Jesteśmy weteranami, ale prawo tego nie przewiduje

Ze st. szer. ndt. w stanie spoczynku Danielem Kubasem, prezesem Zarządu
Głównego Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju,
rannym podczas misji w Iraku, rozmawia Marta Ziarnik

Major Mirosław Ochyra, rzecznik dowódcy operacyjnego Sił Zbrojnych, twierdzi,
że 108 rannych żołnierzy w ciągu zaledwie 6 miesięcy to w przypadku misji
stabilizacyjnej nie jest "duża liczba".

– Nie rozumiem, jak można mówić, że liczba ta nie jest duża. Ja na tego typu
sformułowanie bym się nie pokusił. Przecież nasz kontyngent w Afganistanie liczy
2,6 tys. żołnierzy, a w ciągu zaledwie jednej zmiany rannych zostaje aż 108
naszych ludzi. To jest bardzo duża liczba. Znam też wiele historii żołnierzy,
którzy zostali ranni, i ich późniejsze dramaty życiowe. Dlatego z czystym sercem
mogę powiedzieć, że odniesienie ran podczas misji to nie jest jedyny problem
tych ludzi.

Pana zdaniem, jesteśmy o tych wszystkich dramatach odpowiednio informowani?
– Te informacje są co prawda przekazywane, tylko media bardzo lakonicznie je
podają. Nie wiem, czy jest to wina właśnie mediów, czy może raczej wojska, że w
taki, a nie inny sposób to komunikuje. Jest bowiem różnica między podaniem
informacji, że żołnierz został ranny i jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo,
a sprecyzowaniem, że nie ma on już nóg i że do końca życia będzie kaleką. Bo
takie przypadki istnieją, choć właśnie o tym się nie mówi. Boleję też nad tym,
że nie ma u nas dyskusji na temat misji w Afganistanie, podczas gdy jest ona
bardzo potrzebna. Wiele mediów bowiem traktuje ten temat jedynie na zasadzie
sensacji. Tymczasem media powinny wywołać debatę społeczną na temat udziału
polskich wojsk w misjach poza granicami kraju. Choć nie jestem przeciwnikiem
udziału polskiego wojska w misjach poza granicami kraju, to jednak uważam, że
musi być konkretny cel tego udziału.

W Afganistanie takiego celu nie ma?
– Jest, i to szczytny. Ale co z tego, skoro mamy tam zbyt mało żołnierzy do
wykonania koniecznych zadań (które tam wykonujemy) i wzięcia odpowiedzialności
za tę strefę? I co z tego, skoro nie mamy nic do powiedzenia na temat przebiegu
tej misji?

To samo mówiono o misji w Iraku.
– Bo w Iraku było tak samo. Co prawda dzięki temu, że tam poszliśmy, nasze
wojsko trochę skorzystało, bo zmieniło się podejście dowódców, na lepsze zaczęło
się zmieniać nasze uzbrojenie i nabraliśmy doświadczenia bojowego. Ale nic poza
tym jako kraj nie otrzymaliśmy.

Jak przyjął Pan doniesienia "Time´a", który napisał, że armia Stanów
Zjednoczonych nie jest zadowolona z sytuacji w Ghazni, która powstała po
przejęciu odpowiedzialności za tę prowincję przez stronę polską?

– Służyłem z Amerykanami w Iraku i oni zawsze bardzo dobrze oceniali polskich
żołnierzy. Nasi żołnierze wielokrotnie byli przez amerykańskich żołnierzy
chwaleni za swój wysiłek i profesjonalizm. Ale proszę pamiętać, że żołnierze
wykonują zadania i poruszają się w ramach tego, na co im pozwoli Warszawa. I to
wszystko, co mam w tym względzie do powiedzenia.

Warszawa odpowiednio wyposaża swoich żołnierzy na zagraniczne misje?
– Muszę powiedzieć, że w ostatnich latach to wyposażenie znacznie się poprawiło.
Jednak ciągle trzeba robić wszystko, żeby ten stan unowocześniać i doposażać.
Doskonały przykład w tym względzie dała afera związana z odejściem gen.
Waldemara Skrzypczaka, który podkreślał, iż jego decyzja wynika z dużych braków
w uzbrojeniu.

W jaki sposób MON i armia dbają o rannych żołnierzy i rodziny ofiar
zagranicznych misji?

– Po raz kolejny muszę przyznać, że na przestrzeni ostatnich lat ta pomoc
znacznie się poprawiła i nabrała większej jakości. Mówię tutaj o tym pierwszym
momencie, gdy żołnierz zostaje ranny. Ale problem pojawia się później, gdy
zaczyna przechodzić długą i trudną rehabilitację. W wielu przypadkach tacy
żołnierze zostają bowiem po kilku miesiącach zwolnieni ze służby i dostają rentę
jedynie na czas określony, przeważnie na trzy lata. To zaś spycha ich poza
nawias społeczny, ponieważ taki młody człowiek nie jest w stanie podjąć już
normalnej pracy ani też wziąć chociażby kredytu hipotecznego. To właśnie tutaj
jest problem, a zarazem pole do popisu dla rządu. Cały czas przeciąga się bowiem
wejście w życie ustawy o weteranach. I choć ma ona niedługo trafić do Sejmu, to
jest jeszcze wiele przy niej do zrobienia.

W jakich aspektach?
– Przede wszystkim ta ustawa musi rozwiązać kwestię zabezpieczenia zarówno
zdrowotnego, jak i materialnego tych żołnierzy. Choć obecnie są to ludzie
młodzi, bo w wieku ok. 30-40 lat, i jakoś dają sobie jeszcze radę, to kto wie,
co będzie z nimi za lat 20, kiedy te ich dolegliwości zaczną im jeszcze bardziej
dokuczać i kiedy będą oni wymagać naprawdę fachowej pomocy i leczenia. Nad tym
trzeba się dobrze zastanowić, by znaleźć jak najlepsze rozwiązanie. W Polsce
trzeba zbudować system opieki państwa nad osobami, które służbie państwu oddały
swoje zdrowie, a niekiedy i życie. Dopiero wejście w życie ustawy o weteranach
gwarantować będzie stworzenie podstaw funkcjonowania tego systemu. To jest
fundament, na którym będzie to można opierać.

Pan również został poważnie ranny podczas misji w Iraku.
– Tak, i na skutek tego mam 75 proc. uszczerbku na zdrowiu i tego rodzaju
obrażenia, które nie są wyleczalne. Choć dziś mogę funkcjonować w
społeczeństwie, to jednak nie wiem, czy tak będzie dalej za kilka lat. Nie wiem,
czy mój stan nie pogorszy się do tego stopnia, że zostanę do końca życia
przykuty do łóżka. Początkowo dostałem rentę na rok, później na trzy lata, którą
przedłużono mi na kolejne trzy lata. Chociaż nigdy nie będę już całkowicie
zdrowy, to jednak w związku z tym, jaki mamy obecnie system, nie wiem, czy
podczas kolejnej komisji – mimo że lekarze nie mogą mnie uzdrowić – nie
"uzdrowi" mnie ZUS, zabierając mi rentę. W wielu bowiem podobnych przypadkach z
czasem te renty były zmniejszane i w końcu całkowicie zabrane, a żołnierze
pozostawieni na pastwę losu.

Wojsko troszczy się w takich przypadkach o tych żołnierzy?
– Taka osoba jest już zwolniona ze służby. Nie ma więc takich podstaw prawnych,
żeby wojsko miało się nią zajmować.

W Polsce funkcjonuje system opieki nad inwalidami wojennymi?
– My nie jesteśmy inwalidami wojennymi. Jesteśmy inwalidami wojskowymi. To jest
bardzo duża różnica, ponieważ inwalida wojenny korzysta ze znacznie większego
zakresu uprawnień aniżeli inwalida wojskowy. Mój status prawny jest taki sam,
jak żołnierza, który np. złamał nogę na poligonie. Ta kwalifikacja zależy od
ustawy. Co więcej, paradoks polega na tym, że ja jestem inwalidą wojskowym –
jako były żołnierz nadterminowy, natomiast żołnierz zawodowy jest osobą
poszkodowaną. Obecny system prawny jest w tej materii całkowicie
nieuporządkowany. Dlatego tak ważne jest dla nas wejście w życie tej ustawy o
weteranach, która trochę ten system porządkuje, wprowadzając chociażby pojęcia
"weteran" i "weteran poszkodowany". W obecnym systemie prawnym w Polsce nie ma
bowiem pojęcia "weteran" i my jesteśmy nikim.

Jako osoba, która sama doświadczyła problemów po obrażeniach odniesionych na
misji, założył Pan Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza
Granicami Kraju. Czym zajmuje się ta organizacja?

– Zajmujemy się pomocą rannym i poszkodowanym żołnierzom oraz rodzinom
poległych. Reprezentujemy te osoby przed władzami. Zrzeszamy tych ludzi, staramy
się ich integrować i pomagać, w czym tylko możemy. W ten sposób działamy.
Jesteśmy organizacją pożytku publicznego, jedyną tego typu w Polsce.

MON współpracuje ze stowarzyszeniem?
– Mamy podpisane porozumienie o współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej i
Biurem Bezpieczeństwa Narodowego.

Mogą Państwo liczyć na pomoc finansową od tych instytucji?
– Nie, ale realizujemy zadania zlecone ze środków publicznych, które pozostają w
gestii Ministerstwa Obrony Narodowej.

Skąd w takim razie stowarzyszenie czerpie fundusze?
– Staramy się pozyskiwać darczyńców, niestety, nie jest ich dużo. Od trzech lat
mamy też swoje stanowisko na targach zbrojeniowych w Kielcach i czekamy, aż
przyłączą się do pomocy rannym żołnierzom firmy zbrojeniowe, które zarabiają
krocie właśnie na wyposażeniu naszej armii i żołnierzy służących poza granicami
kraju. Ale do tej pory tej pomocy z ich strony nie ma, nad czym ubolewam
najbardziej.

Ile osób zgłasza się do Państwa organizacji z prośbą o pomoc?
– To zależy od wielu czynników, różna jest też bowiem nasza pomoc. My nie chcemy
doprowadzać do sytuacji, że pozyskujemy jedynie środki pieniężne i je rozdajemy,
bo to nie o to chodzi. Co prawda mamy fundusz zapomogowy i wnioski, które do nas
wpływają, rozpatrujemy. Opracowaliśmy regulamin przyznawania zapomóg, według
którego je przyznajemy. Ale przede wszystkim celem naszego stowarzyszenia jest
pomoc rodzinom oraz pomoc żołnierzom zwolnionym ze służby odnaleźć się w tym
środowisku cywilnym i w nowej sytuacji. Dlatego stawiamy na refundację różnego
rodzaju kursów zawodowych i szkoleń, których nie obejmuje rekonwersja [pomoc
udzielana żołnierzom zawodowym zwalnianym ze służby – przyp. red.], lub pomoc w
zakresie dopłaty do nauki. Obecnie planujemy wykupić miejsca na kolonie dla
dzieci żołnierzy poległych i rannych. Zamierzamy w przyszłym roku wykupić
również turnusy rehabilitacyjne dla żołnierzy z orzeczoną niepełnosprawnością –
czyli są to obszary, których nikt inny im nie zagwarantuje. Naszym olbrzymim
sukcesem są także warsztaty psychologiczno-terapeutyczne dla żołnierzy i ich
żon. Na ten pomysł wpadliśmy w 2008 roku i cieszą się one dużym powodzeniem.
Zorganizowane przez nas wtedy spotkanie było pierwszym tak dużym spotkaniem w
Polsce żołnierzy i ich żon. Poza bogatym programem zajęć z psychologami i
terapeutami uczestnicy mogli korzystać z licznych zabiegów rehabilitacyjnych.
Byliśmy zszokowani tym, z jakimi problemami zmagają się ranni żołnierze i ich
rodziny. Odsetek rozwodów w takich małżeństwach jest wręcz zatrważający. W tym
roku zorganizowaliśmy drugą edycję tego spotkania i planujemy od nowego roku
organizować je już regularnie, co roku, ponieważ fachowa pomoc psychologów i
terapeutów pozwala wrócić tym ludziom do równowagi psychicznej, przeciwdziałać
popadaniu w nałogi i zachowaniom patologicznym.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj