Jezus współczujący

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam Jezusa współczującego. Czytamy, że Jezus, widząc pogrzeb młodzieńca – jedynego syna matki, dla której to wydarzenie musiało być wielkim ciosem i doświadczeniem, „użalił się nad nią”. Nie poprzestał jednak tylko na wzruszeniu – pchnęło Go ono do działania, którego efektem była wielka radość matki oraz wychwalanie wielkich dzieł Bożych przez wszystkich zgromadzonych.



Jezus okazał płaczącej kobiecie swoje współczucie. Można powiedzieć, że pozwolił, by żal matki po stracie syna dotknął także Jego serce. Ten, który stał się do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu, nie wahał się także okazać swych uczuć. Jednak wzruszenie Jezusa nie było tylko płytką litością – było prawdziwym współczuciem (ostatnio modne jest także psychologiczne określenie „empatia”).

Choć zdarza się, że słów „litość” i „współczucie” używamy zamiennie, nie jest to właściwe. Litość jest bardziej powierzchowna. Choć jest jakimś wejściem w świat uczuć drugiej osoby, to jednak nie jest twórcza. Sprawia, że w jakiś sposób przejmuję cierpienie drugiej osoby, ale pozwalam też, by ono zatruło moją duszę smutkiem i pewnego rodzaju beznadzieją.

Inaczej jest ze współczuciem. Współczucie, empatia, jest czymś o wiele głębszym niż litość. To praktyczna realizacja słów Pisma Świętego: „Jeden drugiego brzemiona noście” (Ga 6, 2). Współczucie zakłada chęć ulżenia, niesienia pomocy; zawiera w sobie niezgodę na zło, które dotyka drugą osobę.

Różnicę między litością a współczuciem pokazują nam dwa wydarzenia, które miały miejsce na drodze krzyżowej Jezusa. Płaczące niewiasty okazały Mu litość – skupiły się jedynie na swym żalu i smutku. Natomiast współczucie okazała Zbawicielowi Weronika – i wyraziła je przez gest otarcia twarzy. Nie wybawił on Jezusa od śmierci, ale przyniósł Mu ulgę w cierpieniu. Współczucie Weroniki nie było biernym poddaniem się złemu losowi, ale ukazywało inną rzeczywistość – dobra, prawdy i piękna, o której tak łatwo było zapomnieć na widok niewinnego Skazańca dźwigającego krzyż.

Jezus okazał współczucie płaczącej matce i zwrócił jej syna. Niestety, my nie mamy takiej władzy. Nie jesteśmy w stanie otrzeć łez wszystkich ludzi, którzy cierpią. Możemy ich jednak zauważać, być przy nich, wysłuchać ich, otrzeć twarz – jak Weronika. To bardzo trudna postawa – wymaga bowiem zmierzenia się z własną bezsilnością i bólem. Wymaga silnego przekonania o ostatecznym zwycięstwie dobra i trwania w nadziei, że obietnice Boże się spełnią. Stąd też tak łatwo uciekamy dziś przed cierpieniem i odwracamy od niego twarze, zdobywając się co najwyżej na zdawkowe słowa mające wyrażać współczucie, a tak naprawdę będące wyrazem płytkiej litości. Dlatego prośmy dziś Jezusa, by uczył nas zauważać cierpiących i potrzebujących pomocy. Niech da nam odwagę wyjścia im naprzeciw i zmierzenia się z ich cierpieniem, ale także z naszą bezsilnością. Niech Chrystus uczy nas prawdziwego współczucia, które nie zgadza się na cierpienie i w najtrudniejszych momentach życia przypomina, że dobro i miłość zwyciężą i że pewnego dnia Bóg otrze z naszych oczu wszelką łzę, a słowa „ból” i „cierpienie” stracą rację bytu. Niech nasze okazywane innym współczucie będzie wyrazem tej właśnie nadziei.

ks. Andrzej Adamski
drukuj