Jest sprawa dla prokuratora

Z płk. Andrzejem Pawlikowskim, szefem Biura Ochrony Rządu w latach
2006-2007, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Czytał Pan wywiad z funkcjonariuszem Biura Ochrony Rządu na temat
patologii trapiących BOR?

– Z wielką uwagą i bardzo dokładnie przeczytałem wywiad z funkcjonariuszem BOR w
piątkowym wydaniu "Naszego Dziennika". Jestem zszokowany tymi informacjami,
zostały tam postawione bardzo poważne i konkretne zarzuty w konkretnych sprawach
i konkretnym osobom. Według mojej oceny, informacje podane przez pracownika
Biura powinny być natychmiast z urzędu sprawdzone przez odpowiednie organy
ścigania. Mam tu oczywiście na myśli prokuraturę.

Ale był Pan szefem tej służby. Nie docierały do Pana sygnały, że w
firmie – mówiąc oględnie – nie dzieje się najlepiej?

– Ze względu na pełnioną przeze mnie swego czasu funkcję szefa Biura Ochrony
Rządu nie mogę ujawniać szczegółowych informacji dotyczących działań czy
realizacji zadań BOR na placówkach o podniesionym ryzyku. Z uwagi na specyfikę
działań w tamtych rejonach są to informacje niejawne. Zachowując tę zasadę, mogę
tylko i wyłącznie wypowiadać się za okres, w którym sam piastowałem funkcję
szefa BOR. Nie chcę także oceniać działań Biura Ochrony Rządu z ostatnich
czterech lat, a więc czasu funkcjonowania formacji pod obecnym kierownictwem.
Jestem poza strukturami Biura od czterech lat i nie posiadam udokumentowanej
wiedzy na tematy poruszone przez funkcjonariusza w "Naszym Dzienniku". W każdym
razie – jak już wspomniałem – to, co przedstawił funkcjonariusz, to odpowiedni
materiał dla prokuratury, która, według mojej oceny, powinna się tymi
informacjami zainteresować.

Jaką sytuację zastał Pan w 2006 roku w BOR, po objęciu kierownictwa
instytucji?

– Po objęciu stanowiska szefa BOR zapoznałem się m.in. z problemami, jakie
funkcjonariusze Biura mieli na placówkach wojennych. To prawda, zetknąłem się
wtedy z wieloma problemami związanymi ze sprawami logistyki, sprawami socjalnymi
czy kwestiami bezpieczeństwa. Po konsultacjach z funkcjonariuszami mi podległymi
natychmiast zabraliśmy się za poprawienie tego stanu rzeczy. Nasze rozmowy,
działania zaczęły przynosić korzystny rezultat. Mam tutaj na myśli rozpoczęcie
rozmów w przedmiotowej sprawie z instytucjami współpracującymi z Biurem Ochrony
Rządu, czyli MSZ, MON, MSWiA. Ale stanowisko szefa BOR sprawowałem jedynie przez
13 miesięcy i, niestety, nie udało się nam ostatecznie sfinalizować wszystkich
działań. Gdy na stanowisko szefa BOR mianowany został gen. Janicki, wierzyłem,
że doprowadzi rozpoczęte sprawy do końca.

To prawda, że kiedy kierował Pan BOR, wielu funkcjonariuszy nie było
odpowiednio przygotowanych do wyjazdu na placówki wojenne, brakowało
odpowiedniego sprzętu etc.?

– Tak jak wcześniej mówiłem, zastałem taki stan, jaki zastałem. Faktycznie, mimo
najlepszych starań moich poprzedników, nie wyglądało to idealnie. Ale także nie
mogę powiedzieć, że BOR i funkcjonariusze nie byli przygotowani do działań w
tamtym rejonie, bo byli i realizowali swoje ustawowe zadania jak najlepiej.
Najlepszym przykładem, który mogę podać, była bohaterska postawa funkcjonariuszy
BOR odpierających atak terrorystyczny w 2007 roku na ówczesnego polskiego
ambasadora w Iraku. Zrealizowali perfekcyjnie swój cel, ochronili VIP-a.
Niestety, zginął bohaterską śmiercią nasz kolega. Natomiast, o ile mnie pamięć
nie myli, to wyjazdy funkcjonariuszy na placówki wojenne zaczęły się za czasów,
gdy zastępcą szefa BOR odpowiedzialnym za pion logistyki był gen. Marian
Janicki. Z informacji, jakich udzielił panu funkcjonariusz Biura, wynika, że
generał Janicki nie zrobił nic albo niewiele w kierunku poprawy związanych z
bezpieczeństwem w strefach o podniesionym ryzyku, logistyki, spraw socjalnych,
tak aby funkcjonariusze z narażeniem własnego zdrowia i życia mogli swoje
zadania realizować zgodnie z obowiązującymi procedurami. Miał na to pełne cztery
lata, to wystarczająco dużo czasu. Dlatego tym bardziej jestem zszokowany tym,
co przeczytałem w "Naszym Dzienniku". Według mnie, nowo powołany minister spraw
wewnętrznych pan Jacek Cichocki powinien z tego wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Tutaj chodzi przecież o bezpieczeństwo nie tylko samych funkcjonariuszy, ale
także bezpieczeństwo VIP-ów.

Jak to możliwe, że BOR nie ma szczegółowych umów resortowych dotyczących
funkcjonariuszy na placówkach wojennych, że o ważnych przepustkach na wjazdy z
bronią do stref ISAF-owskich nawet nie wspomnę.

– To problem, który wymaga pewnego zaangażowania i determinacji ze strony
kierownictwa Biura Ochrony Rządu. Tak jak już powiedziałem, podjęliśmy w tym
kierunku działania i rozmowy. Nie były to łatwe negocjacje, bo nasi rozmówcy z
instytucji zaprzyjaźnionych, współpracujących z BOR nie ułatwiali nam pewnych
rzeczy. Ale potrafiliśmy jednak dojść do jakiegoś porozumienia, konsensusu.
Niejednokrotnie musieliśmy przekonywać ministrów z MON, MSZ czy MSWiA do swoich
racji. Tłumaczyliśmy, że nasze wspólne działania mają przede wszystkim służyć
bezpieczeństwu państwa, osób, które są ochraniane przez BOR na placówkach
wojennych. I bezpieczeństwu samych funkcjonariuszy, którzy realizują swoje
zadania w warunkach o podniesionym ryzyku. Nie było to łatwe, ale też nie
niemożliwe do zrealizowania. Powiem tak: przetarliśmy w jakimś sensie szlak,
więc pan generał Janicki miał ułatwione zadanie. Miał na to cztery lata, a więc
naprawdę bardzo dużo czasu. Można było to wszystko pozytywnie, z korzyścią dla
BOR zakończyć.

TVN24 wyemitowała ostatnio materiał o BOR, z którego wynika, że Pan jako
szef Biura też miał szczątkową wiedzę na temat Siewiernego, kiedy w 2007 r.
lądował tam prezydent Lech Kaczyński.

– Sprawę zabezpieczenia wizyty pana prezydenta Kaczyńskiego w 2007 roku w
Smoleńsku wyjaśniłem już na łamach "Naszego Dziennika", udzielając na ten temat
obszernego wywiadu. Niestety, próbuje się odgrzewać stare kotlety. Szkoda tylko,
że nie podeszli do tego tematu obiektywnie. Pracę dziennikarza wyobrażam sobie
trochę inaczej, dlatego pozostawię to bez komentarza. Wracając do tematu, jak
państwo zauważyli, funkcjonariusze w służbie czynnej – już nie wspomnę o
funkcjonariuszach pozostających na emeryturze – zaczynają na ten temat mówić
coraz częściej i głośniej. Wykorzystując do tego między innymi media, bo nie
mają innej możliwości wyrażenia swojego poglądu na obecny stan rzeczy. Chcą w
ten sposób zademonstrować opinii publicznej, ale także przełożonym szefa BOR,
niezadowolenie. O czym to może świadczyć? Ano o tym, że – delikatnie mówiąc – z
obecnym Biurem Ochrony Rządu jest coś nie tak.

Prokuratorzy wystąpili o billingi siedmiu numerów telefonów, w tym
zapewne gen. Mariana Janickiego.

– Tak, słyszałem o tym. Jestem bardzo zadowolony z działania prokuratury. Muszę
podkreślić, że obserwuję jej pracę na bieżąco i widzę, że bardzo solidnie i
rzetelnie do tego podchodzi. Teraz poczekajmy spokojnie na wnioski końcowe.

Szef BOR może się liczyć z zarzutami?
– W mojej ocenie, doprowadzono do wielu zaniechań i wierzę, że prokuratura w
odpowiednim czasie przedstawi opinii publicznej właściwe wnioski i jeśli zajdzie
taka potrzeba to ewentualnie postawi zarzuty osobom, które tych obowiązków nie
dopełniły. Jeżeli byłaby to prawda, że generał Janicki dysponował informacją o
tym, że lotnisko w Smoleńsku jest nieprzygotowane, i dalej tego nie procedował,
czyli nie informował o tym stanie rzeczy swoich przełożonych oraz Kancelarii
Prezydenta RP, to jest to – według mnie – bardzo poważne zaniechanie. Ale to już
leży w gestii prokuratury.

Służbie potrzebna jest opcja zerowa?
– Biuro wymaga natychmiastowej gruntownej reformy, czyli całkowitej
reorganizacji. A co za tym idzie – także zmiany całej kadry kierowniczej. I to
nie tylko moja ocena, bo jak pan zapewne zauważył, wielu funkcjonariuszy zaczyna
wypowiadać się w tej sprawie na różnego rodzaju forach, w trakcie rozmów,
spotkań. Oni także takich zmian oczekują. W Biurze Ochrony Rządu trzeba jednak
naprawdę dokonać głębokiej reformy, wiele niepotrzebnych stanowisk powinno się
zlikwidować. Funkcjonariusz, z którym przeprowadził pan wywiad, celnie zauważył,
że w BOR jest wiele osób, które de facto mają bardzo skąpy zakres obowiązków,
ale za ich realizację dostają nieproporcjonalnie duże pieniądze. W mojej ocenie,
potrzebna jest solidna reorganizacja po to, żeby te niepotrzebne stanowiska,
które nie przynoszą wymiernych korzyści, zlikwidować. Trzeba postawić na
funkcjonariuszy przygotowanych, z wieloletnim doświadczeniem, odpowiednio
wykształconych i z odpowiednimi kwalifikacjami. Reasumując, uważam, że Biuro
wymaga znacznego obcięcia etatowego. Należy powrócić do takiego stanu etatowego,
jaki był przed 2001 rokiem.

To znaczy?
– W związku z tym, że są to informacje niejawne, nie mogę o tym tutaj mówić. Ale
mam na myśli stan zdecydowanie o połowę mniejszy niż ten, jaki jest w tej
chwili. Tamten zupełnie wystarczał do realizacji ustawowych zadań Biura Ochrony
Rządu.

Rzecznik rządu Paweł Graś, odnosząc się do informacji przekazanych przez
pracownika BOR, napisał na Twitterze, że to "brednie". A polemizującego z nim na
ten temat dziennikarza Łukasza Warzechę scharakteryzował: "bardzo panu
współczuję, pana tak wszystko wnerwia, wkurza, oburza, irytuje. Musi być pan
bardzo nieszczęśliwy". Rzeczywiście, to bardzo "merytoryczne" odniesienie.

– Uważam i tak to sobie wyobrażam, że rzecznikiem rządu powinna być osoba
budząca ogólne zaufanie społeczne. Musi to być osoba niezwykle opanowana, ważąca
każde słowo, rzetelnie odpowiadająca na pytania dziennikarzy. Wypowiedź pana
Grasia na Twitterze dalece odbiega od kryteriów, jakimi powinna posługiwać się
osoba piastująca tak ważne stanowisko w strukturze rządu. Zresztą w piątkowym
wywiadzie pada także nazwisko pana Grasia, dlatego mogę przypuszczać, że stąd
taka, a nie inna reakcja pana rzecznika. Poza tym rzecznik rządu nie powinien z
góry zakładać, że coś jest bzdurą albo nie jest, tylko dać możliwość zbadania
sprawy prokuraturze.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj