Kiedyś znów będę przy Tobie i dzieciach

Z Haliną Młyńczak, sybiraczką ze Stowarzyszenia Rodzina Katyńska w
Gdyni, córką Gustawa Szpilewskiego, nauczyciela, porucznika rezerwy,
zamordowanego w Katyniu, rozmawia Adam Kruczek

70. rocznica zbrodni katyńskiej – sowieckiego ludobójstwa na polskich
oficerach – musi być dla Pani szczególnie smutnym jubileuszem. W 1940 r.
straciła Pani ojca i siostrę bliźniaczkę, a sama wraz z mamą i bratem została
wywieziona na Sybir. Jak udawało się Pani przez lata żyć z tymi
doświadczeniami?

– Po powrocie z sześcioletniego zesłania nasza
rodzina zamieszkała w Rzeszowie. Gdy po kilku latach rozpoczęłam studia na
Politechnice Gdańskiej, mama oprócz żywności przysyłała mi także listy. W jednym
napisała zdanie, które pamiętam do dziś i które do dziś jest dla mnie ważne:
„Miej Boga w sercu, ucz się, wyjdź na ludzi, tak aby tatuś był z Ciebie dumny”.
Z całą pewnością dzięki opiece Bożej i naszym dzielnym mamom-sybiraczkom
przeżyliśmy i Sybir, i komunizm, a i dziś nie poddajemy się zwątpieniu.

Kiedy Pani widziała swojego ojca po raz ostatni?
– Na
mobilizację przed kampanią wrześniową mój ojciec Gustaw Szpilewski, nauczyciel i
dyrektor szkoły w Żuchowiczach Wielkich w powiecie stołpeckim, porucznik
rezerwy, miał się stawić do macierzystego 78. Pułku Piechoty w Baranowiczach.
Pamiętam, jak żegnaliśmy tatusia. Przed szkołę zajechała bryczka. Po jednej
stronie siedział mój tatuś, a po drugiej mój ojciec chrzestny, obaj nauczyciele.
Ich losy potoczyły się w ten sposób, że chrzestny dostał się do niewoli
niemieckiej i cudem przeżył, mój tatuś zaś do niewoli sowieckiej i jako jeniec
Kozielska został zamordowany w Katyniu.

Czas wojny to dla rodzin żołnierzy okres niepewności, oczekiwania,
tęsknoty. Jak Pani rodzina dowiedziała się, że ojciec dostał się do sowieckiej
niewoli?
– Wiadomość o niewoli ojca uzyskaliśmy szybko, gdyż
potajemnie dotarł do nas zwolniony przez Sowietów żołnierz z jego plutonu i
wszystko opowiedział. To jeszcze spotęgowało nasz niepokój. Czekaliśmy na
potwierdzenie, że tatuś żyje, że jest cały i zdrowy. Pierwszy list z niewoli
przyszedł w listopadzie 1939 roku. W sumie przed naszą wywózką nadeszło z
Kozielska do Żuchowicz pięć listów. Sygnowane były: Kozielsk i jaszczik 12
(skrzynka pocztowa).

Czy Pani rodzinie udało się zachować tę korespondencję?

Tak, traktujemy ją z niezwykłą pieczołowitością. Na Syberii mama miała te listy
cały czas przy sobie, a teraz ja je chronię – jak relikwie rodzinne i narodowe.
Dwa przekazałam do zbiorów Muzeum Katyńskiego. Z listów trudno dowiedzieć się o
kondycji fizycznej ojca. Jeden z nich napisał kulfoniastymi literami,
niepodobnymi do jego kaligraficznego pisma, więc może był chory albo leczył
jakąś ranę…

O czym Pani ojciec pisał w tych listach, co z Państwa życia
rodzinnego stanowiło jego największą troskę?
– Z listów wynika, że
musiały go dręczyć ogromne cierpienia moralne i niepokoje związane z naszym
losem. Przebija wielka tęsknota i troska o nasze wychowanie, chęć pomocy mamie.
W liście z 10 lutego pisał m.in.: „Często widzę obraz, jak Haluśka i Waldeczek
[to chodzi o mnie i mojego brata], idąc spać, składają rączki i mówią 'Daj
zdrowia dla Tatusia’. Proszę was, dziatki, abyście mamusi słuchały, a Waldeczek,
żeby był dobrym uczniem i pilnym, swych nauczycieli słuchał, dobrze się uczył,
mamusi pomagał i siostrzyczkom krzywdy nie robił. (…) Żałuję, że nie jestem
południowym ptakiem, z którymi bym… wiosną powrócił do Was”.
Gdy tatuś
pisał ten list, moja siostra Renia jeszcze żyła. Już się nie dowiedział, że
umarła 27 marca 1940 roku. W listach starał się, jak mógł, umacniać, wspierać
psychicznie naszą mamę. „Sądzę, znając Ciebie, że sobie poradzisz i chleba Ty i
Dzieci będą miały. Nie upadaj na duchu – bądź silną. W takim położeniu, bez
mężów i ojców, jest na świecie dużo ludzi. Bądź przekonana, że kiedyś znowu będę
przy Tobie i dzieciach, jak dziś jestem myślami z wami i całą rodziną” – pisał 4
marca. Musiał mieć świadomość – a dzięki pamiętnikom jenieckim znalezionym
podczas ekshumacji w Katyniu wiemy to już na pewno – grożącej nam deportacji na
Sybir. Musiał o tym wiedzieć, gdy w ostatnim swoim liście tak pisał do mamusi:
„Noś moje buty z cholewami. Cholewy można z tyłu rozpruć. Noga twoja wejdzie.
Podbij podeszwy i jeżeli trzeba jechać, to jedź w nich…”.

Czy udało się Pani ustalić, jak wyglądały ostatnie chwile życia
ojca?
– Zamordowali go prawdopodobnie 30 kwietnia 1940 roku. Tata
znalazł się na tej samej liście wywozowej z Kozielska co Stanisław Swianiewicz.
Dzięki jego zapiskom wiem, jak wyglądał poranek 29 kwietnia w Gniezdowie
odległym od Katynia o 7 kilometrów. Budziła się do życia przyroda, ćwierkały
pierwsze wiosenne ptaki. Można sobie wyobrazić, jak przerażająco w tej scenerii
brzmiał warkot zagłuszających zbrodnię samochodów, wrzaski enkawudzistów,
strzały, rozpacz i jęki jeńców… Ale szczegółów dotyczących konkretnie losu
mojego taty i dokładnej daty oraz okoliczności jego śmierci nie znam.

Mniej więcej w tym czasie Pani wraz z mamą Marią z Terleckich
Szpilewską i starszym bratem Waldemarem zostaliście przez Sowietów wyrwani z
rodzinnego domu i wywiezieni na Sybir.

– Tak, 13 kwietnia
enkawudziści załadowali nas w Stołpcach do eszelonu złożonego z 50 wagonów i
wywieźli do Kazachstanu. Wiem z opowiadań mamy, że po drodze nasz pociąg
zatrzymał się na stacji Smoleńsk. Możliwe, że na sąsiednim torze właśnie stał
zwrócony w przeciwnym kierunku, w stronę dołów śmierci, wagon z kolejnym
transportem jeńców z Kozielska. Ale wtedy nikt nie wiedział, że 17 kilometrów od
Smoleńska w Lesie Katyńskim mordowani są polscy oficerowie. Podczas tego postoju
mama spytała spotkanego Sowieta, czy gdzieś tu nie znajduje się Kozielsk, bo tam
jest jej mąż. – Tam ich uże niet – usłyszała w odpowiedzi. Dziś już wiem, że to
nie była prawda. Wtedy ojciec jeszcze żył i przebywał w Kozielsku.

Kiedy rodzina uświadomiła sobie, że Pani ojciec został przez Sowietów
zamordowany wraz z innymi polskimi oficerami?
– Na zesłaniu
ustawicznie oczekiwaliśmy wieści o ojcu. Zadręczaliśmy się myślami, gdzie jest,
czy głoduje, czy do nas wróci. Mama nawet napisała list do Moskwy z pytaniem o
ojca. Oczywiście nie było odpowiedzi. Byliśmy odcięci od świata i prawdziwych
informacji, a to podtrzymywało nadzieję, że jeszcze go zobaczymy. Pamiętam, jak
pijany sowiecki brygadzista kiedyś zwrócił się do mamy ze słowami: „Ty muża
żdziosz? Ich pastrielali pamieszcziki kapitalisty” (Czekasz na męża? Ich
zastrzelili kapitaliści bogacze). Gdy zaczęłam strasznie płakać, mama uspokajała
mnie: „Co ty go słuchasz, co on wie”. Kiedyś, a było to już po podpisaniu układu
Sikorski – Majski, zawitał do nas zwolniony z więzienia polski Żyd, którego
rodzina była wysiedlona razem z nami. Tak jak inni pytałam go, kiedy wróci mój
tata. Widać żal mu się mnie zrobiło, bo powiedział, że za trzy dni. Przez
tydzień udawałam chorą, żeby nie przegapić momentu przyjazdu tatusia. Czatowałam
za wsią przy drodze stepowej, zastanawiając się, czy mnie pozna.

Pani mama w miarę upływu czasu musiała zdawać sobie sprawę, że szanse
na zobaczenie męża żywego stale maleją?

– Po odkryciu grobów
zamordowanych polskich oficerów w Katyniu, o co Sowieci natychmiast oskarżyli
Niemców, nasza mama nabrała przekonania, że taty już nie zobaczy, choć nas,
dzieci, broniła przed tą tragiczną prawdą. Świadczy o tym fragment jej zapisków
z 1943 r.: „Walduś dziś płakał – pewnie wspomniał Tatusia, nie chce nawet
słyszeć, że jego Tatuś miałby nie żyć. Łudzi się nadzieją, ja natomiast myślę,
że pewnie nie żyje”. Inny wpis, z sierpnia 1943 r., świadczy o tym, z jakim
trudem przychodziło się jej samej pogodzić z tą bolesną prawdą i sprzedać
ubrania po ojcu. Pisze: „Sprzedaję resztki: pokrowiec z kołdry za 4 kg słoniny i
12 l mleka. Mam zamiar obecnie sprzedać Gutka garnitur, tak mi jakoś szkoda z
nim się rozstać. Nie wiem, dlaczego wszystkie swoje sukienki wysprzedałam, mam
tylko jedną jedyną, koszulę jedną, a ubrania Gutka mnie szkoda, wciąż zdaje mi
się, że się przyda. Nie, daremna złuda, on nie żyje. Musimy żyć sami, i to w
obcej stronie – wśród ludzi nam nieżyczliwych”.

Do Polski wróciła Pani wraz z mamą i bratem w 1946 roku. Obowiązywało
wtedy kłamstwo katyńskie…
– Po powrocie zamieszkaliśmy w
Rzeszowie, który wtedy był bardzo „czerwony”. Oczywiście wiedziałam już, gdzie i
jak zginął ojciec, ale w papierach musiałam pisać: „zginął na wojnie”. Natomiast
w dokumentach mama zmuszona była podawać jako oficjalną datę zgonu taty 9 maja
1946 r., a więc już po wojnie. Mam nawet taki dokument. Jak wszystkie rodziny
katyńskie byliśmy „zakneblowani”.

Kiedy po raz pierwszy nawiedziła Pani grób ojca?

Nastąpiło to w 1989 r. i wiąże się z tym wprost cudowna historia. Wiadomość o
planowanym wyjeździe do Katynia szeroko rozeszła się wśród moich znajomych.
Jedna z nich skontaktowała mnie z Henrykiem Gorzechowskim, który przeżył obóz w
Kozielsku! Mało tego, posiadał wykonaną w Kozielsku ikonę Matki Bożej
Ostrobramskiej wyrytą przez jego ojca – też Henryka Gorzechowskiego – na kawałku
deski z pryczy i podarowaną synowi na 19. urodziny. Na odwrocie deseczki jest
data: „Kozielsk 28-II-1940”. Gorzechowski swoje przeżycie sowieckiej niewoli
wiąże właśnie z tą ikoną. Gdy wywożono z Kozielska jedną z ostatnich grup
jeńców, dziewiętnastoletni Henryk Gorzechowski usłyszał wyczytane swoje
nazwisko. Zapytał: „Henryk, ale który? Jest przecież dwóch – ojciec i syn”.
Sowiet machnął ręką: „Wsio rawno, dawaj atiec” (Wszystko jedno, niech będzie
ojciec).

Dziś ta ikona za Pani przyczyną znajduje się w kaplicy Katyńskiej
katedry polowej Wojska Polskiego w Warszawie. Jak do tego doszło?

Gdy poznałam jej historię, uświadomiłam sobie, że ta pamiątka ma nie tylko
prywatny, ale narodowy charakter. Zaczęłam o niej pisać, udostępniać ją. Zdanie
to podzieliło wiele wybitnych osób. Profesor Jacek Trznadel sugerował, aby
relikwia znalazła swoje godne miejsce w katedrze św. Jana Chrzciciela w
Warszawie. Serce podpowiadało mi Gdynię, ale uznałam, że jednak Warszawa to
serce Polski. Ostatecznie po rozmowie z ówczesnym ks. bp. gen. Sławojem Leszkiem
Głódziem wybór padł na katedrę polową.

Staraniem Rodziny Katyńskiej w Gdyni, której jest Pani aktywnym
członkiem, powstał m.in. pomnik Ofiar Katynia na cmentarzu wojennym w Redłowie,
także kaplica Katyńska w gdyńskiej kolegiacie, książka „Pisane miłością” jako
wotum wdzięczności dla wdów katyńskich… Co motywuje Panią do tej
aktywności?
– My, dzieci pomordowanych w Katyniu, musimy zostawić
przyszłym pokoleniom wyrytą na kamieniach, tablicach, w granicie, w spiżu i na
papierze pamięć o zbrodni katyńskiej. Może dzięki temu do młodego pokolenia
Polaków i do ludzi na całym świecie, na Zachodzie i na Wschodzie, dotrze
wreszcie prawda o ludobójczym komunizmie niosącym zagładę tylu narodom podbitym
przez Związek Sowiecki, nie wyłączając narodu rosyjskiego.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj