Jedenaste: Nie lękajcie się

Polska między historią a geopolityką

„Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę, i dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem. Wtedy w 1920 roku komunizm jawił się jako bardzo mocny i groźny. Już wtedy w 1920 roku zdawało się, że komuniści podbiją Polskę i pójdą dalej do Europy Zachodniej, że zawojują świat. W rzeczywistości wówczas do tego nie doszło. Cud nad Wisłą, zwycięstwo marszałka Piłsudskiego w bitwie z Armią Czerwoną, zatrzymało te sowieckie zakusy”.

Karol Wojtyła urodził się dokładnie 18 maja 1920 roku. Jego życie i jego misja były w znaczącym stopniu zdeterminowane zagrożeniem ze strony komunistycznego totalitaryzmu, ze strony Rosji Sowieckiej. W swym historycznym przesłaniu – testamencie, jakim jest „Pamięć i tożsamość”, Jan Paweł II sformułował niezwykle ważną myśl, a zarazem świadectwo:

„Po zwycięstwie w II wojnie światowej nad faszyzmem komuniści z całym impetem szli znowu na podbój świata, a w każdym razie Europy. Już jako papież usłyszałem to z ust jednego z wybitnych polityków europejskich. Powiedział: Jeżeli komunizm sowiecki pójdzie na Zachód, to my nie będziemy w stanie się obronić. Nie ma siły, która by nas zmobilizowała do takiej obrony…”.

Tę siłę do obrony mieli Polacy. Do obrony nie tylko samej Polski, ale do obrony Europy i cywilizacji Zachodu. Tę siłę miał młody ksiądz Karol Wojtyła, a potem kardynał z Krakowa. Tę siłę wziął ze sobą ze swojej Ojczyzny do Rzymu na historyczne konklawe, które wybrało Polaka w październiku 1978 roku na Papieża. To nie tylko graniczyło wówczas z cudem. To wydarzenie było cudem samym w sobie, jego konsekwencje bowiem zmieniły świat. Pamiętam, że wtedy i później, kiedy Jan Paweł zwracał się do nas – „Nie lękajcie się!” – myślałem intensywnie: a jak On, czy On sam się nie lęka? I byłem przekonany, że znam odpowiedź na to pytanie. I starałem się sam nie lękać już później w najtrudniejszych dla mnie chwilach i latach, nawet w samotności podziemnego karceru więzienia w Barczewie. Taką siłę dostałem od niego. I nie ja jeden.

Drugi cud Jana Pawła II wydarzył się na placu Marszałka Piłsudskiego. Wtedy – w czerwcu 1979 roku – ten plac przed Grobem Nieznanego Żołnierza tak się nie nazywał, gdyż komuniści, podobnie jak wcześniej hitlerowcy, zmienili jego nazwę. „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi” – powiedział Ojciec Święty. Powiedział jak prorok do swego narodu, powiedział wobec Nieznanego Żołnierza jako świadka tych słów. Tego Żołnierza – obrońcy Polski i Europy przed nawałą, która w 1920 roku szła ze wschodu na zachód, a którego zabiła sowiecka kula. Minęło niewiele czasu, kilka może kilkanaście lat, a słowo ciałem się stało. Naprawdę zmieniło się oblicze „tej ziemi”. Decyzja o zamordowaniu Papieża zapadła w Moskwie po jego pielgrzymce do Polski w czerwcu 1979 roku, kiedy Breżniew, Andropow, Gromyko i inni przywódcy Imperium Zła uznali, że Jan Paweł II musi zginąć, jest bowiem „przebiegłym i niebezpiecznym wrogiem politycznym, walczącym antykomunistą, mającym złe zamiary”. „Jest to pokorny, a zarazem perfidny i zacofany lizus amerykańskich militarystów, walczący z socjalizmem w interesie swoich wspólników zza oceanu i ich nowego szefa Reagana w Białym Domu”. Tak wyglądała dyskusja członków politbiura KC KPZR. Sowiecki minister spraw zagranicznych Gromyko dodawał od siebie: „Wywiera on na masy taki sam wpływ, jak Ajatollach Chomeini w Iranie”.

Prawdopodobnie zaplanowanie zabójstwa Papieża akurat 13 maja 1981 roku nie było przypadkowe. KGB znakomicie wiedziało, że Prymas Stefan Wyszyński umiera. Chodziło o to, aby w tym samym czasie, niemal jednocześnie, Polska i Polacy stracili obu swych najważniejszych przywódców. Nie ma na to dowodów i na pewno nie będzie. Ale już raz w historii tak się właśnie zdarzyło, kiedy w odstępie niespełna tygodnia Polska straciła najpierw generała Grota-Roweckiego, a następnie generała Sikorskiego. W 1943 roku, podobnie jak w 1981, Polska odgrywała na mapie politycznej świata ogromną rolę, dużo większą niżby się wydawało. Wyeliminowanie czołowych przywódców Polski oznaczało zarazem wyeliminowanie Polski z rozgrywek globalnych, ułatwiało Moskwie prowadzenie gry z Zachodem przeciwko temu Zachodowi.

A jednak 13 maja 1981 roku na placu Świętego Piotra na oczach całego świata nastąpił cud. Papież ocalał! Przyjął na siebie cios, który miał spaść na Europę. Przelał krew w obronie wiary, cywilizacji, wolności. Santo subito!!! Słowa te zrobiły medialną karierę. Stały się oczekiwaniem nie tylko na kanonizację jako taką. Słychać nawet głosy zniecierpliwienia, dlaczego to tak długo trwa i co jeszcze potrzeba udowadniać ludziom dobrej woli, którzy nie mają wątpliwości. Ale takie są procedury i proces musi trwać.

Zastanawiam się nad czymś innym. Przed wiekami, w okresie swej świetności i potęgi, Rzeczpospolita nazywana była przedmurzem chrześcijaństwa albo przedmurzem Europy. A w XX wieku, w najgorszym i najtragiczniejszym dla nas okresie, czy Polska nie przyjmowała na siebie ciosów i uderzeń, chroniąc w ten sposób innych? Czy nie wiązaliśmy sił dwóch zbrodniczych ludobójczych totalitaryzmów, a dla nas dwóch okupantów, po to, by inni mogli nabierać sił? Wreszcie czy polski Papież nie był najważniejszą opoką tego przedmurza XX wieku i czy jego „Nie lękajcie się” nie było 11. przykazaniem, zwłaszcza dla tych, którzy walczyli z przemocą w słusznej sprawie?

Józef Szaniawski
drukuj