Jak tu sprzedać skórę?

Ten rok jest jednym z najgorszych dla branży skórzanej od 1989 roku.



Import obuwia i wyrobów skórzanych z Azji to wciąż największy problem dla naszych producentów. Najbardziej doskwiera im to, że importerzy są przez nasze prawo lepiej traktowani, nie muszą spełniać wszystkich norm i obowiązków, które spoczywają na krajowych producentach, przez co ich wyroby mogą być jeszcze tańsze. Ale jest nadzieja na to, że sytuacja ta się zmieni, na czym ma zyskać także konsument, bo nowe regulacje prawne mają ograniczyć przywóz do Polski produktów niebezpiecznych dla zdrowia.

O problemach sektora skórzanego pisaliśmy w poprzednim dodatku „Kupcy Polscy”. Przypomnijmy, że kryzys w branży skórzanej i szerzej – w przemyśle lekkim obejmującym także dziewiarstwo, w dużej mierze wziął się z tego, że do kraju szeroką rzeką napływają produkty z importu, głównie z Azji. Buty, odzież skórzana, galanteria trafiają do nas z Chin, Wietnamu, Bangladeszu, Pakistanu czy Indii. Wszędzie tam bardzo niskie są zwłaszcza koszty pracy, które akurat przy produkcji obuwia czy ubrań mają decydujące znaczenie dla ceny produktu. Globalizacja, umowy handlowe zawierane przez Unię Europejską spowodowały, że nasza granica jest otwarta dla importowanych wyrobów. Dostawca może przywieźć niemal wszystko, nie obawiając się kontroli celnej. W dodatku statki z Azji nie zawijają nawet do portów w Polsce, ale towar jest odprawiany w Hamburgu lub Rotterdamie i stamtąd trafia tirami do Polski jako transport towaru na wewnątrzunijnym rynku.

– Z tego powodu nawet nie wiemy, co jest przywożone, jakiej jakości są to wyroby i przede wszystkim ile ich trafia na nasz rynek – mówi Kazimierz Klepaczewski, przewodniczący Polskiej Izby Branży Skórzanej w Radomiu. – Myśmy już od dawna apelowali do kolejnych rządów przynajmniej o kontrolę importu, skoro nie można postawić żadnych barier celnych, abyśmy przynajmniej wiedzieli, co jest wwożone do naszego kraju i ile tego jest – dodaje.

I wieloletnie zabiegi przedsiębiorców być może wreszcie przyniosą pozytywny skutek, bo w Ministerstwie Gospodarki trwają prace nad przygotowaniem odpowiednich przepisów pozwalających na sprawdzanie jakości importowanych butów i odzieży.


To nie zakaz, to kontrola


Izba od dawna interweniowała np. w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), aby Inspekcja Handlowa prowadziła kontrolę importowanych produktów skórzanych. – Chcemy, aby importerzy byli traktowani tak samo jak krajowi producenci – podkreśla Klepaczewski. Rodzimy producent musi przestrzegać wielu przepisów dotyczących wprowadzania na rynek bezpiecznych dla konsumentów produktów. W przypadku butów czy kurtek skórzanych muszą być one wykonane ze skóry, która nie zawiera np. chromu sześciowartościowego, substancji kancerogennych, co wymaga stosowania odpowiednich technologii przy garbowaniu skóry. Poza tym lico (wierzch) skóry musi być naturalne, a nie sztuczne. Jeśli jakikolwiek zakład złamałby te zasady, naraża się na dotkliwe kary finansowe. Importerzy tymczasem działają tak, jakby ich nie obowiązywały żadne reguły: nikt nie sprawdza jakości produktów, które wwieźli do Polski, co powoduje, że bardzo często trafia do nas towar kiepskiej jakości, wręcz niebezpieczny dla konsumentów. – Świadczą o tym choćby reklamacje, jakie trafiają do naszej izby, w których klienci skarżą się właśnie na jakość butów lub odzieży z Chin czy Wietnamu. Takie produkty ze względu na swoje cechy nie powinny w ogóle znaleźć się w sklepach – mówi Kazimierz Klepaczewski.

I choć PIBS wiele razy alarmowała o tym fakcie Inspekcję Handlową, niewiele udało się wskórać. Okazało się bowiem, że IH ma np. prawnie ograniczone możliwości kontroli… importowanych butów. Jest jednak szansa na zmianę tej sytuacji.

Podczas branżowego spotkania w Poznaniu, które odbywało się w trakcie Międzynarodowych Targów Obuwia i Wyrobów ze Skóry, Alicja Wołukanis z Ministerstwa Gospodarki poinformowała, że przygotowywane są regulacje prawne, które nałożą na importerów takie same obowiązki, jakie mają krajowi wytwórcy. Importerzy będą musieli składać deklaracje, że przywiezione przez nich produkty są w pełni bezpieczne i będą musieli określić, ile wwieźli do Polski np. par butów. To ważne, bo gdyby się okazało, że produkt jest jednak szkodliwy i trzeba go wycofać z rynku, IH będzie wiedziała, czy importer wypełnił rzetelnie ten obowiązek.

Otwarte pozostaje pytanie, czy nie narazimy się na sprzeciw Komisji Europejskiej, skoro Unia jest niechętna ograniczaniu azjatyckiego importu i czy nie potraktuje tego jako stawiania mu barier. Alicja Wołukanis powiedziała, że w naszym prawie są przepisy określające stosowanie niebezpiecznych substancji w przemyśle, jest także unijne rozporządzenie nakazujące ograniczanie stosowania chemikaliów.

Z kolei Bogusław Woźniak, dyrektor Instytut Przemysłu Skórzanego w Łodzi, poinformował, że o tym, iż sprawa jakości importowanych produktów została wreszcie poważnie potraktowana przez władze, świadczy to, że IPS otrzymał zlecenie przeprowadzenia badań dotyczących szkodliwych substancji w importowanym obuwiu i innych wyrobach skórzanych.

To, do czego przygotowuje się Polska, jest już od dawna praktykowane na Zachodzie. Gdy polscy garbarze sprzedają skórę do Niemiec, muszą podpisać deklarację, że skóra jest towarem bezpiecznym i nie zawiera szkodliwych substancji zabronionych przez unijne i niemieckie prawo. W razie wpadki importer płaci ogromne kary i traci przede wszystkim kontrakty i rynek. Tam nikogo takie obostrzenia nie dziwią, nie jest to traktowane jak walka z wolnym rynkiem, bo wszyscy mają takie same obowiązki, zarówno niemieccy producenci, jak i importerzy. Natomiast w Polsce przez wiele lat wszelkie postulaty dotyczące importu były uznawane wręcz za zamach właśnie na wolny rynek i na międzynarodowe porozumienia dotyczące swobody wymiany handlowej. Przez to importerzy byli w uprzywilejowanej pozycji. W efekcie nie wiemy nawet, co i ile jest wwożone do Polski, bo wystarczy, że statek z towarem z Azji zostanie odprawiony np. w Hamburgu i może już swobodnie, bez żadnych opłat celnych i kontroli, wędrować po UE, w tym trafić do Polski. Deklaracje dotyczące jakości pozwoliłyby też na dokładne policzenie importu i jego wpływu na krajową branżę skórzaną.

O tym, jak różnie są traktowani rodzimi i zagraniczni wytwórcy, świadczy i to, że do 1 grudnia firmy muszą dokonać ponownej rejestracji substancji chemicznych stosowanych w przemyśle skórzanym i tylko takie rejestrowane środki będzie można wykorzystywać. Jeśli nasz producent ten przepis złamie, będzie ryzykował nawet zamknięciem firmy, importerowi to na razie nie grozi.


Schengen to wciąż przeszkoda


Niedługo minie rok od wejścia Polski do strefy Schengen, która otworzyła naszą południową i zachodnią granicę, ale niestety zamknęła wschodnią i częściowo północną (z rosyjskim obwodem kaliningradzkim), która stała się zewnętrzną granicą Unii Europejskiej. Efekt jest taki, że drastycznie spada eksport naszych produktów skórzanych na Ukrainę, Białoruś i do Rosji.

– Najbardziej odczuł to przemysł futrzarski na Podhalu. W Nowym Targu pojawiły się kożuchy produkowane w Turcji – mówi Klepaczewski. Jak już pisaliśmy, strefa Schengen nałożyła na Polskę konieczność wprowadzenia wiz dla gości ze Wschodu i wielu kupców z Ukrainy lub Rosji ma jednak kłopoty z ich uzyskaniem. Dla wielu drobnych przedsiębiorców, których jeszcze w tamtym roku tysiące przyjeżdżało do Przemyśla, Białegostoku, Chełma, Zamościa, Nowego Targu czy Zakopanego, kilkadziesiąt euro za wizę okazało się zbyt dużym wydatkiem. Zamiast więc robić zakupy w Polsce, jeżdżą do Turcji, gdzie za wizy nie muszą płacić. – W dodatku nawet ci kupcy, którym udawało się wizy zdobyć, skarżą się, że na naszej granicy celnicy traktują ich jak przemytników, pytają nawet o to, w jaki sposób dostali wizę, kto im ją wydał. Po takiej rozmowie wielu traci ochotę na kolejne przyjazdy do Polski – skarży się Klepaczewski.

Nasi przedsiębiorcy łudzili się, że problemy znikną w czerwcu, bo wtedy miały wejść w życie przepisy o ruchu przygranicznym, ale ciągle ich nie ma. A producenci tłumaczą, że właśnie handel, jaki odbywał się na przygranicznych targowiskach i w sklepach, ratował producentów butów, galanterii i odzieży skórzanej także z centralnej i zachodniej Polski. Nasi handlowcy kupowali bowiem takie wyroby w całym kraju i sprzedawali klientom ze Wschodu. Gdy odbiorców zabrakło, firmy odwołały zamówienia, a zakłady, przede wszystkim te najmniejsze, muszą likwidować produkcję i zwalniać pracowników.

Co więcej, zamknięcie granicy wschodniej spowodowało, że na polskim rynku znacznie wzrosła podaż wyrobów skórzanych. Ma to związek z tym, że w poprzednich latach znaczna część importu była lokowana w krajach sąsiednich, co teraz jest utrudnione. Jeśli więc importer nie może towaru przesłać dalej za Bug, szuka odbiorców Polsce. Sytuacja jest o tyle kuriozalna, że na Podhalu, które jeszcze do niedawna można było nazywać stolicą naszego kuśnierstwa, pojawiły się skóry i kożuchy z Turcji. Wcześniej było to nie do pomyślenia, bo miejscowe zakłady, których były setki, zdobyły sobie mocną pozycję i solidną markę. Gdy jednak zaprzestały produkcji, ich miejsce zajęli importerzy.

Na te problemy nałożyły się też inne czynniki, niezależne od przedsiębiorców, a zwłaszcza znaczne umocnienie wartości złotówki wobec dolara i euro. Dlatego firmy, które podpisywały kontrakty eksportowe np. na wiosnę, a dostawy realizowały po kilku miesiącach, dostawały ustaloną zapłatę, jednak w złotówkach było to już znacznie mniej. Nie wszystkich zaś jest stać na ubezpieczanie się od ryzyka kursowego, więc firmy ponosiły wymierne starty finansowe.

Ale silna złotówka uderzyła paradoksalnie także w producentów importujących surowce z zagranicy. Klasycznym przykładem są zakłady produkujące skórę do wyściółki butów. Z braku krajowego surowca muszą one zamawiać skórę w Australii i Nowej Zelandii, gdzie hoduje się ogromne ilości owiec. Jednak oba kraje leżą w innej strefie klimatycznej. Dostawy trzeba zamawiać i płacić za nie zimą, gdy akurat na Południu jest lato i czas strzyżenia owiec. Tymczasem obuwnicy kupują skórę dopiero latem, gdy przystępują do szycia zimowego obuwia. I przez te kilka miesięcy, gdy wartość dolara spadała, wytwórcy skóry ponieśli ogromne straty. Teraz część z nich zupełnie wycofała się z rynku, a inni stoją przed takim wyborem.


Jak przetrwać?


Otwarte wciąż pozostaje pytanie, jaką strategię powinny obrać nasze zakłady, aby jednak przetrwać. Najgorsze bowiem jest to, że nawet przedsiębiorstwa, które do tej pory radziły sobie znakomicie, miały zamówienia, duże zyski, teraz skarżą się na znaczne pogorszenie koniunktury, które powoduje, że przy spadających przychodach ogranicza się wydatki na inwestycje, nowe technologie, promocję i reklamę. To dlatego część zakładów zrezygnowała z udziału w targach poznańskich, choć wcześniej zarezerwowała sobie miejsca wystawiennicze i pokoje hotelowe. Gdy jednak trzeba oszczędzać każdy grosz, a w dodatku w tym roku wzrosły znacznie opłaty targowe, wielu firmom wydawało się, że nie ma innego wyjścia.

Sektor skórzany może przetrwać ten kryzys nie tylko wtedy, gdy zmieni się polityka państwa, choć to bardzo ważna kwestia. Nie mniej ważna jest także etyka w biznesie i konsolidacja branży. Nie może dochodzić do takich sytuacji, gdy polska firma zamawia u swojego krajowego kontrahenta towar, którego potem nie odbiera, bo kupiła tańszy z importu. Zaś zamówienie było tylko swoistym „wentylem bezpieczeństwa”, w sytuacji opóźniania się dostawy zza oceanu. Producent poniósł więc koszty, nie zarobił, a teraz w dodatku produkt zalega mu w magazynie.

Kazimierz Klepaczewski przyznaje, że to po części także skutek taniego importu. Skóra z Azji, dzięki bardzo niskim kosztom pracy i liberalnym przepisom ochrony środowiska, jest tańsza. Ponadto importerzy stosują niedozwolone formalnie praktyki handlowe, jak ceny dumpingowe. Służą one wyeliminowaniu polskiej konkurencji, a gdy to się stanie, zagraniczni wytwórcy będą mogli podnieść swoje ceny. Wytwórcy butów i odzieży skarżą się też, że zawyżana jest przez importerów powierzchnia skór, np. na fakturze wypisano 100 metrów kwadratowych, a w rzeczywistości jest 90 metrów. – Gdy izba podejmowała interwencje w takich sprawach, mówiono nam bezczelnie, że w Polsce jest zimniej niż na południu Europy i skóra się skurczyła w magazynie – relacjonuje Klepaczewski. – Jestem już 40 lat rzeczoznawcą, ale o takich „cudach” nie słyszałem – komentuje.

Polski przemysł skórzany stoi na rozdrożu. Z jednej strony wciąż wytwarzamy produkty najwyższej światowej jakości, a z drugiej – sektor napotyka bariery przez siebie niezawinione, które utrudniają rozwój. Najbliższych kilkanaście miesięcy pokaże, czy ten przemysł przetrwa i wciąż będzie znaczącym w naszej gospodarce, dającym bezpośrednie zatrudnienie sporej armii ludzi – liczącej ponad 100 tys. osób.

Krzysztof Losz

drukuj