Jasełka z polską twarzą
Ewa Polak-Pałkiewicz
Zaroiło się w polskich kościołach, szkołach, a nawet na ulicach, gdzie wystawia się tradycyjne szopki, od postaci w długich szatach, z aureolami nad głową, kosturami w ręku, w prostych sandałach. Jak zwykle, problem jest z Dzieciątkiem („czy może Nim być sklepowa lalka?”), i czy dziewczynka grająca Maryję nie jest zanadto „młodzieżowa”. Czy święty Józef może mieć farbowane włosy i okulary, i przez to przypominać pociesznego Świętego Mikołaja? Ale to trochę udawane problemy. Odpowiedź z reguły brzmi: „tak”. Nie jest pewne, czy ktoś jeszcze w Polsce na serio zadaje sobie podobne pytania. Oprócz, ma się rozumieć, sióstr zakonnych, jak zwykle zatroskanych, by forma współgrała z treścią, by nie piętrzyły się „efekty” i iluminacje kosztem przekazu, jaki ma płynąć z prawidłowo, czyli dostojnie ukazanej – ale kto jeszcze rozumie, co to ma znaczyć? – stajenki.
W dobie postmodernizmu, który miesza wszystko ze wszystkim, by z tego wzorcowo zaplanowanego chaosu wyłowić tłuste kąski w postaci przemienionej wrażliwości ludzkiej, zatraconego poczucia umiaru i nieskrywanego upodobania do kiczu – a zwłaszcza szczególnie groźnej jego odmiany, jaką jest kicz religijny – a nawet odwróconych znaków dobra i zła, nic nas nie powinno zaskoczyć. A jednak warto stoczyć jeszcze raz bój o prawdę w przedstawieniach jasełkowych, w interpretacji polskich kolęd, bo może się kiedyś okazać, że to właśnie te „szczegóły” – nieistotne z punktu widzenia wielkiej medialnej sceny, teatru świata, gdzie przesuwają się przed naszymi oczyma miliony „świątecznych” twarzy, gestów i gadżetów – ocalą kiedyś nasze wspomnienia prawdziwych, polskich Świąt Bożego Narodzenia. Ocalą coś tak doniosłego jak kultura religijna.
I tak, jak troszczymy się o wykrochmalony, bez jednej plamki, śnieżnobiały obrus wigilijny, prawdziwe sianko pod nim, opłatek na najlepszym, nieobtłuczonym talerzyku, tak warto zatroszczyć się, by postaci z jasełek nie przypominały przybyszy z innej planety czy bohaterów komiksu lub kreskówki. By cała ich sceneria nie była urywkiem z filmu science fiction czy fragmentem nachalnej reklamy. By nie mieszać jednego z drugim. Bo, doprawdy, nie wszystko można ustawić na tym samym poziomie, nie wszystko da się do siebie dopasować i doskonale „wyrównać”. Jest jeszcze polski styl, jest głęboka chrześcijańska kultura. Jest piękno, które ocala – ludzi i narody.
Gdzie są mecenasi kultury sakralnej?
Gdzie zatem szukać odpowiedzi na pytanie o ten najlepszy, najwłaściwszy kształt dla polskiej tradycji bożonarodzeniowej? Patrząc na postać Dzieciątka leżącego w żłobie, umieszczoną u stóp ołtarza w Bazylice św. Piotra w czasie noworocznej Mszy Świętej, w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, uświadomiłam sobie, że jej piękno tkwi w pietyzmie, z jakim ją wykonano. Wiek XVIII, może XIX? Jest coś porywającego w delikatnej twarzyczce (nie jest to bezmyślna twarz lalki ani przesłodzona noworodka o nieproporcjonalnie dużej głowie) i tak wielokrotnie powtarzanym w sztuce sakralnej, a przecież niepowtarzalnym geście wyciągniętych ku światu rąk. Gdy figurka nowo narodzonego Jezusa wykonana jest z dbałością o każdy szczegół, zawsze będzie przyciągać spojrzenie, budzić najżywsze poruszenie serca, nigdy nie będzie „nudna”, naiwna, sztuczna. Czy współcześnie tworzone i stawiane w tak wielu miejscach szopki nie powinny być wyzwaniem dla artystów i mecenasów sztuki, jakimi są, siłą rzeczy, księża proboszczowie, ale jakimi mogliby się stać także ojcowie polskich miast i gmin? Czy wzorce dla tych dzieł trzeba czerpać koniecznie z kultury masowej, która sprowadza się dziś tak często do prymitywnej, a nierzadko prostackiej i odpychającej reklamy, z jej kakofonią barw i schematycznym, a czasami wręcz odczłowieczonym ujęciem postaci ludzkiej? O ileż lepszym wzorcem jest prostota przedstawień Świętej Rodziny w kulturze ludowej, ale tej autentycznej, surowej, nietkniętej przez zatruty ognik komercji, nieprzylizanej przez gusta coraz mniej odporne na urok plastikowych, i tych z masy solnej, butikowych namiastek.
Ojczyzna polskiego ducha
O pilnej potrzebie korzystania przez współczesne pokolenia Polaków z najlepszych wzorców narodowej i europejskiej kultury pisał niedawno Ryszard Legutko w dramatycznym tekście upominającym się o powstanie muzeum Kresów („Rzeczpospolita”, 13-14 grudnia 2008). To tragiczna i zupełnie przemilczana prawda, że wraz z odcięciem nas od tej skarbnicy kultury duchowej i materialnej, jaką były polskie Kresy, nastąpiło gwałtowne i niczym niepowetowane zubożenie nie tylko w warstwie myśli, świadomości, ale właśnie estetycznych „miar i wag”, które mogłyby tworzyć pewien ideał rozmowy o najważniejszych dla człowieka sprawach, jaką są sztuki piękne. W tę pustkę wpychała się przez wiele lat parciana, cuchnąca dziegciem „kultura socjalistyczna”, z jej kultem pijaństwa i powstającymi w upojeniu alkoholowym „dziełami” twórców socrealizmu czy natrętnej konstruktywistycznej „awangardy”. Dziś nowe ideowe mody próbują nam narzucić kolejną sztampę myślową: wielokulturowość. I tylko pod tym hasłem, jak zauważa trzeźwo krakowski filozof, temat polskich Kresów ma prawo pojawić się w polskim życiu publicznym. Ta „mocno podejrzana koncepcja” – jak pisze Ryszard Legutko – głosi, że „społeczeństwa składają się z 'kultur’, które to słowo przestało w tej chwili znaczyć cokolwiek. Kultury są bowiem etniczne, obyczajowe, religijne, płciowe i wszelkie inne: cokolwiek jest, może być uznane za 'kulturę'”.
Ktoś, kto nigdy nie miał szansy poznać np. historii i dorobku myśli cywilizacyjnej, naukowej, teatru, kultury plastycznej i muzycznej Lwowa, jak współczesne pokolenia Polaków, których w szkole uczono, owszem, o historii Warszawy i Krakowa, ale nigdy Lwowa, istotnie może się – jeśli zabraknie przekazu rodzinnego – nabrać na ten chwyt, sprytną sztuczkę dla konsumentów „modnych” idei, nigdy niesytych nowości, żonglujących pojęciami, których nie rozumieją. Zgodnie z koncepcją „wielokulturowości”, jak pisze Ryszard Legutko, „społeczeństwa są niczym innym jak zestawem 'kultur’, które ze sobą koegzystują, oddając się 'dialogowi międzykulturowemu'”.
Dlaczego ten zręczny zabieg semantyczny tak celnie sprowadza na manowce myślenie o własnej tożsamości? Bowiem „nie pozwala sensownie postawić pytania o charakter całego społeczeństwa, o źródła jego spoistości, o naturę konfliktów czy o jego kulturę w istotnym i właściwym sensie tego słowa”. Multikulturowość jest podrzutkiem wypaczającym jasne myślenie o własnej przeszłości i teraźniejszości. To m.in. ona odpowiedzialna jest za bylejakość form estetycznych odnoszących się do naszej tradycji religijnej. Bo wzorców szuka się wciąż na zewnątrz. W egzotyce, prymitywizmie ludów pierwotnych, masowej sztampie. Nie tam, gdzie bije źródło. Nie tam, gdzie są korzenie naszej duchowości. Nie tam, gdzie drzemią kolebki narodowej kultury, jak nieprzebrane bogactwo sztuki sakralnej i świeckiej polskich Kresów – wzbogaconej, zgoda, wzornictwem, folklorem etc. chrześcijańskich narodów ościennych, które żyły w obrębie Rzeczypospolitej, a nie zachowały ścisłego kordonu własnej odrębności. Ryszard Legutko ze smutkiem konstatuje, że Polacy, poddając się tej nowej ideologii, wpadli na pomysł, „iż to właśnie oni są pionierami multikulturalizmu, czego przykładem miała być Pierwsza Rzeczpospolita. Stąd jedyny obraz Kresów, jaki znalazł oficjalną akceptację – przedstawia się je jako wielką społeczność tolerujących się i dialogujących ze sobą 'kultur'”.
Czy nie warto zatem przedostać się do tej kopalni bezcennego kruszcu: ponadczasowego wzorca, modelu, inspiracji i prawdziwego geniuszu Polaków, którzy żyli i tworzyli przez kilkaset lat we Lwowie, Wilnie, Krzemieńcu, Tarnopolu, w niezliczonych szkołach malarskich, muzycznych, uniwersytetach i akademiach, wznosząc świątynie, biblioteki, rezydencje, pałace, pomniki, zakładając parki i ogrody botaniczne, tworząc „zdarzenia, symbole, które formowały polską świadomość, a zniknęły tylko z tej racji, że znajdują się lub dotyczą obszaru będącego dzisiaj poza granicami naszego kraju”? Warto przyłączyć się do apelu Ryszarda Legutki o utworzenie muzeum polskich Kresów, nie tylko dlatego, by przeciwstawić się pokutującym wciąż w Polsce echom propagandy komunistów, jakoby mówienie o tej części Rzeczypospolitej miało przywoływać obraz „zgorzkniałych starców z Wrocławia czy Bytomia żyjących w świecie bezpożytecznej nostalgii”, a ich programowe zapomnienie miało być przejawem „nowoczesnej świadomości historycznej”.
Multikulturowe jasełka, wzbogacane dźwiękami afrykańskich bębnów i tam-tamów lekcje wychowania obywatelskiego (dziś tzw. wos) to wyraz kompleksów ludzi odartych z tożsamości – niestety, również na własne życzenie. Wtedy, gdy bardziej niż we własną historię wsłuchujemy się w to, co podrzucają nam media, a „polscy publicyści”, jak zauważa z sarkazmem Ryszard Legutko, „bardziej przejmują się losem Azteków czy Aborygenów niż milionami rodaków, którym zabrano ziemię, domy, własność, a często także życie”. Naród, który zapomina o swojej przeszłości, o grobach przodków, a przede wszystkim o świadectwie życia i losie własnych wypędzonych, nie jest godny większej chwały, niż bycie niesionym w niewiadomym kierunku przez zwiewne prądy współczesnej popkultury z wysmażonymi naprędce „zapchajideami”.
Uświadomiłam to sobie w sposób dotkliwy, gdy pewna dama obdarzona świetnym głosem oraz imponującym futrem do kostek odśpiewała w kościele parę naszych najwspanialszych kolęd – pięknie i stylowo – a następnie, przy aplauzie przynajmniej części zgromadzonych, zrzucając futro, radośnie wykonała operetkową arię o tym, że „rzucił ją kochanek”. Stopnie ołtarza, tuż przy tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, potraktowane zostały jak karnawałowa estrada, a wnętrze kościoła jak sala o świetnej akustyce. Tylko tyle. Aż tyle. To nie mogłoby się wydarzyć w polskim Lwowie.
Muzeum polskich Kresów jest potrzebne, byśmy mogli dalej żyć. Żyć tym, czym jest polska kultura w jej najdoskonalszych, najczystszych przejawach. W rzeczywistości „kulturowej” mieszanki dech odbiera ciężka woń światowej „perfumy”. I – mimo tylu atrakcji, fajerwerków i zabawnych scenek – nie ma czym oddychać.
