Katastrofa smoleńska – zapętlenie polityczne
Człowiek niebędący świadkiem owych wydarzeń z bliska, nieuczestniczący w
zespołach badawczych tej straszliwej katastrofy i niebędący specjalistą od
lotnictwa nie wniesie nowego materiału dowodowego na temat przyczyn katastrofy.
Ale każdy może i powinien wyrobić sobie ogólny pogląd na podstawie całości
dotychczasowych danych, informacji, przekazów i interpretacji. Przy takim
tworzeniu poglądu ogólnego na pierwszy plan wysuwa się jednak nie tyle strona
rzeczowa, ile raczej dziwne zapętlenie o charakterze politycznym i
propagandowym.
Cała dzisiejsza mentalność społeczno-polityczna nie kieruje się prawdą
obiektywną, lecz tylko własną korzyścią. Katastrofa smoleńska, w której zginął
prezydent Lech Kaczyński, generalicja natowsko-polska i kwiat ludzi z PiS, była
– mówiąc brutalnie – politycznie korzystna i dla władz rosyjskich, którym
Kaczyński nie chciał się podporządkować, i dla polskich władz PO, które – wraz z
SLD – walczyły z prezydentem o wszechwładzę w kraju. Ale ze względu na
okoliczności była – i jest – bardzo groźna dla obu stron ze względu na
narzucające się spontanicznie podejrzenie o takie czy inne ich przyczynienie się
do niej.
Toteż sprytniejsi politycznie i dyplomatycznie Rosjanie postanowili od razu
katastrofę tę zneutralizować, odsuwając od siebie podejrzenia, a nawet
zutylizować na swoją korzyść, narzucając stronie polskiej swój sposób
postępowania i interpretacji, stawiając w grze możliwość zerwania stosunków
między krajami. Bez przesądzania, jakie były przyczyny katastrofy, strona
rosyjska wyreżyserowała od razu tryb dochodzenia: narzuciła niekorzystną dla nas
konwencję chicagowską, zagrała po kuglarsku dwoma statusami lotu: raz że
cywilny, drugi raz że wojskowy, narzuciła prymat, niemal wyłączność, badań tylko
ze swojej strony, stronę polską dopuszczając jedynie wybiórczo i wtórnie,
zasugerowała od razu część członków do komisji polskiej i zdecydowała, że wyniki
dochodzeń polskich mają być utrzymane w tajemnicy aż do zakończenia dochodzeń
rosyjskich. W celu większej sprawności na czele komisji rosyjskiej stanął
premier Władimir Putin. Jednak szefem komisji polskiej w kraju nie został
premier Donald Tusk. Strona polska nie zażądała powołania komisji prawdziwie
międzynarodowej. Podobno Bogdan Klich proponował zwrócić się do NATO, ale Tusk
nie zgodził się, bo chciał w ten sposób podkreślić całkowite zaufanie do Rosji.
I w tym był grzech pierworodny całej procedury. Żeby zrzucić z siebie choćby
część winy, a stąd i podejrzeń, w związku z konfliktem co do uroczystości
katyńskich, z góry postanowiono obarczyć główną winą Kaczyńskiego i pilotów. O
tym, jak bardzo pomylił się premier Donald Tusk, może świadczyć fakt, że dziś
pewni Rosjanie piszą, iż gdyby to był zamach, to dokonany przez samych Polaków,
przez polskich terrorystów. Oto mentalność polityczna niektórych Rosjan.
Zapętlenie po stronie rosyjskiej
Nierefleksyjne czynniki polskie nie zrozumiały, że rosyjska interpretacja
tragedii smoleńskiej nie mogła być – niejako z natury – bezstronna i obiektywna,
i musiała być bez względu na prawdziwe przyczyny tylko jedna: cała wina leży po
stronie załogi samolotu Tu-154M. I to stanowiło kod całej interpretacji.
A zatem stronie rosyjskiej "wyszło", że załoga lądowała w mlecznej mgle, mimo
odsyłania jej na inne lotnisko, ale nie rozumiała języka rosyjskiego. Nasi
piloci lądowali pod naciskiem nieodpowiedzialnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego,
który był bezwzględny, nienawidził Rosji i kierował się butą polską. Spóźniwszy
się ponad pół godziny na samolot w Warszawie, naciskał na lądowanie przez gen.
Andrzeja Błasika. Potem MAK dodał, że gen. Błasik był pijany. Całą tę diagnozę
Rosjanie postawili już ok. godziny po katastrofie i zaraz podchwycił ją też min.
Radosław Sikorski, który, broniąc najwyższej pozycji Tuska w stosunkach z Rosją,
nalegał na prezydenta, żeby nie urządzał drugiej części uroczystości katyńskich.
Rosjanie założyli winę tylko pilotów polskich, bo katastrofa zdarzyła się na
terytorium Federacji Rosyjskiej, i to w czasie gier politycznych przeciwko
prezydentowi Kaczyńskiemu. Przecież od razu rodziło się podejrzenie, że był to
zamach rosyjski. I takie też podejrzenie szybko się rozpowszechniło na Ukrainie,
na Białorusi, w Rumunii, nawet w Izraelu, no i wśród bardzo wielu Polaków.
Mówiono przy tym, że dokonały tego albo władze rosyjskie, albo jakieś jednostki
terrorystyczne, wojskowe czy zewnętrzne, nad którymi Putin nie panuje.
Byłoby źle dla Rosji również wtedy, gdyby wyszło, że zawiodły jakieś urządzenia
w samolocie (w marcu 2011 r. Rosjanie oświadczyli, że wycofają do 1 lipca tego
roku wszystkie maszyny Tu-154 z użytku z powodu pewnych wadliwych konstrukcji),
to powstałby zarzut, że Rosjanie źle niedawno naprawili ten samolot w Samarze w
zakładzie, notabene związanym i z Putinem, i z Tatianą Anodiną. Groziłoby to
procesem o wielomilionowe odszkodowanie. Gdyby z kolei przyczyny katastrofy
leżały po stronie lotniska Siewiernyj lub jakichś pomyłek komunikacyjnych,
choćby tylko częściowo, to padłoby również oskarżenie, że trzy dni wcześniej
lądowanie Tuska i Putina było specjalnie przygotowane, a lądowanie załogi
prezydenckiej albo zaniedbane bezmyślnie, albo zorganizowane tak umyślnie, co
znowu rodzi podejrzenie o zamach.
Dlatego później i minister Siergiej Ławrow, i prezydent Dmitrij Miedwiediew (6
grudnia 2010 r.) w czasie swych "uspokajających" nas wizyt w Polsce dosyć
wyraźnie postulowali, żeby wyniki naszej komisji i prokuratury "nie były inne"
niż wyniki MAK i komisji Putina. A kiedy premier Tusk po opublikowaniu raportu
MAK wyraził się o nim krytycznie – choć tylko dla propagandy – to Rosjanie
wymierzyli mu policzek, oświadczając, że i MAK, i komisja Putina swoje prace już
definitywnie zakończyli, a nawet premier Putin, jak się wydaje, wzgardził
Tuskiem i zwrócił się ku prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, który wyniki
raportu MAK w całości pochwalił. I podobnie prezydent postępuje nadal. Ambasador
tytularny w Moskwie, notabene PRL-owski szpieg, pracujący przez wiele lat
przeciwko Watykanowi, Tomasz Turowski, organizował cały przylot delegacji
polskiej na lotnisku, a II sekretarz ambasady polskiej w Moskwie Grzegorz
Cyganowski polecił Rosjanom, żeby fotoreporterowi Sławomirowi Wiśniewskiemu
odebrali wszystkie materiały, które zebrał na lotnisku tuż po katastrofie.
Piękną natomiast kartę zapisała ludność rosyjska, która żałowała zabitych jak
członków swojej rodziny i spieszyła z wszelką pomocą Polakom i służbom
rosyjskim. Ludzie tacy budzą nadzieję, że stosunki rosyjsko-polskie mogą być
bardzo przyjazne i serdeczne, pozbawione politycznej niemoralności.
Aby zabezpieczyć swą tezę i ustalenia, Rosjanie poczynili pewne brutalne
posunięcia. Ukryli, że obsługa lotniska była nieskoordynowana, a nawet
wprowadzała pilotów w błąd aż do ostatniego momentu, podając, że są "na kursie i
na ścieżce". Rosjanie nie dopuszczali potem do szczątków samolotu i nie
pozwalali robić zdjęć. Następnie maszynę dokumentnie niszczyli, nie wiadomo też,
co się stało z kokpitem. Do dziś nie chcą zwrócić ani wraku, ani oryginałów
czarnych skrzynek, a ich kopie są w wielu miejscach źle odczytane przez MAK albo
zarówno one, jak i inne dane, są jakoś manipulowane. Przez kilka miesięcy nie
chcieli dopuścić do miejsca katastrofy grupy polskich archeologów, którzy
dopiero jesienią odkryli jeszcze wiele drobnych fragmentów szczątków ludzkich
oraz pięć tysięcy przedmiotów. A nasza minister Ewa Kopacz dała się łatwo
oszukać, że Rosjanie przekopali teren na głębokość metra. Nie został zwrócony
satelitarny telefon prezydenta, mimo obietnicy. MAK nie odpowiedział na 200
polskich zapytań. Wszystko to jest konsekwencją obronnej, założonej z góry tezy,
że katastrofę spowodowali wyłącznie Polacy. Nikt roztropny nie mógł oczekiwać
tezy innej, kiedy oddano całą sprawę w ręce Rosjan.
Polskie zapętlenie polityczne
Dla większości zdrowo myślących Polaków głęboko oburzające jest, że nasze
czynniki rządzące z prezydentem na czele, a także liberałowie i SLD, przyjęli w
całości tezę rosyjską i rozwinęli całą działalność i propagandę, żeby tę tezę
uwiarygodnić; drobne zastrzeżenia są wysuwane tylko dla pozoru obiektywizmu.
Dlaczego tak postąpiły i nadal postępują?
Dla czynników polskich, tak jak i dla Rosjan, z góry wykluczony jest jakikolwiek
zamach, bo to doprowadziłoby do zerwania stosunków polsko-rosyjskich i w
konsekwencji do obalenia rządów rusofilskich Tuska, Komorowskiego i Sikorskiego,
nawet gdyby to był jakiś pozarządowy spisek.
Podobnie znaczna korekta "ustaleń" rosyjskich oznaczałaby atak na Putina i na
Rosję. Nawet gdybyśmy stwierdzili, że wina leży po stronie obsługi lotniska lub
organizatorów przylotu po stronie rosyjskiej, byłby to atak na armię rosyjską,
która wciąż rządzi się nieodpowiedzialną pychą imperialną, co rzucało się w oczy
w przypadku brutalnych gróźb pod adresem Polski, gdy miała u nas być umieszczona
tarcza antyrakietowa.
Rząd chce zatem uwiarygodnić tezę rosyjską o winie pilotów i przypuszcza szeroki
i wredny atak zarówno na polską załogę samolotu, jak i anonimowo na 36.
Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, który rzekomo słabo szkolił pilotów i
nawet nie miał symulatorów do Tu-154M. I liczni lizusi wojskowi podjęli ochoczo
samokrytykę. Opozycja chciała min. Bogdana Klicha wyrzucić – za zaniedbania, za
rozwalenie armii w ogóle, za oddanie 1/3 budżetu dla ministra finansów itd.
Jednak zdymisjonowanie Klicha, który tylko wiernie służył we wszystkim
premierowi, prowadziłoby w konsekwencji do usunięcia całego rządu wraz z
premierem.
Ale okazało się rzeczą prawdziwie tragiczną, że gdy w jakiś czas po katastrofie
obudził się u przysypiających Polaków patriotyzm i gdy otworzyły się im szerzej
oczy, że niewybredne ataki rządu, PO, SLD, marszałka Komorowskiego i licznych
liberałów na Kaczyńskiego były w gruncie rzeczy atakami na nasz patriotyzm, na
klasyczną polskość i przywiązanie do niepodległości, to władze podjęły wielką
akcję przeciwko wszelkiej orientacji patriotycznej, polskiej i niezależnej od
Niemiec, Brukseli, Rosji. W ogóle władze wpadły w panikę, że stracą wszystko, i
postanowiły wszelkimi środkami osłabiać, a nawet próbować niszczyć: PiS,
"Solidarność", tradycję narodową i Kościół katolicki, który jest jednym z
podstawowych nośników polskości, bo to wszystko miało im zagrażać.
Robią zatem wszystko, żeby zatrzeć znaczenie wydarzenia smoleńskiego i zamienić
je tylko w zaduszkową pamięć. Podkopywać dalej PiS i obecną "Solidarność". Nie
wiązać katastrofy smoleńskiej z krzyżem i patriotyzmem, w ogóle krzyż należy
wyrzucić z forum publicznego. Do medialnych dyskusji możliwie nie dopuszczać
zdecydowanych katolików i patriotów, zwłaszcza z PiS. Inne zdania niż rosyjskie
są szyderczo wyśmiewane, co może być przygotowaniem do ogłoszenia wyników
polskiego śledztwa. W ogóle do komentowania wielkich wydarzeń w telewizji bierze
się często tylko wrogów PiS i patriotów "inaczej". Kaptowane są szybko rodziny
ofiar odszkodowaniem w wysokości 250 tys. zł i obietnicą na więcej, żeby tylko o
katastrofie było ciszej. Popierając tezę rosyjską, atakuje się gen. Andrzeja
Błasika, jakoby tuż przed startem samolotu zgromił kapitana Arkadiusza
Protasiuka, który rzekomo nie chciał lecieć ze względu na złą pogodę w
Smoleńsku, co jednak okazało się tendencyjnym oszustwem wrogów prezydenta
Kaczyńskiego. Nie brakuje wypowiedzi publicznych, "żeby Jarosław Kaczyński
leczył się psychicznie". I nikt nie jest za to karany, bo "liberałom wszystko
wolno". Grzegorz Miecugow ostrzegał w TVN, że "budzą się demony polskiego
patriotyzmu", inni mówili, że Lech Kaczyński to samobójca. Teraz pomawia się śp.
prezydenta, że bezprawnie ułaskawił współpracownika swego zięcia, choć ten miał
tylko karę w zawieszeniu i winę odpłacił. Zespół parlamentarny ds. zbadania
katastrofy smoleńskiej pod przewodnictwem posła Antoniego Macierewicza jest
oskarżany o głupotę lub nawet zdradę, gdyż szuka dowodów obiektywnych,
niezależnych od MAK i od Rosji. W takiej sytuacji przeróżni liberalni
pseudointeligenci dowodzą w mediach, że największe postacie Polski, jak Mikołaj
Kopernik, Fryderyk Chopin, Maria Skłodowska-Curie i inni to byli rozpustnicy i
ludzie wysoce niemoralni, jakby "naukowym" zadaniem Polski współczesnej był
społeczny masochizm, czyli samodręczenie się i samohańbienie. W ogóle życie
ideowe, moralne i duchowe trapi jakaś społeczna choroba socjopsychiczna, której
przyczyną jest odrzucenie wielkiego dziedzictwa ludzkości wraz z religią.
Usunięcie Krzyża Pamięci sprzed Pałacu Prezydenckiego przez prezydenta
Bronisława Komorowskiego ośmieliło bardzo SLD, ateistów, liberałów i różnych
mętów w ich atakach na Kościół. Przy tym oskarża się jedynie Kościół katolicki,
a schlebia się innym wyznaniom mniejszościowym. Wielką przestrzeń społeczną i
swobodę zdobyli Janusz Palikot i SLD, żądający całkowitego wyrzucenia Kościoła z
forum publicznego, zerwania konkordatu i zmiany Konstytucji. Wyszukuje się na
siłę skandale wśród duchownych i świeckich katolików, cały Kościół ogłasza się
jako przestarzały i grzeszny, tylko różnych eksksięży, choćby słabych umysłowo,
traktuje się jako geniuszy i natchnionych reformatorów. Prezydent coraz częściej
odznacza, a także wprowadza na scenę polską jednostki i całe ugrupowania
patriotyczne "inaczej" i antykościelne, odsuwając jednocześnie patriotów w
ogólnym znaczeniu. Ostatnio doszło do rozwiązania Komisji Majątkowej, która
zajmowała się – bez ciągnących się przez dziesięciolecia rozpraw sądowych –
odzyskiwaniem nieruchomości i ziemi zagrabionych Kościołowi przez komunistów,
choć Komisja jeszcze nie zakończyła swoich prac. Przy tym media przeważnie nie
mówią, że "państwo oddało mienie Kościołowi", lecz że je "przekazało", tak jakby
darowało. I nazywają Kościół "pazernym", tak jakby te rzeczy ukradł państwu.
Oczywiście, nie zarzuca się tego ani żydom, ani prawosławnym, ani protestantom.
Pewien członek SLD oskarża nawet katolików, że zagrabili bezprawnie mienie
Kościoła katolickiego po Niemcach na Ziemiach Odzyskanych, choć zostało ono
przekazane legalnie przez władze PRL, i jakby sugeruje, żeby katolicy "zwrócili"
je państwu lub zapłacili za nie, bo "Kościół jest bogaczem". Tak to nienawiść do
religii prowadzi wprost do obłędu. Taka nienawiść występuje u nas coraz
częściej. A liberałowie i ateiści boją się panicznie wiązania przez katolików
wiary z życiem społeczno-politycznym.
I tak usunięcie katastrofy smoleńskiej poza nawias na teren zwyczajnych
przypadków i nonsensów historycznych musiało się związać niejako z konieczności
z pewnym antypolonizmem i antykatolicyzmem.
Co będzie dalej?
Trudno przewidzieć na pewno, co będzie dalej z interpretacją oficjalną przyczyn
katastrofy smoleńskiej. Na razie niepokoją nas pewne zachowania komisji polskiej
i prokuratury wojskowej: niejasny skład osobowy, trzymanie danych i ustaleń w
ciągłej tajemnicy i puszczanie tylko od czasu do czasu jakichś balonów, czy to
próbnych, czy psychoterapeutycznych, a przede wszystkim brak dostępu Polaków do
autentycznych i pełnych dokumentów. Ogólnie jednak wydaje się, że polskie wyniki
dochodzeń będą zgodne w istocie z rosyjskimi, czyli z raportem MAK. Z naszej
strony mogą być tylko dodane jakieś zabiegi kosmetyczne. Takie bowiem są aluzje
i premiera, i prezydenta o "szczerości aż do bólu". Ostatnio wskazuje też na to
oskarżenie przez prokuraturę wojskową pilotów Jaka-40 za to, że wylądowali z
dziennikarzami na lotnisku Siewiernyj tuż przed przewidywanym lądowaniem
Tu-154M, również w trudnych warunkach. A więc wina ma leżeć tylko po stronie
pilotów.
Jest zatem obawa, że obecne czynniki polskie przyjmą wersję rosyjską bez
otrzymania wraku samolotu i innych oryginalnych dokumentów, na co zresztą władze
polskie mogły się z góry zgodzić w tajnej umowie z Rosjanami, bo nie żądają
takiego zwrotu. Ale większość społeczeństwa niepartyjna i nieliberalna staje się
już coraz bardziej podejrzliwa i ogłoszenie takiej wersji może wywołać duże
wzburzenie. Toteż chyba dlatego premier zastrzegł sobie rolę cenzora i on ma
decydować, co podać do wiadomości, a co nie. Termin ogłoszenia polskiego raportu
staje się jakiś płynny. Widać, że rząd, który już zna wyniki, ma problem.
Jeśli podano by przed 10 kwietnia, że winni są tylko polscy piloci, gen. Andrzej
Błasik i prezydent, to w rocznicę katastrofy może dojść do poważnych protestów,
a na jesieni PO mogłaby przegrać wybory. Problem ten czują też przewodniczący
komisji dochodzeniowej i szef MSWiA Jerzy Miller. Wprawdzie Tomasz Tomczykiewicz
z PO zaświadczył o jego obiektywizmie, ale zbyt oryginalnie, mówiąc, że "Miller
będzie obiektywny, to człowiek uczciwy, bo nie należy do żadnej partii", z czego
wynika, że ludzie partyjni nie są obiektywni ani uczciwi. A zatem Miller
przesuwa termin ogłoszenia wyników poza 10 kwietnia, pozorując to jeszcze
koniecznością jakichś eksperymentów z samolotem, choć wynik tego eksperymentu
zapewne jest już znany.
Ale i po 10 kwietnia problem będzie trudny. Nadal zgoda na wersję rosyjską grozi
przegraniem wyborów na jesieni. Dlatego nie jest wykluczone, że termin
ogłoszenia wyników, przynajmniej pełnych, będzie ciągle obiecywany i przesuwany
na czas po wyborach. A i potem, jeśli społeczeństwo będzie spokojne, a PO znów
wygra, to będzie kontynuowana obecna akcja spychania kwestii katastrofy w
niepamięć. Pomogą w tym Rosjanie, którzy może przez 10, 20 lub więcej lat będą
zwlekali z oddaniem szczątków samolotu i innych dokumentów, dowodząc, że
dochodzenie jeszcze trwa i taka była pierwotna umowa. Sytuacja może się zmienić,
jeśli zmienią się władze i w Polsce, i w Rosji. Ciekawe, że są pewne znaki, iż
faktyczni rządcy Polski, jak się wydaje, chcą odsunąć Tuska od władzy, bo po
zrujnowaniu Polski nie będą już mieli z niego korzyści.
Nam pozostaje rozwiązanie problemu katastrofy smoleńskiej, a także ratowanie
Polski przed ruiną gospodarczą, polityczną i duchową przez odpowiednie wybory.
Zdaje się, że śmierć Polaków zdążających 10 kwietnia 2010 r. na uroczystość
70-lecia Katynia nie była daremna historycznie, lecz owocuje dla Polski
otrzeźwieniem, duchową przemianą i odrodzeniem.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
