s. Wandy byli jej spowiednicy, najpierw ks.
Tadeusz Makarewicz, a później ks. Czesław Barwicki. Kilkakrotnie, będąc w
Pryciunach, ksiądz arcybiskup Romuald Jałbrzykowski odwiedzał siostrę Wandę.
Pod datą 19 lipca 1936 roku w kronice domowej zapisano: "J.E. ksiądz
arcybiskup, metropolita wileński, Romuald Jałbrzykowski, zaszczycił swą obecnością
Pryciuny. (…) Wstąpił do s. Wandy". Jego to s. Wanda prosiła o zwolnienie
od zewnętrznych znaków przeżywania męki Pańskiej. Jednak ksiądz arcybiskup
zalecił, aby przyjęła łaski, jakimi Pan Bóg ją obdarza i poddała się woli
Bożej.
Trudna była dla niej ta wola Boża. Przyjmowała ją jednak z poddaniem, miłością
i świadomie, ofiarując wszystkie cierpienia za kapłanów, zakony, swoje Zgromadzenie,
za Ojca Świętego i Ojczyznę. Stawała się żertwą Bożą, łącząc się w swej ofierze
z Ofiarą Najukochańszego.
9 kwietnia 1950 r., w pierwszy dzień Wielkanocy, aresztowano o. Ząbka, który
od paru lat ukrywał się w domu sióstr w Pryciunach, i s. Rozalię Rodziewicz,
a 11 kwietnia także i s. Wandę, następnie siedemnaście innych sióstr. Siostra
Wanda została umieszczona w gmachu MGB przy ul. Ofiarnej w Wilnie, ale okres
śledztwa spędzała przeważnie w szpitalu więziennym na Łukiszkach. Badania
śledcze zostały ukończone 19 września 1950 r. i wyrokiem specjalnego posiedzenia
sądu przy MGB Związku Sowieckiego została skazana na 10 lat więzienia. Jako
chora, a więc nienadająca się do pracy, została przewieziona do więzienia
w Wierchnie Uralsku. Tam spędziła wiele czasu w więziennym szpitalu.
26 sierpnia 1956 r. została zwolniona z więzienia jako bezpodstawnie skazana,
po czym przewieziona do punktu repatriacyjnego w Bykowie pod Moskwą.
Po powrocie do Polski przebywała kolejno w Chylicach, w Białymstoku, od 2
września 1964 r. w Lutkówce k. Warszawy, a następnie od 13 grudnia 1966 r.
w Częstochowie. 29 kwietnia 1988 r. została przewieziona do Chylic (Konstancin-Jeziorna).
Odeszła do Pana 2 marca 2003 roku.

Życie duchowe
O charakterze życia duchowego s. Wandy może świadczyć następująca wypowiedź
Chrystusa Pana do niej: "Szukałem dla Serca mego ofiary, która by
chciała poświęcić się jak hostia dla wypełnienia moich zamiarów. W twym
sercu chce spocząć moja miłość, którą świat gardzi, znieważa, odrzuca.
Nie żałuj złożyć ofiary z siebie". To zalecenie oddania się Chrystusowi
s. Wanda potraktowała z całą powagą i poświęceniem od najmłodszych lat.
Już w siódmym roku życia uświadomiła sobie swoje błędy, wady i trudności
wrodzonego charakteru, np. to, że była uparta, skora do zapalczywego gniewu,
a nawet zemsty. Światło Boże rozjaśniało jej duszę i wskazywało, jak wyrzec
się wszelkich nieuporządkowanych przywiązań i oddać się Jezusowi. Wydała
sobie wówczas wojnę bez najmniejszej litości: dyscyplina, post, twarde
spanie, ograniczenie snu do kilku godzin i wiele innych umartwień. Wszystko
bez wiedzy rodziców. Skutkiem tego była silna anemia, która zmusiła ją
do pozostawania w łóżku przez całą zimę.
Praktyka umartwienia towarzyszyła s. Wandzie przez całe życie w rozmaitych
formach. Wyrazem tego była praca i uczynność w domu rodzinnym, ale szczególnie
później w Zgromadzeniu. Obok umartwień cielesnych starała się świadczyć rozmaite
usługi bliźnim, siostrom, odpłacać dobrym za złe, czuwać nad językiem, okazywać
posłuszeństwo najpierw rodzicom, a potem siostrom, przełamywać siebie, przyjmując
zajęcia przykre i niekonieczne.
Wyjątkowe miejsce w jej wewnętrznym nastawieniu zajmuje cześć dla Eucharystii.
Wyrazem tego było pragnienie małej Wandzi przyjęcia Komunii św., gdy klękała
przy kratkach w czasie jej udzielania. Niezwykłym, poruszającym przeżyciem
było przystąpienie do Pierwszej Komunii Świętej.
Głębia przeżyć s. Wandy znajduje odzwierciedlenie w jej myślach: "Dziś
od wczesnego rana czuję, jak wielkie pali mnie pragnienie Komunii św. Odbywam
rozmyślanie na temat: Co skłoniło Jezusa do przyjścia na ten świat? W duszy
tęsknota, jakieś ciemności zalegają. Pragnienie wzrasta coraz silniejsze,
aż w ból się zamienia. Czuję głód Ciebie, napój, proszę, Krwią Przenajświętszą.
Czuję już tak ogromny ból, że opisać nie potrafię, chyba można go porównać
do męki duszy czyśćcowej, którą chwila jeszcze dzieli od miłości wiecznej
z Jezusem. Widzę, jak Jezus łączy się z kapłanem przy ofierze Mszy św. Ujrzałam
Dzieciątko Jezus w Tabernakulum, jak zapraszało mnie do siebie. Prędko wówczas
poszłam do kaplicy, gdzie odbyłam spowiedź św. Jezus raczył złączyć się ze
mną w Eucharystii. Teraz było mi dobrze i wesoło" (24 grudnia 1941 r.).
Rysem szczególnym jej duchowości było żarliwe nabożeństwo do Matki Bożej,
która jej się ukazywała i pouczała.
O roli Matki Najświętszej w swoim życiu s. Wanda pisze: "W chwilach
doświadczeń, ciemności w duszy albo trwogi Matka Boża była (…) moją radością,
Świecą, Gwiazdą, Pośredniczką, Adwokatem. Dzięki Matce Bożej otrzymywałam
pomoc w wysławianiu się przy konfesjonale przed kierownikiem, przez którego
otrzymywałam od Niej żywe słowa przypieczętowane w prawdzie, że to jest od
Boga (…)" (28 grudnia 1967 r.).
A oto późniejsze świadectwo stygmatyczki na ten temat: "(…) Od zamieszkania
w Częstochowie (13 grudnia 1966 r.) mój kontakt z Panią Jasnogórską był bardzo
wyraźny. Często po Komunii św. czułam się uszczęśliwioną, bo obok Najukochańszego
Zbawiciela w swej ogromnej miłości stawała i Najświętsza Jego Matka, Współodkupicielka,
otaczająca (…) miłością specjalną swoich synów – kapłanów. Moje rozmyślania
czy audiencje były radosne i cierpiące, bo Niepokalane Serce Matki pragnie
pomagać kapłanom i zakonom, Kościołowi i całemu światu. Matka Boża mocno
bolała nad obojętnością, słabą wiarą i brakiem miłości…" (1980 r.).

Cierpienia
Życie s. Wandy było jednym ciągłym pasmem niezwykle dotkliwych, prawdziwie
dojmujących cierpień i bólów. Dopiero uważnie wczytując się w wydarzenia
jej życia, można ocenić ogromną skalę bolesnych przeżyć. Należały do nich
zarówno cierpienia fizyczne, jak i rozterki duchowe. Niektórych z nich
chyba nie byłaby w stanie znieść, gdyby nie wsparcie z Nieba.
Od dzieciństwa przyjmowała choroby innych osób na siebie. I tak np. gdy ojciec
Wandy z powodu czyraków nie mógł poruszać głową podczas polowych prac i cierpiał,
ona przyjęła je na siebie, tak że ojcu polepszyło się, a dziewczynkę obsypały
czyraki. Innym razem sąsiadka z kilkorgiem dzieci zaniemogła i nie miała
kim się wyręczyć w pracy. Wandzie żal się jej zrobiło i przejęła chorobę
na siebie. Kiedy indziej, gdy ksiądz wikary w Nowogródku nie mógł mówić kazań
z powodu bólu gardła, Wanda wzięła to na siebie, a on żartował, że sam tak
szybko się wyleczył, ona zaś nie może.
Idea przejmowania chorób towarzyszyła s. Wandzie przez całe życie, ale za
kogo i jakie dolegliwości przejęła, tego nie można ustalić, ponieważ zwykle
pozostawało to jej tajemnicą. Od najmłodszych lat ciągle zapadała na najrozmaitsze
choroby. Już w dzieciństwie kilkakrotnie przechodziła zapalenie płuc. Wiele
przeszła wskutek niezrozumienia jej stanów mistycznych i prób leczenia przez
rozmaitych lekarzy, różnie oceniających jej stan zdrowia. Już same te badania
były dla niej nieraz upokarzające i bolesne. Szczególnie wiele chorób zniosła
w więzieniu, co opisuje w swoim pamiętniku.

Prześladowania ze strony szatana
Mówiąc o cierpieniach s. Wandy, nie sposób pominąć ich szczególnego rodzaju,
jakim były napaści szatana, który często zadawał jej rozmaite i liczne,
nieraz bardzo ciężkie udręki, czasem z ogromną siłą. Ukazując się s. Wandzie,
szatan przybierał różne postaci, np. anioła czy osób świętych. Udręczenia
szatańskie przybierały rozmaite formy. I tak np. starał się podważyć jej
ustalone przekonania i skłonić do opacznego postępowania. Naśmiewał się
z jej dotychczasowego pobytu w Zgromadzeniu. Diabelskie podszepty miały
skłonić, by nie przystępowała do spowiedzi lub nie była szczera, mówiąc
o swoich objawieniach, gdyż one nie są grzechem, a więc nie ma potrzeby
wyznawania ich na spowiedzi. Nie powinna również pytać o radę spowiednika
czy też być posłuszna jego zaleceniom. Namawiał, by nie przystępowała do
Komunii Świętej.
Siostra Wanda przeciwstawiała się podszeptom szatana, pozostając przy swoim
zdaniu. Kiedy nazwał ją obłudnicą, odparła: "Choćby i obłudnicą, kochać
Go będę, prawdziwego Jezusa, Najukochańszego Boga". Napaści szatańskie
przybierały nieraz postać bardzo gwałtowną, a jego działanie wyrażało się
w ostrej formie. Stąd przeżycia s. Wandy w tej dziedzinie należy zaliczyć
do tych, które ją bardzo wiele kosztowały. Nieraz szatan posuwał się aż do
jej pobicia. Siostra Wanda krótko opowiada: "Ten wysłannik (tzn. diabeł)
stał się wstrętny. Uderzył mnie w policzek, wyciągnął za włosy przez drzwi,
trzasnął o topolę. Matka [Boża] mnie uratowała".
Znamienny charakter przybierała walka z szatanem, gdy mścił się na niej za
ratowanie jakiegoś kapłana dzięki cierpieniom ofiarowanym za niego.

Stygmaty i ekstazy
Szczególnie jednak charakterystyczny wyraz cierpień i przeżyć s. Wandy to
łaska stygmatów. Zapowiedzią ich było odczuwanie bólu w rękach i nogach,
w miejscach przebicia gwoździami u Pana Jezusa. Doznała tego bólu przy
Pierwszej Komunii św. oraz na procesji w uroczystość św. Michała w kościele
św. Michała w Nowogródku. Bardzo silne bóle owładnęły nią podczas obchodzenia
stacji Męki Pańskiej w Kalwarii, gdy brała udział w pielgrzymce do Wilna
na uroczystość przeniesienia relikwii św. Kazimierza. Przeżycie to tak
ją zaabsorbowało, że zagubiła się i odłączyła od swojej grupy.
Doznania te pojawiały się także, gdy była w nowicjacie. I tak np. kiedy uczestniczyła
we Mszy św. w kościele w Kalwarii, klęcząc przed wielkim krzyżem w głównym
ołtarzu, wyraźnie odczuła życzenie Pana Jezusa, by zadośćuczynić za grzechy
przez takie cierpienia fizyczne, które sprawiały Mu największy ból. Przy
tym zrozumiała, że Pan Jezus chce ją obdarzyć takimi ranami, jakie otrzymał
przy ukrzyżowaniu. Tymczasem bez znaków zewnętrznych odczuwała bóle dookoła
głowy, w prawym i lewym boku, w rękach i nogach. W czwartki cierpiała za
kapłanów, a w piątki i środy za zakony i swoje Zgromadzenie. Większego bólu
doznawała przy rozmyślaniu nad Męką Zbawiciela, w czasie Mszy św. i po Komunii
św. oraz w karnawale. W trakcie ośmiodniowych rekolekcji prosiła Pana Jezusa
o dowód, że to, czego chce od niej, pochodzi od Niego. Niech np. odczuje
ból Serca Bożego. I otrzymała dowód. Miecz boleści przeszył jej klatkę piersiową,
co odczytała jako potwierdzenie, że te doznania pochodzą od Pana Jezusa.
Rozmyślając o Chrystusie Ukrzyżowanym, wczuwając się w Jego Święte Rany,
doznawała silniejszego bólu nie tylko w rękach i nogach, ale i w głowie.
Ból był bardzo dotkliwy, tak że zdawało się jej, iż przekracza on miarę wytrzymałości.
Ofiarowała go za dusze, które najwięcej leżą na Sercu Jezusa. Prosiła Pana
Jezusa, że chętnie będzie cierpieć, byleby te znaki nie ujawniały się na
zewnątrz.
4 marca 1932 r. pierwszy raz przyznała się na spowiedzi ks. Makarewiczowi,
że odczuwa bóle w miejscach, gdzie Pan Jezus miał gwoździe oraz w boku, pomimo
że brak znaków zewnętrznych.
Starannie ukrywała się ze stygmatami do 3 stycznia 1935 r., gdy przy udzielaniu
sakramentu namaszczenia chorych dostrzegł je spowiednik ks. Makarewicz. Była
tym faktem bardzo zmartwiona. Duchowo jednak poczuła się szczęśliwa i uspokojona,
Pan Jezus całkowicie owładnął jej duszą. 5 kwietnia tegoż roku pielęgniarka
s. Wandy, s. Rodziewicz, dostrzegła stygmaty i dopytywała o ich znaczenie,
co dla s. Wandy było kłopotliwe i bolesne. Odtąd s. Rozalia była taktowną,
roztropną i bardzo troskliwą opiekunką dla stygmatyczki, świadcząc jej wszelką
możliwą pomoc (także w praniu zakrwawionej bielizny) i dyskretnie strzegąc
tajemnicy. Natomiast s. Wanda skrzętnie i z wielką starannością ukrywała
wszystkie rany.
Cierpienia i boleści, zwłaszcza te związane z darem stygmatów i łączącymi
się z nimi przeżyciami, miały u s. Wandy wyraźnie określony cel. Został on
jej ukazany przez Pana Jezusa już w najmłodszych latach, a ona go przyjęła.
Było nim poświęcenie się za kapłanów, zakony i własne Zgromadzenie. Stawiając
ten cel przed s. Wandą, Pan Jezus przekazał wiele głębokich i ważkich prawd
o godności, zadaniach kapłanów, o Jego szczególnej miłości wobec nich, o
wadze zadań, które na nich nakłada, o ogromnym bólu, jaki sprawiają ich grzechy
oraz o specjalnej łasce wielkiej gotowości przebaczania im.

Znaki nadzwyczajne
W życiu s. Wandy zachodziło wiele zjawisk o charakterze nadzwyczajnym. Wprawdzie
nie udało się badającym jej życiorys ustalić, kiedy miała miejsce pierwsza
wizja, ale niewątpliwie występowały one od pierwszych lat życia. Jeszcze
w okresie przedszkolnym, gdy rodzice poszli do kościoła, a Wanda pozostała
w domu i płakała, zjawiła się piękna dziewczynka, która się z nią bawiła.
Przychodziła ona zresztą nieraz i kiedyś powiedziała: "Wiesz, Wandziu,
ja jestem aniołkiem i stale czuwam nad tobą, to mój obowiązek".
W dniu Pierwszej Komunii Świętej zamiast postaci księdza ujrzała Pana Jezusa
w otoczeniu wspaniałego orszaku, a On pierwszy raz do niej przemówił wyraźnym
głosem. Podobnie w roku następnym, w czasie Mszy św., którą sprawował ks.
dziekan Bukraba, zobaczyła nie księdza, lecz samego Pana Jezusa i przeżyła
całą Jego mękę. Kiedy zaś z ks. bp. Łozińskim pielgrzymowała do Wilna, podczas
Mszy św. widziała, jakby ręce biskupa płonęły i spływały po nich jakby płomienie
z ognia. A gdy podczas obchodzenia dróg w Kalwarii w ekstazie odłączyła się
od pątników i błądziła, jakiś chłopczyk – według Wandy, jej Anioł Stróż –
zaprowadził ją do grupy.
Odnotować tu też trzeba widzenia aniołów, świętych oraz ks. abp. Wincentego
Kluczyńskiego (założyciela Zgromadzenia) i matki założycielki Bronisławy
Stankowicz, dusz zmarłych czy też ukazanie się szeregu biednych kobiet, które
prosiły ją o pomoc w cierpieniach czyśćcowych. Siostra wiele razy stwierdzała,
kto już opuścił czyściec i jest szczęśliwy u Pana. Umiała także czytać w
sercach ludzkich. Siostra Rodziewicz wyraźnie mówiła, że s. Wanda zna i czyta
jej sumienie, zupełnie dokładnie. Kilka razy na prośbę s. Rozalii wyjawiła
jej wnętrze. Ta sama siostra opowiadała, że gdy była u ks. abp. Jałbrzykowskiego,
otrzymała rozmaite pytania o s. Wandę. Arcypasterz zapowiedział, że osobiście
odwiedzi Pryciuny. Prosił jednak, by tego nie wyjawiać s. Wandzie. Gdy s.
Rozalia wróciła do domu, s. Wanda z detalami przytoczyła przebieg rozmowy
z arcybiskupem.
Znamienne było w życiu s. Wandy, także najprawdopodobniej w więzieniu, obywanie
się bez pokarmu. Starannie się z tym ukrywała, a gdy właśnie dla ukrycia
tego coś spożyła, później wymiotowała z krwią. Pokarmy przyjmowała dopiero
w ostatnich latach życia.

Przygotowanie do posłannictwa
Swoje wybranie Pan Jezus przekazywał wielokrotnie i w sposób bardzo wyraźny.
Już matce s. Wandy, gdy ją pod sercem nosiła, ukazała się we śnie Matka
Boża i zapowiedziała, że z tego dziecka będzie miała dużą pociechę. W dzieciństwie
Wanda też odczuwała zachęty, by ofiarować się Panu Jezusowi, i wyrażała
gotowość pozytywnej odpowiedzi na Jego wezwanie. Dość wcześnie pojawiała
się u niej myśl o wstąpieniu do klasztoru.
Po otrzymaniu sakramentu bierzmowania uczuła w duszy dalsze ciche nawoływania
do ofiary, do większej miłości bliźnich, wyzbycia się własnych zachcianek. "Oddaj
mi się całkowicie". "Całkowicie" rozumiała wtedy jako wezwanie
do posłuszeństwa rodzicom. I nie myliła się, bo w duszy czuła radość i zadowolenie,
nawet wówczas, gdy rodzice jej nie rozumieli. Ale czasem przychodziły i trudne
chwile. Może to od diabła? Wołała o ratunek do Pana Jezusa. Nawet w Komunii
św. nie czuła tego ognia miłości co zwykle, tylko jakąś ciszę i chłód, a
także powtarzające się słowa: "Twoje życie będzie na krzyżu, czuwaj,
byś z niego nie schodziła, bo nieprzyjaciel zastawia wojsko".
W czasie rekolekcji w Zgromadzeniu, po odbyciu spowiedzi przed ks. Makarewiczem,
słowa o ciężkich cierpieniach nie schodziły z jej duszy i myśli. Gdy przed
obrazem Serca Bożego uczyniła wybór, że pragnie być w tym Zgromadzeniu, w
sercu rozpętała się burza. Znowu odczuła, że w tym życiu wiele trzeba będzie
cierpieć. Przecież Jezus mówił o tym wyraźnie: "Mam zamiar uczynić z
ciebie ofiarę". A w duszy jakieś szamotania, sprzeciwy, wyrywanie się
słów, że w tym Zgromadzeniu nie będzie mogła zadośćuczynić pragnieniom Jezusowym,
że tu nie potrafi się uświęcić, że musi iść gdzie indziej. Ale gdy spojrzała
na obraz Serca Bożego, usłyszała cichy, łagodny głos: "Chcę, abyś dla
Mnie uczyniła tę ofiarę i tu została. Dam ci łaskę wytrwania. Idź, dokąd
wskazuję".

Przyjęcie cierpień za kapłanów
Ksiądz Barwicki, spowiednik s. Wandy, polecił jej opisać, jak odbierała zalecenia
Pana Jezusa o przyjęciu cierpień za kapłanów oraz jak je przeżywała. Mistyczka
przedstawiła to na piśmie w dniu 22 kwietnia 1941 r.: "Cierpienia
przychodzą na mnie za niewierności powołanych do szczególniejszej służby
Bożej, na przykład kapłanów, zakonników i zakonnic, i dawanie przez nich
zgorszenia innym. Przed kilku laty widziałam Chrystusa cierpiącego częściej
w takim porządku, jak mówią Ewangeliści o Jego męce i jednocześnie żywo
odczuwałam każdy szczegół na swoim ciele. W ostatnich latach jest inaczej.
Tłuszcza, która rzucała się na Niego, rzuca się na mnie, a On wówczas umieszcza
mnie w Ranie Swego Serca i w okropnych bólach wzmacnia mnie.
Rozumiem Jego ból odnawiany przez wybranych, a ode mnie żąda i pragnie zadośćuczynienia.
Co się ze mną dzieje w czasie bolesnego przeżycia, na przykład, że otwierają
się stygmaty rąk, że od biczowania zostają ślady na ciele, doskonale rozumiem,
tylko nie wiem, jak się [wtedy] zachowuję i co mówię na zewnątrz.
Rany się otwierają, gdy ostrze zagłębia się do serca, nóg czy rąk, a całe
ciało boli od rzucania, kopania, a czasem i bicia sznurkami drucianymi albo
kolczastymi rózgami.
Moje cierpienia za kapłanów i zakony datują się od roku 1934 w Wielki Czwartek,
ale nie były stałe. Dopiero w roku 1935 Najukochańszy zapragnął (…) stałego
cierpienia za kapłanów. Cierpienia moje były bolesne, więcej duchowe. Prześladowanie
ze strony najbliższych, (…) oszczerstwa potwierdzone dowodami nieprawdziwymi,
noce nieraz na walce z 'czarnym’. W kolejnym etapie całą mękę Chrystusową
odczułam na własnym ciele. Modlitwę Pana Jezusa w Getsemani połączoną z męką
duchową i konaniem specjalnie musiałam przeżyć i ofiarować za kapłanów. Krępowanie
Najukochańszego i odzieranie z szat – za zakony.
Najukochańszy pragnie zadośćuczynienia za kapłanów 'letnich’ i za 'zimnych’,
za zakony więcej umartwienia. Z polecenia Ducha Świętego rozumiem, że mam
wynagradzać za kapłanów i zakony w Polsce, a najczęściej z naszej diecezji,
ale niekiedy i z innych państw, jak: Włochy, Grecja, Jugosławia.
Osoby, które potrzebują wsparcia, Najukochańszy sam stawia przed oczy mojej
duszy, dając zrozumieć stan ich dusz i co Mu się najbardziej nie podoba,
jakiej pragnie ofiary i jakich cierpień, czyli zadośćuczynienia Swemu Majestatowi
za wyrządzone zniewagi. Najukochańszy Zbawiciel martwi się najwięcej tlejącą,
czyli gasnącą wiarą w Jego obecność w Najświętszym Sakramencie, przy sprawowaniu
Mszy św., dawaniem zgorszenia młodszym, niedocenianiem łaski kapłaństwa i
brudzeniem [kapłaństwa], grzechem nieczystym, i wiele innych. Oprócz cierpień
muszę czynić to, czego On chce ode mnie. (…)". 3 października 1941
r.: "Rozpoczęłam nowennę Pierwszych Piątków". Co dotyczy wszystkich
zamieszczonych w Dzienniku wypowiedzi Pana Jezusa zanotowanych przez s. Wandę,
znamienne jest stwierdzenie o. prof. dr. hab. Jacka Salija OP:
"
Zdania, jakie Stygmatyczka zapisała jako orędzie odebrane od samego Pana
Jezusa, są głęboko zgodne z prawdą wiary katolickiej, a zarazem nie powielają
utartych stereotypów, mają w sobie jakąś niepowtarzalną i duchowo przekonującą
specyfikę".

ks. prof. Jan Pryszmont

drukuj