Julka żyje!

W ubiegłym roku 27-letnia pani Dominika Kępa, mieszkająca
w Anglii, dowiedziała się, że jest w stanie błogosławionym. Badania prenatalne
wykazały,
że jej dziecko ma wadę serca, więc lekarze zalecili… aborcję. Pani Dominika
dzielnie broniła swojego maleństwa.
6 grudnia 2005 roku w Krakowie urodziła się Julia Faustyna. Półtora miesiąca
później dziewczynka miała operowane serce. W lutym Julka wyszła
ze szpitala. Rozwija się bardzo dobrze i… czarująco uśmiecha się do swojej
kochającej mamy.

Opowieść pani Dominiki
Kiedy dowiedziałam się, że jestem w stanie błogosławionym, zgłosiłam się do
lekarza i zostałam objęta opieką medyczną. Podczas rutynowego badania USG
w 16. tygodniu ciąży okazało się, że dziecko ma niewłaściwą sylwetkę serca.
Pani doktor powiedziała, że to może być chwilowe. Skierowała mnie jednak
na badania prenatalne – na szczegółowe USG.
W 18. tygodniu okazało się, że dziecko na pewno ma wadę serca – zwężenie aorty.
Doktor kardiolog poprosiła, żebym przyszła na kolejną wizytę z mężem. Po dwóch
tygodniach stawiliśmy się w gabinecie. Kiedy już leżałam przygotowana do badania,
przyszedł tłumacz, którym okazała się siostra zakonna. Po badaniu mieliśmy
rozmowę z lekarzami. Pani kardiolog pojawiła się z drugim lekarzem – jak się
potem okazało – przeprowadzającym tzw. aborcje. To właśnie on przedstawił nam
kilka propozycji, ale tą główną było właśnie zabicie naszego maleństwa.
Lekarze stwierdzili, że wada się pogłębia i z każdym dniem będzie jeszcze gorzej.
Ich zdaniem, dziecko nie ma szans na przeżycie. Mówili, że może umrzeć albo
w trakcie ciąży, albo zaraz po porodzie, gdyż krążenie będzie za słabe, by
żyło.
Powiedziałam od razu, że absolutnie nie zgadzam się na zabicie dziecka. Nie
uznaję bowiem czegoś takiego jak aborcja. Bardzo się bałam, wiedziałam, że
moje dziecko jest chore. Lekarze uświadomili mi, że wraz z wadą serca mogą
wystąpić inne wady. Zazwyczaj wada serca występuje razem z uszkodzeniem genetycznym.
Dlatego lekarze zaproponowali, że przeprowadzą badanie genetyczne – amniopunkcję.
To był kolejny krok, aby przekonać mnie do aborcji. Pewnie myśleli, że jak
znajdą kolejną wadę, to się zgodzę.
Pani genetyk powiedziała, żebym się nie martwiła, bo drugie dziecko może być
zdrowe, że wada serca pierwszego nie przesądza o tym, że drugie też będzie
chore. Na te słowa bardzo się zdziwiłam, gdyż ja przyszłam rozmawiać o moim
pierwszym dziecku, a nie o drugim. Oni jednak cały czas zakładali, że zgodzę
się na aborcję. Przedstawiono mi wtedy cały wachlarz wad genetycznych, jakie
może mieć moja córka: guzy na ciele, garb klatki piersiowej, opuchlizny. To
było potworne, ale ja cały czas uparcie twierdziłam, że nie zgadzam się na
aborcję, że moje dziecko będzie zdrowe.
Kiedy przyszły wyniki, okazało się, że Julka nie ma żadnej wady genetycznej.
Ale pani doktor powiedziała, że to wcale nie jest pewne, gdyż może posiadać
taką wadę, jakiej jeszcze nie znają.
W sierpniu przyjechałam do Polski i poszłam do ginekologa, który powiedział,
że wady serca u dzieci się leczy. On osobiście ma siostrę, która miała wadę
serca, a teraz ma ponad 30 lat i własne dzieci. Pan doktor mówił, żebym ratowała
swoje dziecko, bo przecież może różnie się zdarzyć i mogę nie mieć już drugiego.
Powiedział, żebym się nie martwiła, a jeśli się zdecyduję na przyjazd do Polski,
to mogę tutaj rodzić – dziecko znajdzie dobrą opiekę, lekarze będą je ratować.
Wcześniej już w internecie znalazłam informację o prof. Edwardzie Malcu, który
ratuje dzieci.

Płomyk nadziei
W Anglii lekarze podczas kolejnych wizyt mówili, że wada się pogłębia. Sami
nie byli pewni swojej diagnozy, bo objawy były nietypowe dla zwężenia aorty
– lewa komora serca była powiększona i obciążona krwią. Aż do 6. miesiąca
proponowali mi aborcję.
26 września, kiedy już wiedziałam, że wracam do Polski, miałam ostatnią wizytę
u lekarzy w Anglii. Po USG, gdy powiedziałam, że wyjeżdżam do Polski, żeby
tam urodzić swoje dziecko, lekarz okazał wielkie zdziwienie. Stwierdził, że
w Polsce nie ma warunków, żeby ratować dziecko z taką wadą, nie ma też dobrych
lekarzy.
Ginekolog poszedł przekazać wiadomość o moim wyjeździe pani kardiolog. Powiedziała,
że dobrze, iż jedziemy, gdyż oni nie widzą możliwości ratowania dziecka, gdy
matka upiera się, że chce je urodzić. Lekarze przekazali mi raporty z wizyt,
z informacją, że dziecko może umrzeć jeszcze w trakcie ciąży albo zaraz po
porodzie, że matka została o tym poinformowana oraz o innych alternatywach,
czytaj: aborcja.
Pod koniec września
wróciłam do Polski

2 listopada miałam konsultację w szpitalu dziecięcym w Prokocimiu u kardiologa
dr. Zbigniewa Kordona, który zrobił Julce echo serca. Niestety, badanie to
na niewiele się zdało, gdyż wody płodowe je utrudniły. Jednak po tym badaniu
lekarz zaczął podejrzewać inną wadę niż zwężenie aorty.
Potem czekaliśmy na poród. Termin cesarki miałam ustalony na 7 grudnia, ale
akcja porodowa zaczęła się dzień wcześniej – Julka chciała się urodzić na św.
Mikołaja. O godz. 14.35 przyszła na świat. Przyłożono mi ją dosłownie na sekundę
do twarzy. Julka dostała 9 punktów w skali Apgar. Ważyła 2,88 kg, mierzyła
49 centymetrów. Szmer, który sugerował wadę serca, odjął jeden punkt. Julkę
przewieziono na oddział wcześniaków, gdzie jest dobra aparatura. Okazało się
jednak, że córka nie potrzebowała żadnego sprzętu wspomagającego. Oddychała
sama, a krążenie też było stabilne. Całkiem dobrze sobie radziła.
W pierwszej dobie przyjechał do Julki doktor Zbigniew Kordon, zrobił jej echo
serca i już wiedział, co to za wada. Julce wytworzył się drugi tunel od aorty
do lewej komory. Nie przechodził przez zastawkę, krew cofała się z aorty do
lewej komory. Julka też miała problem z trzema zastawkami – czyli wada była
znacznie większa, niż to zdiagnozowano w Londynie.
Po trzech dniach córka została przewieziona do Prokocimia na oddział noworodków
na oddziale kardiologicznym. Kiedy do niej przyszłam, ochrzciłam ją wodą z
Lourdes. W trakcie rozmowy lekarz wyjaśnił mi, jak bardzo chora jest Julka.
Powiedział, że jest to druga wada tak złożona i nietypowa w historii instytutu.
Wcześniej operowany był pewien chłopczyk z taką wadą. Zapytałam wtedy lekarza,
co dzieje się z tym dzieckiem. A on odpowiedział: "Skończył cztery lata i ma
się dobrze".

Kamień spadł mi z serca
Pomyślałam, że wiedzą, jak to robić.
17 grudnia na oddziale uroczyście ochrzciliśmy córkę. Daliśmy jej imiona Julia
Faustyna. Śmiałam się, że to było "przekupstwo"
św. Siostry Faustyny. Cały czas bowiem modliliśmy się za jej wstawiennictwem,
przed i po porodzie. W Sanktuarium w Łagiewnikach były odprawione Msze Święte
o zdrowie Julki. Prosiliśmy, by Siostra Faustyna opiekowała się naszą córką.
Ponieważ Julka całkiem dobrze sobie radziła, lekarze postanowili trochę poczekać,
aż będzie silniejsza. 24 stycznia prof. Malec operował Julcię, która potem
pięć dni była na intensywnej terapii. Kiedy ją zobaczyłam, całą w rurkach,
to nie mogłam jej poznać. Pytałam pielęgniarkę, które dziecko jest moje. Po
pięciu dniach Julka została przeniesiona na oddział pooperacyjny. Dwa tygodnie
po operacji, 7 lutego, mogliśmy zabrać córeczkę do domu.
Po pierwszej kontroli lekarze powiedzieli nam, że wszystko jest w porządku.
Dopiero w czerwcu mamy wyznaczoną kolejną wizytę w Prokocimiu. Julcia jest
zdrowa. Być może będzie kiedyś musiała przejść operację zastawek, ale to przyszłość.

Julcia ma naprawione
serduszko

Walczyłam o życie córki. Dla mnie było to naturalne. Zawsze byłam przeciwnikiem
aborcji. Nawet jeśli moja córka miałaby żyć kilka godzin, to warto. By ją zobaczyć,
przytulić. Wiem, że człowiekiem jest się od początku, więc nie wolno zabijać.
Kiedy ktoś pyta mnie, czy jestem za badaniami prenatalnymi, odpowiadam, że
zdecydowanie tak, ale nie po to, by skazywać dzieci na śmierć, ale po to, by
je ratować, by im pomagać.
Dziś, kiedy przytulam córeczkę, jestem bardzo szczęśliwa. Cieszę się, że lekarze
w Anglii się mylili. Wiem, że warto ratować życie, starać się o nie. Julcia
jest radością całej naszej rodziny.

wysłuchała Małgorzata Pabis

drukuj