Grozili, że zabiją mi dzieci
Z Antonim Wręgą, byłym działaczem Ruchu Młodej Polski i NSZZ „Solidarność” w Gdańsku, rozmawia Mariusz Bober
Gdzie zastała Pana informacja o wprowadzeniu stanu wojennego?
– W domu, czekałem na przyjazd Marka Jurka, który jednak „nie dojechał”. Natomiast o godz. 2.45 w nocy moje mieszkanie w Gdańsku Morenie zapełniło się milicjantami dowodzonymi przez funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Weszli do domu podstępem. W wizjerze drzwi wejściowych ujrzałem tylko funkcjonariusza, który nieskładnie, ale skutecznie wyrecytował, że przychodzi od kogoś „ze stoczni”. Od września 1980 r. byłem pracownikiem NSZZ „Solidarność”, a poprzednio pracowałem m.in. na Uniwersytecie Gdańskim. Wymachując pistoletem przede mną i moją przerażoną żoną, funkcjonariusz pokazał papier będący podstawą mojego internowania „ze względu na niebezpieczeństwo stwarzane” – rzekomo przez moją osobę – „dla porządku i ładu województwa gdańskiego”. Poinformował nas nerwowo o wprowadzeniu – był to bliżej nam nieznany termin – „stanu wojennego”. Następnie zostałem odwieziony nyską lub żukiem do Strzebielinka nad Jeziorem Żarnowieckim. Podróż trwała ze dwie godziny, brnęliśmy przez śnieżne zaspy. Jeden z siedzących obok milicjantów eskorty powiedział mi szeptem, że „jak tylko wszystko się skończy, to natychmiast wyjeżdża do RFN”. Jak dowiedziałem się od dawnej sąsiadki, ekipa ta szukała mnie już wcześniej pod adresem, pod którym nie mieszkałem od roku. Podobnie było w przypadku wielu koleżanek i kolegów. To jeszcze jeden z licznych dowodów na to, że stan wojenny był przygotowany już jesienią 1980 roku!
Jak Pan i pozostali opozycjoniści byli traktowani podczas internowania w Strzebielinku?
– Jest to opisane w książce mającej formę dziennika, która ukazała się pod pseudonimem Jan Mur (autorstwa Andrzeja Drzycimskiego i Adama Kinaszewskiego). Chciałbym jednak dodać, że celem ówczesnych władz komunistycznych było prowadzenie działań dezintegrujących środowiska opozycyjne i pozyskanie agentury dla generała Kiszczaka. W lutym 1982 r. przyjechał do Strzebielinka z Warszawy kapitan SB na rozmowy z Ruchem Młodej Polski (nazywał się Czyszkiewicz, choć z pewnością było to nazwisko fikcyjne, wykorzystywane jedynie do celów operacyjnych), podając się za działającego z polecenia Kiszczaka. Rozmawiał ze mną godzinę, rozbierał się do pasa, pokazując blizny na ciele „zdobyte ku chwale Ojczyzny”, i namawiał do pracy w peerelowskim wywiadzie. Był podekscytowany do tego stopnia, że aż wypadł mu magnetofon z szuflady biurka (albo spod blatu) na podłogę. Nie chciałem współpracować i odmówiłem jakichkolwiek rozmów na temat ukrywającego się ówczesnego lidera RMP Aleksandra Halla. W tym samym czasie rozmawiał też z wysłannikiem Kiszczaka inny kolega z RMP Arkadiusz Rybicki [obecnie działacz i poseł PO]. Później, zamiast przebywać w zwykłych 16-osobowych celach, znaleźliśmy się na wiele dni razem w celi dwuosobowej i prowadziliśmy – siłą rzeczy – wielogodzinne rozmowy. Byłem przez lata przekonany, że Arkadiusz rozmawiał z wysłannikiem Kiszczaka tak jak ja, czyli około godziny. Dopiero po ponad 20 latach dowiedziałem się ze źródłowego opracowania historyka Sławomira Cenckiewicza, że pierwsza rozmowa Rybickiego w Strzebielinku trwała 11 godzin i jej następstwem były spotkania z przedstawicielami SB w gdańskim hotelu już rok później.
Zmienił Pan ocenę postawy kolegi?
– Było mi bardzo przykro, gdy po tylu latach się o tym dowiedziałem. A teraz się okazuje, że mój kolega z celi pracuje nad skutecznym ograniczeniem możliwości działań IPN, zdążając do ubezwłasnowolnienia Instytutu. Szczególnie oburzające jest np. to, że zgromadzonych w IPN akt nie będzie można wykorzystywać do badań nad obcymi wywiadami. Duże wątpliwości budzi choćby to, co ma leżeć w kompetencjach IPN. Jak mówi Andrzej Gwiazda, legendarny działacz podziemia solidarnościowego, a dziś członek Kolegium IPN, z ustawy został wykreślony zapis stwierdzający, że oprócz organów bezpieczeństwa komunistycznej Polski w zakresie zainteresowań Instytutu znajdują się także instytucje cywilne i wojskowe państw obcych o podobnych zadaniach. Rozumiem więc, że polski historyk nie będzie mógł współpracować z Instytutem Gaucka czy odpowiednikiem IPN w Czechach, bo one mają archiwa po obcych komunistycznych wywiadach. A może, za generałem Ionem M. Pacepą, najwyższym rangą uciekinierem z komunistycznych służb specjalnych, byłym szefem wywiadu rumuńskiego i niekłamanym autorytetem na polu badań nad wywiadem sowieckim, przyjmie się tezę, iż każdy komunistyczny wywiad był de facto niczym więcej jak tylko ekspozyturą sowieckiego wywiadu? Moim zdaniem, zgodnym zresztą ze stanowiskiem CIA, to teza jak najbardziej słuszna. I wówczas wszystkie kontakty z międzynarodowymi odpowiednikami IPN staną się niemożliwe, bo wywiad sowiecki to przecież wywiad obcy. Oto przykład radosnej twórczości mojego kolegi z dwuosobowej celi w Strzebielinku.
Podobnie jak inni przedstawiciele opozycji był Pan poddany represjom…
– Po opuszczeniu miejsca internowania w Strzebielinku z końcem czerwca 1982 r. musiałem emigrować do Stanów Zjednoczonych, ponieważ grożono mojej żonie, że nasze dzieci (6 i 4 lata) „mogą wpaść pod samochód” itp. Nie były to gołosłowne pogróżki. Kilka dni przed naszym wyjazdem z Polski w Sopocie odbył się pogrzeb Jana Samsonowicza – kolegi z RMP, który zginął w tajemniczych okolicznościach. Nawiasem mówiąc, „Raport Rokity” – jakkolwiek sam w sobie cenny – nie obejmuje wszystkich przypadków tajemniczych śmierci z lat 80.
Jakie skutki dla całej opozycji miało, według Pana, wprowadzenie stanu wojennego?
– Na początku lutego 1982 r., proponując mi współpracę „na płaszczyźnie patriotycznej”, wysłannik Kiszczaka powiadomił mnie, że „Związek Radziecki przestanie istnieć w ciągu 10 lat”. Na tyle już byłem oczytany, że wiedziałem, iż nie o nazwy tutaj chodzi; przecież CzeKa kolejno nazywała się OGPU, GPU, NKWD, MWD, w końcu KGB, itd. Zmiana szyldu mogła więc robić wrażenie raczej tylko na nowicjuszach. Zagrożony groźbami „nieszczęśliwych wypadków” wyjechałem w 1983 r. z PRL i natychmiast powiadomiłem o rozmowie w Strzebielinku szereg osób. Mój niezdarny – jak dzisiaj widzę – list do Jerzego Giedroycia będący relacją z rozmowy o końcu Związku Sowieckiego, a właściwie z namawiania mnie do przejścia na stronę Zła, został wydrukowany w paryskiej „Kulturze” w 1984 roku. Udzieliłem też kilku wywiadów Radiu Wolna Europa, za które dostałem upomnienia „od środowiska RMP” za „samowolne wypowiedzi”. Po latach, jako historyk, dowiedziałem się, że podobna dyscyplina, rodem jak z Komsomołu czy partii, obowiązywała członków środowiska Jacka Kuronia. „Egzekutywa” określała, co można powiedzieć i co można zrobić! Pomyślałem sobie wtedy po raz pierwszy, że RMP to chyba już nie jest organizacja walcząca o wolność w Polsce, a z pewnością jest już mocno zinfiltrowana. Moja obrona Halla i RMP w listach do Jerzego Giedroycia skutkowała jednak tym, że Giedroyc, dowiedziawszy się swoimi kanałami (a miał dobry wywiad w Warszawie), że Hall i RMP mają dostać od Jaruzelskiego i partii 30 miejsc w Sejmie PRL (na wzór koncesjonowanych przez PZPR kół PAX, ChSS czy Znaku – przekonałem się o tym po lekturze listu od Giedroycia z połowy lat 80.), zerwał ze mną kontakty jako „reżimowym kolaborantem” (sic!). Za naiwność w życiu trzeba – jak się nauczyłem – płacić.
Jak?
– Ostatecznie – po długim i wnikliwym namyśle – doszedłem do wniosku, że wprowadzenie stanu wojennego należy traktować przede wszystkim w kategoriach starannie zaplanowanej i następnie równie pieczołowicie przeprowadzanej (w sposób wariantowy, w zależności od potrzeb) operacji KGB. I gdy na jakimś przyjęciu w III RP zobaczyłem całkowicie sfraternizowanych i w jak najlepszej komitywie mojego guru z czasów młodości Aleksandra Halla i nieżyjącego już dziś byłego premiera z czasów PRL Mieczysława Rakowskiego, nie byłem już wtedy piewcą tradycji RMP. Na to dawali się nabierać – jeszcze na przełomie wieków, „w wolnej Polsce” – dość prostoduszni dziennikarze w rodzaju Piotra Zaremby, który wydał apologetyczne i zupełnie powierzchowne dzieło na temat RMP zainspirowane przez Arkadiusza Rybickiego (był wiceministrem kultury, kiedy grantem wsparł jego książkę pt. „Młodopolscy”), ale już nie ja, znający to środowisko bardzo dobrze, od podszewki.
Więc uważa Pan, że komunizm upadł tylko jako ideologia, a jego współtwórcy zachowali wpływy pod nowymi hasłami – liberalnymi?
– Dzięki pobytowi na emigracji w Stanach Zjednoczonych w latach 1983-1991 słyszałem o książce Anatolija Golicyna napisanej w latach 1966-1980, a wydanej w 1984 r. pt. „New Lies for Old” („Nowe kłamstwa w miejsce starych”), w której autor mówił o planie szefa KGB Aleksandra Szelepina z lat 1959-1960 r. przejścia komunizmu do ustroju bardziej liberalnego, bez utraty realnej władzy. W końcu i partia Żyrinowskiego w postgorbaczowowskiej Rosji to nic innego jak tylko… Partia Liberalno-Demokratyczna. Ciekawe, czy ci wszyscy „liberałowie” i „demokraci” Wschodu znają słynną maksymę lorda Actona, ojca założyciela jednego z nurtów współczesnego liberalizmu, zgodnie z którą „Władza korumpuje. Ale władza absolutna korumpuje absolutnie”. Śmiem wątpić!
Jak Pan odbiera fakt, że 20 lat po upadku komunizmu twórcy stanu wojennego nie zostali jeszcze osądzeni? Podobnie jak wprowadzający go funkcjonariusze, w wolnym kraju mają lepsze świadczenia niż ci, którzy o tę wolność walczyli.
– To oburzające! Od powrotu ze Stanów Zjednoczonych pracuję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (z dwiema przerwami), przebywałem także na placówce w Kopenhadze, i zapewniam pana, że absolwenci studiów w Moskwie zawsze mieli się tam dobrze, wywierając – moim zdaniem – wielki wpływ na polską polityką zagraniczną. Bardzo o to zadbał – śmiem twierdzić, bo sam to obserwowałem – nieżyjący już były minister Bronisław Geremek. To nie tylko oburzające, ale i bardzo krótkowzroczne, aby en masse powierzać im kluczowe stanowiska. Dziwię się, że dumny Naród na to pozwala, bo taka nielojalność wyrządza krzywdę naszym sojusznikom, od których zależy nasza obrona. No cóż, niestety w przeciwieństwie do Niemców, Czechów, Estończyków nie posprzątaliśmy po komunizmie we własnym domu. Z unikatowego i wiekopomnego dzieła śp. Wasilija Mitrochina, byłego archiwisty KGB (wydanego przez wywiad brytyjski), niedwuznacznie wynika, że wywiad sowiecki umieścił – zwykle w kluczowych instytucjach państwowych – we Francji czy Włoszech po II wojnie światowej od 300 do 400 swoich agentów. Powstaje pytanie: jakiego rzędu była to liczba w Polsce? Zapewne ogromna, bo warunki uplasowania agentury w Polsce były nieporównanie bardziej sprzyjające niż w „burżuazyjnej” Francji czy we Włoszech znanych z rzekomego „klerykalizmu” – państwach w końcu niepodległych. Polska, widać, dopiero czeka na to – niemal 30 lat po operacji „Stan Wojenny” – „aby Polska była Polską”.
Dziękuję za rozmowę.
Antoni Wręga – działacz (od końca lat 70.) Ruchu Młodej Polski i NSZZ „Solidarność”, historyk. Od 1991 r. pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Od lat prowadzi badania naukowe nad fenomenem wywiadu sowieckiego w XX wieku. Urzędnik służby cywilnej, bezpartyjny.
