Jesteśmy zabezpieczeni… w projekty

Niedawne zalanie i niemal zamrożenie kilku miejscowości leżących nad
Bugiem przypomniało o zaniedbaniach w dziedzinie zabezpieczeń
przeciwpowodziowych. Zbliżająca się odwilż nie tylko nie zakończy zagrożenia,
wprost przeciwnie, może je nasilić, jeśli nagłe ocieplenie uwolni miliardy
metrów sześciennych wody pokrywającej wciąż w formie lodu i śniegu całą Polskę.
Dlatego, niestety, nie tylko mieszkańcy nadbużańskich miejscowości mogą być
zagrożeni. Wiosna może wystawić na ciężką próbę ułomny system zabezpieczeń
przeciwpowodziowych w całej Polsce.

Gdy pod koniec stycznia skuty lodem Bug zaczął podtapiać miejscowości
położone na terenie gminy Sławatycze, okazało się, że władze są bezradne wobec
żywiołu. Nawet gdy woda wlewała się do pomieszczeń gospodarczych i podchodziła
do domów, a ponad 20-stopniowy mróz zamieniał ją szybko w grubą lodową powłokę,
władze były w stanie zapewnić najwyżej ewakuację mieszkańców zagrożonych
gospodarstw.
Wówczas już pojawiało się pytanie, co będzie, gdy przyjdzie
odwilż, która spodziewana jest już w najbliższych dniach? – Najgorsze byłoby
powstanie zatoru na Bugu. Mamy jednak nadzieję, że śnieg i lód będą stopniowo
topnieć – mówi Andrzej Pichla, zastępca dyrektora Wojewódzkiego Zarządu
Melioracji i Urządzeń Wodnych w Lublinie ds. inwestycji. To właśnie w gestii tej
instytucji znajduje się budowa obwałowań na odcinku Bugu znajdującym się w
granicach województwa lubelskiego.

Co odsłoni odwilż?
Za prowadzenie gospodarki wodnej w
Polsce, w tym zabezpieczenia przeciwpowodziowe, odpowiedzialny jest przede
wszystkim Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej oraz jego 7 regionalnych oddziałów.
Jednak w rzeczywistości kompetencje w sprawie polityki wodnej w Polsce
rozdzielone są na różne instytucje. Dlatego za zabezpieczenia przeciwpowodziowe
na Bugu odpowiada Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Warszawie, ale już za
budowę wałów – WZMiUW w Lublinie.
Także RZGW w Warszawie przyznaje, że
„najbardziej groźnym okresem występowania fal powodziowych jest okres roztopów”,
ponieważ wezbrania wód w okresie letnim i jesiennym „są łagodzone przez retencję
terenową i gruntową”. W tej sytuacji nagłe ocieplenie dla położonych nad Bugiem
miejscowości może oznaczać jedno: powódź. Sytuacja jest tym bardziej poważna, że
zagrożenie to wcale nie ogranicza się tylko do dorzecza Bugu – stan zabezpieczeń
przeciwpowodziowych w pozostałych rejonach kraju jest niewiele lepszy. Sprawia
to, że każde większe nagromadzenie opadów, także tych w postaci lodu i śniegu,
może przerodzić się w zagrożenie powodziowe.
Co zrobiono do tej pory, by temu
zapobiec? „Dotychczas na odcinku granicznym Bugu były prowadzone prace
polegające na zabezpieczeniu erodujących brzegów zagrażających przełożeniom
koryta, budynkom mieszkalno-gospodarczym, budowlom hydrotechnicznym (mosty,
wały, drogi) oraz usuwaniu zatorów z powalonych drzew” – tłumaczy w przesłanym
nam stanowisku RZGW w Warszawie. Zaznacza, że od
1 grudnia do końca marca
utrzymuje w pogotowiu na zbiorniku koło Włocławka 5 lodołamaczy, które w razie
potrzeby kruszą lód na Wiśle, by zapewnić swobodny przepływ wody i
kry.
Dlaczego podczas styczniowego zagrożenia powodzią w gminie Sławatycze
nie mogły udrożnić także Bugu? – Lodołamacze są dość dużymi jednostkami i nie da
się manewrować nimi po tak wąskiej rzece, która nie jest żeglowna – tłumaczy
Dariusz Bogacz, rzecznik prasowy Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w
Warszawie. – A nawet gdyby było to możliwe, przy tak dużych mrozach, jakie
wówczas panowały, kruszenie lodu byłoby bezcelowe, ponieważ zamarzłby, zanim
zdążyłby spłynąć w dół rzeki – dodaje.
Czy w takim razie nic się nie da
zrobić, by w XXI wieku zabezpieczyć ludzi przed zalaniem? RZGW wylicza projekty,
które chce zrealizować w tym roku, by zwiększyć ochronę przeciwpowodziową
najbardziej zagrożonych miejscowości nad Bugiem (patrz ramka 1). Jednocześnie
nadmienia, że „w celu pełnego zabezpieczenia wsi i kompleksów łąkowych przed
zalaniem należałoby rozważyć budowę wału przeciwpowodziowego, którego wykonanie
znajduje się w gestii Wojewódzkiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w
Lublinie”.
Co na to zarząd? – Mamy plany budowy 12,3 km wałów w okolicy
miejscowości Nowosiółki, 12,2 km w Dołhobrodach i trzykilometrowego odcinka wału
wstecznego w miejscowości Hanna – wyjaśnia Andrzej Pichla, zastępca dyrektora
WZMiUW w Lublinie. Dodaje, że planowane jest też podwyższenie wału w drodze
wzdłuż Bugu na odcinku 28 kilometrów. Przyznaje jednak, że potrzeby są większe.
– Należałoby zbudować lub wyremontować co najmniej
11 km dodatkowych wałów –
dodaje. Ale na pytanie, kiedy zostaną zbudowane, odpowiada bezradnie, że
wówczas, gdy znajdą się na to pieniądze.

Nie tylko lód
Jednak zagrożenia dla mieszkańców wielu
polskich miejscowości nie stanowi tylko Bug, ani nawet Wisła, której jest
dopływem. Dobitnie pokazały to ubiegłoroczne letnie powodzie m.in. w Małopolsce
i na Dolnym Śląsku. KZGW tłumaczy, że te tragiczne w skutkach powodzie są
„efektem przyrodniczych zjawisk ekstremalnych”, do których zalicza „opady
nawalne”. Dlatego „miejsce ich wystąpienia, wielkość, a także przebieg przy
aktualnym poziomie wiedzy i techniki są niezwykle trudne do
przewidzenia”.
Profesor Adam Choiński z Zakładu Hydrologii i Gospodarki
Wodnej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu przyznaje, że takich zjawisk
nie da się przewidzieć. Zaznacza jednocześnie, że zwykle występują one na tych
samych terenach, w tym wypadku górzystych, o niskiej chłonności podłoża. –
Dlatego powodzie będą się tam powtarzać – zaznacza hydrolog, dodając, że trzeba
się po prostu na nie przygotować. Jak? Poprzez rozwiązania właściwe dobrane do
lokalnych uwarunkowań. – Każda zlewnia jest inna – zaznacza, dodając, że w
terenach górzystych najbardziej mogą się sprawdzić mniejsze zbiorniki retencyjne
zbudowane na dopływach większych rzek, tak by mogły wcześniej przechwytywać
nadmiar wody.
Czy w takim razie władze zamierzają z założonymi rękami czekać
na kolejny kataklizm, który może nadejść już wraz z topniejącym śniegiem,
pokrywającym całą Polskę?

Wysyp programów
KZGW spieszy z wyjaśnieniem, że prowadzi
się mnóstwo studiów, badań i wdrażane są nowe programy, których celem jest także
realizacja zabezpieczeń przeciwpowodziowych prawie w całym kraju. Rzeczywiście,
gdy przegląda się strony internetowe zarządu, rzuca się w oczy mnogość pomysłów
na zabezpieczenie Polaków przed powodziami.
Wiele z nich ujętych jest w dwa
duże programy dla dwu największych zlewni rzek w Polsce: Odry i Wisły. Pierwszy
nazwano „Program dla Odry 2006”, drugi – „Program dla Wisły 2020”. Ale już
podane w tytułach daty oddają stan realizacji programów, na które składa się
wiele mniejszych projektów. Prócz tego opracowywane są regionalne plany
zabezpieczeń przeciwpowodziowych, przewidujące np. budowę małych zbiorników
retencyjnych.
Sęk w tym, że niektóre z tych pomysłów mają blisko… pół
wieku, a mimo to nadal pozostają na papierze, podobnie zresztą jak większość
nowszych przedsięwzięć. Dobrym tego przykładem jest projekt wielofunkcyjnego
zbiornika Kąty-Myscowa na rzece Wisłoce w Beskidzie Niskim, przy którym prace
ciągną się od końca lat 60. ubiegłego wieku. Na jakim jest dziś etapie?
„Realizacja zbiornika wodnego w zakresie prac inżynieryjno-budowlanych planowana
jest na lata 2011–2018 pod warunkiem zakończenia prac przygotowawczych” –
odpowiada KZGW. Zbiornik ma kosztować ok. 1 mld zł, z czego większość stanowić
będą fundusze z Unii Europejskiej.
Choć według założeń zbiornik będzie mógł
przejąć nawet kilkumetrową falę powodziową na Wisłoce, pomoże w ochronie
przeciwpowodziowej co najwyżej okolicznych miejscowości i tych położonych w dole
rzeki, w tym Jasła. Dlatego budowa pojedynczych, nawet dużych zbiorników
(powierzchnia zbiornika Kąty-Myscowa przy maksymalnym spiętrzeniu miałaby sięgać
nawet ponad 400 ha) nie zmniejszy zagrożenia w całym dorzeczu.
Zresztą, jak
wynika z informacji dostępnych na stronach KZGW, nie zakończono jeszcze prac
przy opracowywaniu mapy najbardziej zagrożonych powodziami terenów. Tak zwana
Dyrektywa Powodziowa Unii Europejskiej zobowiązuje kraje członkowskie, w tym
Polskę, do przygotowania takich map… do 2011 roku.

W II RP budowali szybciej…
W ten sposób nasuwa się
pytanie, jak długo będziemy jeszcze czekać na nowe zabezpieczenia
przeciwpowodziowe, skoro nie opracowano nawet do końca map zagrożonych
powodziami terenów? – Obszary zalewowye można wyznaczyć w miesiąc, ewentualnie w
ciągu 6 miesięcy. Dlaczego więc tak długo przygotowywane są plany? – dziwi się
profesor Choiński.
A przecież czas ma tu ogromne znaczenie. – Bo któż
zapewni, że w najbliższych latach nie dojdzie do powodzi stulecia? – pyta
retorycznie prof. Choiński z Poznania. Zadaje też inne pytania, które same się
nasuwają przy analizie dotychczasowego procesu budowy zabezpieczeń
przeciwpowodziowych.
– Czy blisko 50 lat budowy np. zbiornika Kąty-Myscowa na
Wisłoce to „nie za długo”? – zastanawia się, analizując te najbardziej
zaawansowane plany inwestycji przeciwpowodziowych, prof. Choiński. – Rozumiem,
że zaporę można budować 5, 10 czy nawet 50 lat, ale żeby samo przygotowanie
planów działań przeciwpowodziowych trwało prawie pół wieku? – dziwi się prof.
Choiński.
Podaje też ciekawy przykład z historii Polski, pokazujący, jak
wcześniej reagowano na takie problemy. – Po tragicznej powodzi tysiąclecia w
lipcu 1934 r. na Dunajcu ówczesne władze II Rzeczypospolitej podjęły
błyskawiczne decyzje. W czasach, gdy nie było koparek i dużych samochodów
ciężarowych, półtora roku póżniej zbudowano zaporę i zbiornik wodny w Porąbce na
Sole – mówi z podziwem.
Dlaczego więc w XXI w. inwestycje przeciwpowodziowe
są realizowane w tak wolnym tempie?

Najszybciej powstaną najdłużej budowane
„Zapewnienie
ochrony przeciwpowodziowej jest związane z olbrzymimi wydatkami, które
przekraczają możliwości budżetu państwa w połączeniu z przyznanymi Polsce
środkami unijnymi” – tłumaczy KZGW. Co w takim razie postanowiły zrobić zarząd i
obecne władze? „Biorąc pod uwagę powyższe, Rząd RP zdecydował, że w pierwszej
kolejności finansowane będą inwestycje najbardziej zaawansowane w procesie
przygotowania do realizacji, to zarazem inwestycje mające na celu zwiększenie
ochrony przed powodzią terenów, gdzie najczęściej występują największe straty
powodziowe” – wyjaśniają służby prasowe KZGW.
Jest to jednak niewątpliwe
uproszczenie sytuacji. Analiza liczby takich zaawansowanych inwestycji zwraca
uwagę, że po pierwsze to w dorzeczu Odry jest ich najwięcej, a po drugie –
ramowy program zabezpieczenia tej rzeki („Program dla Odry – 2006”) jest już
bliski ukończenia.
Znacznie gorzej przedstawia się sytuacja z planami
zabezpieczeń przeciwpowodziowych w Dorzeczu Wisły. Nie dość, że w ostatnich
latach nie zrealizowano tam żadnej dużej inwestycji tego typu, to sam ramowy
„Program dla Wisły i jej Dorzecza do roku 2020” jest jeszcze w fazie
projektowania.
Szczęściem w nieszczęściu jest to, że nad niektórymi
projektami zaczęto prace jeszcze w okresie… PRL, dlatego dziś można je
najszybciej zrealizować, nie czekając nawet na dokończenie wymienionego wyżej
programu. Najlepszym przykładem jest wspomniana już budowa zbiornika
Kąty-Myscowa na rzece Wisłoce. Po blisko 50 latach projektowania jego budowa ma
szansę ruszyć w 2013 r. i będzie kosztować ok. 1 mld złotych.
Ponad dwa razy
więcej będzie natomiast kosztować budowa zbiornika wodnego Świnna Poręba na
Skawie. To priorytetowa inwestycja ministra środowiska, finansowana z budżetu
państwa. Zakończenie tego przedsięwzięcia, którego celem jest m.in. ochrona
przed powodzią doliny Skawy do ujścia do Wisły oraz doliny Wisły z Krakowem
włącznie, planowane jest na 2012 rok.
Uzupełnieniem wymienionych wyżej dużych
projektów inwestycyjnych dla Odry i Wisły mają być regionalne programy
przewidujące m.in. budowę małych zbiorników retencyjnych. Koszty tych inwestycji
idą w miliardy złotych. Jednak większość z nich nie ma zapewnionych funduszy na
realizację.

Dłużej nie opłaca się czekać
Eksperci przyznają jednak,
że problem wynika również z tego, iż przez wiele lat zaniedbywano inwestycje w
zabezpieczenia przeciwpowodziowe. Przez 10 lat III RP ogólna długość wałów
przeciwpowodziowych wzrosła zaledwie o 3 proc., a długość uregulowanych odcinków
rzek – o 3,6 procent. Znacząco zwiększyła się – o ponad 30 proc. – jedynie
pojemność użytkowa zbiorników wodnych. Dlatego dziś musimy zmagać się z
narastającym problemem.
Czemu w takim razie przez całe lata nie realizowano w
wystarczającym stopniu inwestycji przeciwpowodziowych? Jak wynika z przytoczonej
wyżej wypowiedzi KZGW, chodziło głównie o pieniądze. Stanowią one zresztą
problem także dziś, a w porównaniu ze skalą wyzwań, nawet zarezerwowane na ten
cel środki unijne nie wydają się duże. Na zarządzanie zasobami i
przeciwdziałanie zagrożeniom środowiska (w tym retencjonowanie wody i
zapewnienie bezpieczeństwa przeciwpowodziowego) w Programie Operacyjnym
Infrastruktura i Środowisko na lata 2007-2013 przewidziano 655 mln euro (ponad
2,5 mld zł), z czego 98,2 ze środków krajowych. Tymczasem koszty samych tylko
przedsięwzięć przeciwpowodziowych (realizacja i modernizacja budowli
przeciwpowodziowych oraz wałów) z „Programu dla Odry 2006” wyniosą ponad 9 mld
złotych.
Przedstawiciele KZGW przyznają też, że projekty przeciwpowodziowe
zaczęto na poważnie realizować dopiero po tragicznej powodzi w 1997
roku.
Profesor Choiński zwraca jednak uwagę, że myślenie, iż kolejna taka
tragedia zdarzy się za następnych sto lat (w myśl powiedzenia „powódź
stulecia”), jest złudne. Dobitnie pokazują to powtarzające się coraz częściej w
Polsce zalania i podtopienia, które przy okazji obnażają wieloletnie zaniedbania
w tej dziedzinie.
Poznański hydrolog zaznacza, że dziś już bez problemu można
wyliczyć opłacalność ponoszonych nakładów na budowle przeciwpowodziowe w
stosunku do ponoszonych strat.
– Zwracał już na to uwagę w 1984 r. prof.
Aleksander Suszko, że szkody powodziowe w dorzeczu Odry szacowane są na ponad 80
proc. ogólnych szkód powodziowych w skali kraju, a w dorzeczu górnej Wisły i jej
karpackich dopływów – na ponad 60 proc. szkód w dorzeczu całej rzeki –
zaznacza.

Jak już budować, to z głową
Jedynym usprawiedliwieniem
dla władz może być to, że racjonalne i uwzględniające różne aspekty oraz
możliwości wykorzystywanie zasobów wodnych wymaga rzeczywiście dalekowzrocznych
i fachowych opracowań. Dlaczego? Bo jeśli już mamy przeznaczać miliardy złotych
na tak duże przedsięwzięcia, warto je zaplanować tak, by przyniosły one jak
najwięcej korzyści.
Umiejętnie zaplanowana np. budowa zbiorników retencyjnych
sprawia bowiem, że nie tylko nie zniszczą one środowiska naturalnego ani nie
zagrożą okolicznym mieszkańcom (jak to się dzieje np. ze zbiornikiem Nysa w
południowej Polsce), ale mogą też stanowić źródła wody pitnej lub użytkowej.
Zbiorniki takie wykorzystuje się również do regulowania poziomu wód
powierzchniowych oraz rzek, co ma znaczenie nie tylko w sytuacji zagrożenia
powodziowego, ale także w trakcie występienia suszy. Sztuczne jeziora mogą
również pełnić rolę atrakcji turystycznych i dzięki temu przyspieszać rozwój
gospodarczy okolicznych terenów, a także dostarczać czystej ekologicznie i
odnawialnej energii dzięki budowie elektrowni wodnych. Ten ostatni argument jest
ważny dla Polski zwłaszcza z uwagi na unijne zobowiązanie do produkcji (w
perspektywie 2020 r.) aż 20 proc. energii ze źródeł odnawialnych.
Przykłady
te nie zamykają listy potencjalnych korzyści.

Koniec z budową w pobliżu rzek?
Warto również zauważyć,
że przygotowywane obecnie projekty przeciwpowodziowe, i to praktycznie
wszystkie, zakładają też jedno – wydawałoby się, że dość proste – rozwiązanie, i
to znacznie mniej kosztowne niż budowa zbiorników, choć… mogące wywoływać
protesty społeczne. Chodzi o wprowadzanie zmian do planów zagospodarowania
przestrzennego w taki sposób, by władze lokalne nie zezwalały na zabudowę na
terenach zalewowych.
Tymczasem często właśnie bliskość rzek i zbiorników
wodnych przyciąga chętnych do budowy domów, choćby tylko z powodów
rekreacyjnych.
Problem ten widać także w zalanych w ostatnich latach
miejscowościach, gdzie pierwszymi ofiarami wezbranych wód byli mieszkańcy domów
położonych często zaledwie o kilka metrów od rzek czy potoków. Najczęściej
jednak chodziło o budynki zbudowane kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy – jak
twierdzili ich mieszkańcy – rzadko zdarzały się powodzie.
Profesor Choiński
przyznaje, że to, iż na określonym większym terenie powtarzają się zalania, nie
oznacza, że z dużym prawdopodobieństwem będą występować np. co roku na tej samej
rzece. Zwraca uwagę, że zależy to od wielu czynników, przede wszystkim od ilości
opadów i miejsca ich występowania. Tego zaś nie da się przewidzieć. Dlatego
działania prewencyjne w postaci zakazu budowy w pobliżu rzek będą po prostu
koniecznością, aby nie ponosić co roku ogromnych kosztów szkód wywołanych przez
powodzie i podtopienia.

By skorzystali wszyscy…
Nie ma wątpliwości, że skala
zaniedbań w realizacji inwestycji przeciwpowodziowych w Polsce jest duża.
Oczywiste jest również, że ich koszty są ogromne. Ale takie były one także dla
Białorusi i Ukrainy, znacznie biedniejszych od nas państw, które jednak mają
lepiej zabezpieczone brzegi Bugu, a nie dysponują funduszami z Unii Europejskiej
na ten cel.
Jasne jest też, że tak duże inwestycje należy solidnie
przygotować, uwzględnić wszystkie konsekwencje. Ale w Polsce XXI wieku jest
wielu dobrych fachowców, sporo instytucji i możliwości, by podjąć to wyzwanie.
Aby przyspieszyć podejmowanie decyzji w sprawie realizacji takich inwestycji,
dobrze byłoby, żeby władze centralne zapewniły lepszą przejrzystość i podział
kompetencji, które dziś często rozproszone są po wielu urzędach i instytucjach,
podobnie jak skromne fundusze budżetowe przeznaczane na ten cel. Skupienie
wysiłków i wszystkich dostępnych środków na konkretnych działaniach przez
konkretne instytucje może wreszcie pchnęłoby tak potrzebne inwestycje, które,
pozostając do tej pory na papierze, nie ochronią przed żadną falą, także
biurokracji…

Mariusz Bober

drukuj