Impreza na gruzach państwa polskiego

Z Ewą Stankiewicz, reżyserem, współtwórcą filmów "Solidarni 2010" i
"Krzyż", rozmawia Bogusław Rąpała

Pojawia się kolejny Pani film o wydarzeniach z Krakowskiego Przedmieścia pt.
"Krzyż". Co w nim zobaczymy?

– Relacje większości mediów przedstawiające wydarzenia na Krakowskim
Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej były bardzo jednostronne. Dlatego w moim
filmie chcę pokazać drugą stronę tamtych wydarzeń. Film może być zatem cennym
materiałem porównawczym dla ludzi, którzy chcieliby wyrobić sobie opinię, co
naprawdę działo się pod krzyżem. Ten film jest moim spojrzeniem. Ale nie roszczę
sobie pretensji do tego, żeby narzucać swoją wizję jako jedynie obowiązującą.

Można powiedzieć, że jest to ciąg dalszy filmu "Solidarni 2010"?
– Choć przedstawia kontynuację wydarzeń przedstawionych w moim pierwszym filmie,
to raczej powinno się go nazwać "Antysolidarni 2010", ponieważ pokazuje rodzenie
się pogardy i nienawiści, które w końcu doprowadzają do tragedii. Ten proces ma
miejsce w Polsce od dłuższego czasu. Wiem, że to mocne słowa, ale ocieramy się
obecnie o bardzo niebezpieczne zjawisko, jakim jest próba wykluczenia całej
grupy społecznej z przestrzeni życia publicznego. Robi się to za pomocą
szyderstw, dyskryminacji poglądów oraz niedopuszczenia do autentycznej debaty
publicznej – za zgodą i namową pseudoautorytetów życia publicznego. Wolność
przekonań i wolność poglądów politycznych jest dziś u nas fikcją, czymś, co się
po prostu tępi. Odnoszę wrażenie, że można mieć tylko jedno tzw. właściwe
przekonanie. Działania te obliczone są na skłócenie Polaków i szczucie jednych
przeciw drugim. Trzeba się temu przeciwstawić.

W roli głównej zobaczymy tych, którzy przeszkadzali osobom modlącym się pod
krzyżem, obrażali ich, a niejednokrotnie brutalnie atakowali?

– Tych, którzy potrafili i nadal potrafią drwić z żałoby po ofiarach katastrofy
smoleńskiej. Zobaczymy ludzi, którzy pod pretekstem wolnościowych haseł
rozdzielenia Kościoła od państwa dopuszczali się aktów przemocy i agresji wobec
osób modlących się na ulicy. Nawiasem mówiąc, tych haseł ludzie broniący krzyża
wcale nie kwestionowali. Starałam się odpowiedzieć na obraz, który był w
mediach, a więc ten, jaki stworzył sobie przeciętny widz TVN czy Polsatu. Jeśli
chcemy mówić o obiektywizmie i równowadze relacjonowanych wydarzeń, widz musi
mieć materiał porównawczy, aby mógł poznać inny punkt widzenia i wyrobić sobie
własne zdanie.

Będąc wówczas na Krakowskim Przedmieściu, można było stać się świadkiem
olbrzymich napięć pomiędzy zbierającymi się tam ludźmi. Pani zebrała to w jeden
dokument.

– Film jest zderzeniem dwóch światów, dwóch grup ludzi. Pokazane są skrajności.
To, co początkowo miało charakter spotkań pod krzyżem, a więc unikalne rozmowy i
dyskusje, jakie tam miały miejsce, w mediach zostało całkowicie pominięte z
powodu swego rodzaju cenzury i poprawności politycznej. Atmosferę podgrzał
prezydent elekt, który zapowiedział zabranie krzyża bez podania jakichkolwiek
konkretów dotyczących innej formy upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej. Ta
niedobra atmosfera z mediów przeniosła się pod krzyż. Większość środków masowego
przekazu za świetną zabawę uznała możliwość szydzenia z modlących się osób.
Szybko też znalazła się grupa ludzi, którą ciężko uznać za margines społeczny, a
która – widząc to wszystko – chętnie zareagowała na przyzwolenie państwa na tego
rodzaju zachowania wyrażane w agresji słownej i fizycznej. Wtedy zaczęła się
eskalacja przemocy. Działy się rzeczy straszne. Nie przypuszczałam, że będę
świadkiem takich scen dziś w centrum Warszawy.

Jak przebiegały prace nad filmem?
– Robienie zdjęć trwało niecały rok. Etap najintensywniejszej pracy z kamerą
przypadł na listopad i grudzień. Plus montaż, czyli około trzech miesięcy.

Tytuł "Krzyż" sam się nasunął?
– To wynik kompromisu. Ja chętnie zatytułowałabym ten film: "Jest krzyż, jest
impreza". Ale decyzję podjęliśmy wspólnie, w szerszym gronie. Dlatego ustąpiłam.

Z całą pewnością praca nad tym filmem nie należała do łatwych. Tym bardziej
że chciała Pani utrwalić tzw. przeciwników krzyża. Co było dla reżysera
najtrudniejsze?

– Na niektóre rzeczy trudno mi było po prostu patrzeć. Bolały. Bo ciężko jest na
przykład przyglądać się, jak siły porządkowe szarpią i wyprowadzają ludzi
czuwających przy krzyżu, a rozbawiony tłum młodych ludzi skanduje: "prewencja"
lub "dziękujemy", w przeświadczeniu, że opowiada się za praworządnością. A
tymczasem była to impreza na gruzach państwa polskiego. To były trudne chwile.
Natomiast jeśli chodzi o samą pracę nad filmem, to po raz pierwszy w życiu
zdarzyło mi się, że spotkałam się z taką rezerwą części ludzi do mojej kamery.

Czym był spowodowany ten dystans?
– Zaczynało się, kiedy niektóre osoby podchodziły i dowiadywały się, że właśnie
powstaje druga część filmu "Solidarni 2010". To był skutek kłamstw, które
przylgnęły do tego filmu. Szczególnie tych mówiących, że podczas jego realizacji
zatrudnieni zostali zawodowi aktorzy. Teraz zastanawiam się, czy w związku z tym
nie powinnam skierować sprawy do sądu. Wcześniej to zignorowałam, uważając za
absurd. Myślałam, że nikt, kto zobaczy film, nie będzie w stanie w to uwierzyć.
No ale, jak widać, walka jest brutalna. Nie używa się argumentów, lecz kłamstw i
oszczerstw. Okazało się, że te pomówienia, podane w silnej dawce i wiele razy
powtórzone, potrafią przylgnąć do człowieka i do jego pracy. A to jest tak
absurdalne. Nigdy nawet nie przyszłoby mi do głowy, żeby w kontekście tego
dokumentu obserwacyjnego kogokolwiek w trakcie kręcenia filmu wynająć, a tym
bardziej opłacić. Szczególnie że zajmuję się filmami dokumentalnymi.
Eksponowanie jednego z kilkudziesięciu zawodów osób wypowiadających się w filmie
– i to zawodu aktora – miało za zadanie podważyć wiarygodność pokazanych ludzi.
Niestety, część społeczeństwa "kupiła" to kłamstwo i tam, na Krakowskim
Przedmieściu, oberwało mi się za to.

Doświadczyła Pani agresji fizycznej?
– Tak. Wbrew temu, co twierdziła policja, co noc dochodziło tam do wielu aktów
przemocy. Niektóre z nich były bardzo niebezpieczne. Mogło dojść do tragedii.

Mogła Pani wtedy liczyć na czyjąś pomoc?
– Miałam bliską mi osobę. Był nią mój kuzyn Paweł Hermanowski, który nieraz
własnym ciałem bronił mnie i inne starsze osoby, które czuwały przy krzyżu.
Widział, co się tam działo, dlatego starał się być ze mną. Jestem mu za to
bardzo wdzięczna.

Policzyła Pani kiedyś, ile nocy spędziła Pani wśród zebranych pod krzyżem na
Krakowskim Przedmieściu?

– Myślę, że kilkadziesiąt.

Spotkała Pani tam różnych ludzi…
– Muszę powiedzieć, że spotkania z ludźmi pod krzyżem były dla mnie niesamowitym
doświadczeniem. Było też mnóstwo osób, które wprawdzie nie były zwolennikami
ustawienia tam krzyża czy budowy pomnika, ale brały udział w normalnych
dyskusjach. Darzę ich za to bardzo dużym szacunkiem, zresztą tak jak każdego
innego człowieka. Te spotkania były dla mnie bardzo ważne. Chciałabym odesłać do
filmu, bo w nim starałam się te niesamowite spotkania udokumentować. Chociaż
muszę przyznać, że wybranie z kilkuset godzin nagrania niecałych dwóch, jest
zadaniem bardzo trudnym. Mam jednak nadzieję, że te najciekawsze momenty udało
mi się pokazać.

Co osobiście dała Pani praca nad filmem?
– Trochę inne spojrzenie na Polskę. Może mniej idealistyczne, za to bardziej
realne. Takie otrzeźwienie co do tego, gdzie jestem i pośród jakich ludzi żyję.
I jest to na pewno cenne doświadczenie. Choć wcale niełatwe.

Jak Pani myśli, jaka będzie reakcja na "Krzyż"?
– Jestem pewna, że film będzie brutalnie atakowany w wielu mediach, ponieważ
pokazuje ich niechlubną rolę w wydarzeniach przed Pałacem Prezydenckim. Widać w
nim transparenty, które mówią, że konkretne media kłamią. Film jest oskarżeniem
tych środków masowego przekazu, które uczestniczą w pewnej grze, w walce
politycznej. Nie spełniają swojej roli, jaką jest m.in. kontrolowanie władzy, a
tym samym psują polską demokrację. Nie wątpię, że znajdą się dziennikarze,
którzy nie mając większych osiągnięć w śledztwie dotyczącym katastrofy
smoleńskiej, wykażą się aktywnością i bystrością w tropieniu wszelkich aspektów,
które mogłyby mój film zdyskredytować. Taka próba będzie na pewno.

Czy powstanie kolejna część?
– Nie wiem, jak dalej się to wszystko potoczy. Odczuwam w sobie potrzebę
dokumentowania rzeczywistości, szczególnie wtedy, gdy dzieje się coś ważnego.
Jestem pewna, że historia rodzenia się nienawiści i pogardy z jednej strony, a z
drugiej – reakcji tej części społeczeństwa, która nadal dotkliwie odczuwa stratę
96 ofiar katastrofy smoleńskiej, a którą próbuje się teraz wykluczyć i
zagłuszyć, się nie skończyła.

Tym bardziej że zbliża się pierwsza rocznica katastrofy smoleńskiej…
– W naszym społeczeństwie zostały uruchomione pewne procesy. Katastrofa pod
Smoleńskiem była ogromną stratą dla Polski, nagle odeszli bardzo wartościowi
ludzie. Była to również katastrofa państwa polskiego. Mam na myśli to, jak nasz
kraj zareagował na śmierć swojego prezydenta. Oddając śledztwo w ręce Rosjan,
oddaliśmy własną suwerenność. Ale jednocześnie ta katastrofa obnażyła proces,
który przez ostatnie kilkanaście lat miał miejsce. Coś, co było zawoalowane, się
ujawniło.

Myśli Pani o zjawisku określanym jako "przemysł pogardy", rozpętanym przez
główne media?

– Właśnie tak. O dyskryminacji poglądów prawicowo-patriotycznych. Dyskryminacja
ta była początkowo dosyć miękka, pozostająca w sferze żartów i niedomówień, ale
szybko postępowała i okazała się niezwykle skuteczna. Katastrofa spowodowała
ujawnienie się dwóch grup: prześladowanej i tej, która się tego prześladowania
dopuszcza. To pociągnęło za sobą mobilizację i uaktywnienie się tej pierwszej
grupy. Ci ludzie próbują się teraz zorganizować. Próbują budować własne media.
To nie jest proste w kraju, gdzie media i finanse opanowane są przez układ
pookrągłostołowy, czyli przez lewicową opozycję i postkomunistów. Ale to się
dzieje. Jest faktem. Widać, że ludzie są zdeterminowani do działania. To
początki przemian w Polsce i budowania czegoś nowego.

Uda się?
– Musimy zadać sobie pytanie, w jakiej sytuacji geopolitycznej obecnie się
znajdujemy. Sposób zachowania naszego rządu po katastrofie obnażył i utrwalił
nowy podział strefy wpływów w Europie. Jesteśmy jednak w rosyjskiej strefie
wpływów i okazuje się to ważniejsze niż nasza przynależność do NATO. Przecież w
katastrofie zginęli natowscy generałowie. I co? I nic. Głowy największych państw
nie pojawiły się na żadnym z pogrzebów, tłumacząc się chmurą wulkanicznego pyłu.
Chmura nie chmura, ale kto chciał, to przyjechał. Ich nieobecność jest bardzo
wymowna. Mając świadomość tego wszystkiego, rodzi się pytanie, czy te przemiany
społeczne będą mogły się w naszym kraju dokonać, czy jednak wpływ obcych agentur
i kapitałowych grup interesu okaże się tak silny, że je sparaliżuje. Tego nie
wiem.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj