Japonia nie ma wyjścia
Z Tomaszem Chmalem, ekspertem Instytutu Sobieskiego w zakresie energetyki,
rozmawia Piotr Falkowski
W Japonii jest aż 55 czynnych reaktorów jądrowych. Skąd wynika tak intensywny
rozwój energetyki nuklearnej w tym kraju?
– Powód tego jest bardzo prozaiczny. Japonia nie ma żadnych surowców
mineralnych. Kupują ropę naftową, węgiel, gaz, mają terminale gazu skroplonego.
I nie chcąc się jeszcze bardziej uzależniać od dostaw zewnętrznych, Japończycy
postanowili postawić na energię jądrową. W przeciwnym razie musieliby sprowadzać
ogromne ilości węgla na przykład z Australii. Jeżeli jakiś kraj ma inne zasoby,
to w energetykę nuklearną nie będzie wchodził, a jeżeli nie ma, to jest to
najbardziej naturalna możliwość.
Nawet pomimo ryzyka związanego z trudną sytuacją sejsmiczną i tektoniczną?
– Ależ Japończycy o tym dobrze wiedzą i to ryzyko jest przewidziane i
wkalkulowane. Oczywiście zrobiono wszystko, aby nie dochodziło do awarii,
konstrukcje są odpowiednio wzmocnione, zainstalowano szereg zabezpieczeń. Przy
tego typu inwestycjach nikt nie jest naiwny. Pięćdziesiąt lat temu też
wiedziano, że trzęsienia ziemi się zdarzają i zawsze mogą się powtórzyć. Tak
więc na ile to możliwe, takie niebezpieczeństwo uwzględniano. Przy czym technika
idzie do przodu i oczywiście każda kolejna elektrownia jest i pod tym względem
lepsza od poprzedniej. Ale tego typu zagrożeń nie da się nigdy wykluczyć
całkowicie. I stało się to, co się stało.
No właśnie, co właściwie nie zadziałało w Fukushimie?
– Ta elektrownia ma 40 lat, więc jest starsza od elektrowni w Czernobylu, ale
Japonia była wtedy dużo bardziej zaawansowana technologicznie niż Związek
Radziecki. I zresztą nadal Japonia przoduje w tej dziedzinie. Kiedy pojawiły się
pierwsze wstrząsy, systemy zabezpieczeń automatycznie wyłączyły reaktory, to
znaczy przerwały trwającą tam reakcję łańcuchową. Problem, który się pojawił,
dotyczy chłodzenia. Używana do tego woda jest przepompowywana i schładzana przy
użyciu energii wytwarzanej przez samą elektrownię. Gdy tej zabraknie, korzysta z
rezerwowych generatorów zasilanych ropą naftową. Niestety, te zostały zalane
przez tsunami i przestały działać. I pojawiła się groźba odsłonięcia rdzeni
reaktorów, stopienia osłon i wycieku substancji radioaktywnych.
Czekamy z niepokojem, co się tam stanie, a w tym czasie opinia na całym
świecie zaczyna się bać o stan swoich elektrowni atomowych, tam gdzie one są,
pojawiły się nawet głosy o wstrzymaniu programów rozwoju energetyki jądrowej.
Czy te deklaracje są wiarygodne?
– Europa w ogóle jest strachliwa i wrażliwa na tego typu doniesienia. Ruchy
ekologiczne są silne i mają duży wpływ na opinię publiczną, szczególnie jest to
widoczne w Niemczech, gdzie od 1998 roku jedną z partii rządzących zostali
Zieloni. Podczas ośmiu lat zielono-czerwonej koalicji skoncentrowano się na
energii odnawialnej, odwracając się od węgla i atomu. Wówczas postanowiono do
2020 roku wygasić wszystkie reaktory jądrowe. Angela Merkel wycofała się z tego,
gdy zdała sobie sprawę, że Niemcy nie mają właściwie niczego w zamian. Teraz
następuje pod wpływem tej tragedii w Japonii powrót do planów poprzedniej ekipy.
W Niemczech jest silny społeczny opór wobec energetyki jądrowej. Odwrotnie jest
we Francji, która w tej dziedzinie w Europie przoduje i jest eksporterem
technologii nuklearnych, więc na pewno nie zmieni teraz polityki, której się
trzyma od czasów de Gaulle´a. Sądzę, że tak też będzie w Japonii. Zostaną
wprowadzone nowe zabezpieczenia, ograniczenia, procedury awaryjne, ale od
rozwoju energetyki jądrowej nie odejdzie. Ostatnie wypowiedzi wynikają z emocji
i dostosowania się polityków do nastrojów społecznych.
Dziękuję za rozmowę.
