Jedna partia, jeden wódz?
Większy zarząd krajowy i osłabienie pozycji sekretarza generalnego partii
– takie dwa główne cele stawia sobie przed kongresem krajowym Platformy
Obywatelskiej Donald Tusk. I jak wynika z naszych rozmów z politykami PO,
premierowi uda się operacja osłabienia pozycji Grzegorza Schetyny. Ale marszałek
Sejmu nie poddaje się bez walki i próbuje uratować jak najwięcej ze swojej
władzy. Trzeba przyznać, że cały ostry spór o przywództwo Platforma jednak
umiejętnie skrywa i niewiele wydostaje się na zewnątrz.
Jeszcze przed wakacjami wydawało się, że druga część kongresu PO będzie
przebiegała bez większych perturbacji. Teraz jednak na zjeździe ma dojść do
gruntownego przemeblowania w partii, bo Donald Tusk zaproponował kilka istotnych
zmian w statucie Platformy. Przede wszystkim znacznie ma być zwiększony zarząd –
z obecnych 14 nawet do 35 osób. Wchodziliby do niego z klucza członkowie zarządu
partii (przewodniczący, zastępcy, sekretarz generalny, szef klubu
parlamentarnego) oraz szefowie 16 regionalnych struktur PO. Część zarządu byłaby
wybierana na zjeździe. – To dobry pomysł, bo większy zarząd spowoduje, że
liderzy regionów będą mieli szansę współdecydowania o wielu sprawach w partii –
nie ma wątpliwości Andrzej Biernat, przewodniczący łódzkiej Platformy, uważany
za stronnika premiera Tuska. Podobnie wypowiadają się inni szefowie struktur
regionalnych związani z szefem rządu. Również szef Klubu Parlamentarnego PO
poseł Tomasz Tomczykiewicz jest zdania, że dzięki większemu zarządowi premier
będzie miał łatwiejszy kontakt z działaczami swojej partii.
Odmiennego zdania są z kolei zwolennicy Schetyny. – Spośród 16 przewodniczących
regionów mniej więcej po połowie to osoby sprzyjające Tuskowi i Schetynie, ale
sprawa poszerzenia zarządu jest przesądzona, gdyż premier wprowadza ją pod
hasłem "zwiększenia demokratyzacji" w partii – mówi nam poseł PO, niechętny
zmianom w statucie proponowanym przez szefa rządu. – Na pewno większość naszych
"baronów" też jest za, bo znajdą się w zarządzie i liczą na to, iż będą
posiadali większą władzę niż teraz. Ich opinię na pewno będzie podzielać
większość delegatów na zjazd – dodaje.
Nasz rozmówca zaznacza, że Tusk umiejętnie podsyca te oczekiwania, ale tak
naprawdę zmiana ta spowoduje umocnienie pozycji premiera w partii. Szef rządu,
eliminując w przeszłości innych liderów PO, współpracował ściśle z Grzegorzem
Schetyną, co musiało doprowadzić do umocnienia pozycji sekretarza generalnego. I
teraz Tusk chce mieć jedynowładztwo w partii. Duży zarząd byłby bardzo pomocny,
bo nikt nie ma wątpliwości, że w ten sposób wiele decyzji, które dotąd zapadały
w tandemie Tusk – Schetyna, zostałoby przeniesionych na forum zarządu. A tam na
pewno premierowi łatwiej byłoby je przeforsować. – Jak znam swoich kolegów, to
szybko zarząd stanie się ciałem fasadowym, bez większego znaczenia, będą nawet
problemy z uzyskaniem kworum. I premier doskonale o tym wie – mówi jeden z
senatorów PO. – Ale mu to nie przeszkadza, bo wtedy automatycznie wzrośnie rola
przewodniczącego partii, który będzie przecież "musiał" przejmować kompetencje
zarządu. To zaś od razu spowoduje, że partia będzie zarządzana jednoosobowo. I
tego chce uniknąć Schetyna – dodaje senator. I dlatego właśnie takiego argumentu
używał też w wewnętrznych dyskusjach Grzegorz Schetyna, próbując zablokować
zmiany w statucie. Jednak jedyne, co się udało osiągnąć marszałkowi Sejmu, to
zgłoszenie propozycji, aby zarząd był mniejszy – nie 35-, a 25-osobowy.
Polityk z otoczenia Schetyny przekonuje, że propozycja została już przez Donalda
Tuska przyjęta i taki kompromis znajdzie się wśród zmian w statucie partii. –
Premier nie chce wojny z marszałkiem, Grzesiek też nie dąży do konfrontacji,
więc na pewno się dogadają – twierdzi polityk PO. – A to by oznaczało zachowanie
w dużej mierze obecnego status quo w partii. Premier może i chciałby osłabić
marszałka, ale nie jest to łatwe, bo za Schetyną stoi zbyt duża siła, a ponadto
takie konflikty zaszkodziłyby wizerunkowi partii przed wyborami samorządowymi, a
potem parlamentarnymi. Słaby wynik PO w obu głosowaniach uderzyłby wtedy także
mocno w prestiż premiera – Tusk nie może więc całkowicie "zdławić" Schetyny.
Operacja sekretarz
Premier musi się liczyć z marszałkiem Sejmu, gdyż ma on za sobą spore poparcie
lokalnych struktur PO. Chodzi nie tylko o to, że Schetyna poobsadzał swoimi
stronnikami stanowiska przewodniczących wojewódzkich i powiatowych struktur
partii. Byłego wicepremiera popiera też wielu szeregowych działaczy, a jednym z
powodów jest umiejętne podsycanie przez Schetynę antytuskowych nastrojów. Nie
chodzi oczywiście o samego premiera, ale o jego otoczenie w postaci takich osób,
jak minister Michał Boni i szef rady gospodarczej przy premierze Jan Krzysztof
Bielecki. Wielu działaczy Platformy ma żal do szefa rządu, iż tak wysoko
postawił osoby, które nie są członkami partii, które nie budowały jej struktur,
nie walczyły w kampaniach wyborczych. Ich zaletą jest zaś to, że są przyjaciółmi
szefa rządu i partii. – Grzesiek po prostu wyraża zdanie sfrustrowanego aparatu
partyjnego, odsuniętego od wpływu na to, co dzieje się w PO – twierdzi
parlamentarzysta Platformy. – Co prawda wydawać by się mogło, że poszerzając
zarząd, Tusk jednocześnie uznaje racje naszych baronów i osłabia pozycję
Schetyny, ale marszałek Sejmu też gra o swoje: zgodził się na większy zarząd w
zamian za utrzymanie stanowiska sekretarza generalnego – dodaje poseł. Zdaniem
naszego rozmówcy, premier dotrzyma słowa i tak jak obiecywał wiele miesięcy
temu, przedstawi na kongresie kandydaturę Grzegorza Schetyny na sekretarza.
Ponadto Tusk zrezygnuje z ograniczenia roli marszałka w partii – upadnie bowiem
koncepcja osłabienia znaczenia funkcji sekretarza generalnego PO.
W tym względzie Schetyna ma poparcie nawet wielu z tych działaczy, którzy nie
należą do jego sympatyków. Bo sytuacja Platformy jest taka, że nie ma osoby,
która na tę chwilę mogłaby zastąpić w partii marszałka Sejmu. Pojawia się co
prawda w mediach kandydatura posła Sławomira Nowaka, ale nie ma on poparcia
wśród delegatów na kongres. Stracił sporo w oczach aktywu partyjnego, gdy
prowadził nieudolnie kampanię wyborczą Bronisława Komorowskiego. – Partia, a
zwłaszcza jej aparat, musi być przed wyborami zmobilizowana, a nikt tak jak
Schetyna nie jest w stanie zorganizować pracy sztabu krajowego i regionalnych.
Nowak nie ma autorytetu, aby wziąć wszystkich do galopu – mówi nam osoba, która
brała udział w kilku ostatnich kampaniach wyborczych PO. Dlatego w Platformie
powszechna jest opinia, że zjazd zakończy się remisem: Tusk poszerzy zarząd
(choć otwarta jest kwestia: jak bardzo), a Schetyna pozostanie sekretarzem
generalnym. Bo premier będzie miał zbyt wiele problemów w rządzeniu państwem,
aby pozwolić sobie na podskórny, a być może nawet otwarty konflikt w partii.
Szef rządu widzi, że jak na razie opozycja jest słaba i sama ma wewnętrzne
problemy (zwłaszcza PiS), więc jeśli sam niczego nie popsuje, to ma ogromną
szansę na zachowanie władzy także po przyszłorocznych wyborach. Jeśli jednak w
PO będzie wojna, to partia może wszystko przegrać na własne życzenie.
Koalicja z Komorowskim
Marszałek Sejmu ma poza tym asa w rękawie w postaci poparcia prezydenta
Bronisława Komorowskiego. Sojusz obu panów jest coraz bardziej widoczny, bo
każdy z nich jest za słaby na samodzielne starcie z premierem, ale razem tworzą
już poważną siłę. Współpracownicy prezydenta nieraz dawali premierowi sygnały,
że Komorowski nie będzie notariuszem rządu, który podpisuje z automatu każdą
ustawę przegłosowaną przez koalicję rządową. Prezydent chce także w polityce
wewnętrznej odgrywać poważną rolę, mieć wpływ na najważniejsze reformy. To
dlatego pojawiły się groźby z ust posła Janusza Palikota, że prezydent może
zacząć wetować ustawy (np. o podwyżce podatku VAT), jeśli rząd nie będzie
realizował także jego wyborczych obietnic. Co prawda mało kto wierzy w taki
scenariusz, tym niemniej z Komorowskim Tusk musi się liczyć. A skoro z nim, to
także ze Schetyną. Tym m.in. należy tłumaczyć zakopanie topora wojennego między
Palikotem a Schetyną. Prezydent gra też umiejętnie na przejęcie sympatii
"konserwatywnego skrzydła" PO, przekonując, że mają wspólne ideowe cele. I w
naturalny sposób wielu konserwatystów zaczyna grać w drużynie Schetyny, co
jeszcze niedawno nie było takie oczywiste.
Bronisław Komorowski chce w Pałacu Prezydenckim otworzyć może nie tyle drugi
ośrodek władzy, co na tyle samodzielny urząd, aby stał się on niezależny od
premiera. Marzy mu się bowiem powtórzenie sukcesu Aleksandra Kwaśniewskiego,
który wygrał drugi raz wybory prezydenckie, mając w 2000 roku przeciwko sobie
rząd i parlament – Komorowski chce być na tyle silny, żeby nawet w sytuacji
upadku znaczenia PO i oddania przez nią władzy móc wygrać wybory w 2015 roku. I
dlatego nie może być postrzegany jako prezydent Platformy Obywatelskiej. Będzie
więc szukał okazji, aby pokazać swoją niezależność, w czym pomocny będzie sojusz
ze Schetyną. A Tusk na konflikt z Komorowskim nie może sobie pozwolić, bo ma za
plecami zbyt silną opozycję parlamentarną, a przed sobą konieczność spokojnego
przeprowadzenia państwa przez poważny kryzys finansowy.
Z drugiej jednak strony – tak przynajmniej twierdzą niektórzy parlamentarzyści
PO – Schetyna sojusz z prezydentem Komorowskim traktuje jako formę nacisku na
Tuska, a nie długofalowy sojusz. – Sojusze mają to do siebie, że mogą się
zmieniać. Grześkowi bardzo odpowiadałby kryzys czy raczej szorstka przyjaźń
między premierem a prezydentem, bo wtedy wzrosłaby jego pozycja jako pośrednika
między dwoma ośrodkami władzy – mówi polityk z bliskiego otoczenia marszałka
Schetyny.
Krzysztof Losz
