Gospodarka na ulgach zyskuje

Jarosław Kaczyński ma rację,
że prasa nie jest wolna. Jeśli nie wynika to z zależności od grup interesów,
które dają pieniądze, albo zależności od właścicieli,
którzy
mają "swoją linię", to w każdym razie media podlegają swoistemu zniewoleniu
umysłowemu, gorszemu chyba nawet niż to, z którym mieliśmy do czynienia za komunizmu,
a o którym pisał Miłosz ("Zniewolony umysł").
Redakcje oczywiście mogą mieć "swoją linię", wyznawać jakieś poglądy
i je preferować, ale minimum przyzwoitości wymaga, by wtedy, gdy publikowany
tekst ewidentnie zafałszowuje rzeczywistość i fachową wiedzę, udostępniać swoje
łamy fachowej polemice. Tego wymaga elementarna dziennikarska uczciwość w sytuacji,
gdy poglądy prezentowane przez dyletantów niesłusznie uznawanych za fachowców
dezinformują społeczeństwo i tworzą błędne opinie w ważnych sprawach.
Do takich ważnych spraw, wokół których buduje się zafałszowaną świadomość społeczną,
należą kwestie podatkowe. Tworzy się mity podatku liniowego i szkodliwości
ulg, co dla każdego ekonomisty, który zna i rozumie ekonomię podatków, jest
absurdem.
Pomimo to z wielką determinacją prezentuje się błędne poglądy na ten temat,
by urobić społeczeństwo na rzecz systemu wygodnego dla garstki ludzi – robi
się
to tak jak za komunizmu, gdy wtłaczano w ludzi idee wyższości gospodarki planowej
nad rynkową, konsekwentnie i uparcie realizowaną propagandą dezinformacji.
Ważną rzeczą jest zrozumienie, jak istotną rolę w systemie podatkowym pełnią
ulgi podatkowe. Jest to szczególnie ważne teraz, gdy chodzą słuchy, że minister
Zyta Gilowska zamierza zlikwidować te ulgi. Wspiera ją w tym "Rzeczpospolita",
prezentując błędne poglądy Roberta Gwiazdowskiego, ale odmawia wydrukowania
polemiki, przez co czytelnicy tej opiniotwórczej gazety, w tym profesor Gilowska,
nie mogą
zapoznać się z argumentami, które wskazują na błędy jego rozumowania. Poniżej
przedstawiam (nieco uzupełniony) tekst, którego druku
– z uszczerbkiem dla swej wiarygodności – odmówiła "Rzeczpospolita".
Robert Gwiazdowski, jako prawnik niemający porządnego wykształcenia ekonomicznego,
w swoim artykule "Gospodarka na ulgach traci" ("Rzeczpospolita",
17.02.2006) popełnia szereg błędów i wykazuje niezrozumienie problemu, charakterystyczne
dla osób, które amatorsko zajmują się trudnymi problemami ekonomicznymi – a
do takich należą kwestie podatkowe. Warto zatem wyjaśnić pewne podstawowe sprawy.

Dla zachęty
Ulga podatkowa jest skomplikowanym instrumentem ekonomicznym, który ma złożone
funkcje. Dlatego to, co my nazywamy ulgą podatkową, jest w angielskiej terminologii
określane nie tylko "tax relief" czy "tax allowance" (co
właśnie oznacza ulżenie), ale też "tax abatement", "tax concession",
a przede wszystkim "tax incentive". To zróżnicowanie terminologiczne
oddaje złożoność mechanizmu podatkowego i wskazuje na to, że w ulgach chodzi
o różne funkcje samego "ulżenia", ale też na bodźcowy charakter
ulg. Pan Gwiazdowski w sposób typowy dla dyletantów martwi się, że system
jest skomplikowany, ale przecież takie jest życie, na złożoność życia trzeba
odpowiedzieć systemem, który musi być skomplikowany, po prostu nie da się
zbudować systemu prostego.
Ulgi pełnią zatem nie tylko funkcję redukcji obciążenia podatkowego, nie chodzi
w nich tylko o "ulżenie" podatnikowi. W tym sensie ulga jest interpretowana
pejoratywnie, taki ma wydźwięk w języku polskim, jej szeroki odbiór u ekonomicznych
laików jest negatywny, budzi nawet emocjonalny sprzeciw, bo "jeśli komuś
ulżono, to ktoś inny musiał za to zapłacić". Ale poza tymi uzasadnionymi
przypadkami dostosowawczej funkcji ulg, gdy rzeczywiście chodzi o redukcję
ciężaru dla podatników, którzy spełniają odpowiednie kryteria, ulgi pełnią
też funkcję instrumentu finansowego mobilizującego podmioty gospodarcze, także
gospodarstwa domowe, do określonych zachowań i działań ekonomicznych – lub
wręcz umożliwiają im te zachowania czy działania ekonomiczne, co dalej zostanie
zilustrowane przykładem. Realizują zatem określone funkcje bodźcowe – stąd
angielska formuła "tax incentive".
Zwolennicy "czystości podatkowej" uzasadniają postulat likwidacji
ulg tezą o potrzebie neutralności systemu podatkowego, że niby jak wszystkich
obciążymy tak samo, to będzie neutralnie. Nie rozumieją oni złożoności życia,
która powoduje, że podatek nigdy nie jest neutralny, ponieważ obciąża ludzi
czy podmioty gospodarcze w różnych realnych sytuacjach. Podatek jest ze swej
natury antyneutralny. Ulga osłabia, kompensuje tę antyneutralność i właśnie
działa na rzecz neutralności podatku, gdyż dostosowuje obciążenie do indywidualnej
sytuacji – zdefiniowanej przez kontekst ulgi.

Podatek nie jest neutralny
To działanie ulg podatkowych można zilustrować następującym przykładem. Przypuśćmy,
że obywatel A, zaliczany do średniej lub wyższej klasy dochodowej, znalazł
się w drugiej lub trzeciej grupie podatkowej. Wypełniając zeznanie podatkowe,
stwierdził, że musi dokonać dopłaty podatku w pewnej wysokości. Normalnie
podatek zapłaciłby z oszczędności, uszczuplając nieco swe zasoby, które powinien
mieć, bo prawo malejącej stopy konsumpcji ze wzrostem dochodu powoduje, że
im ktoś bogatszy, tym większą część swych dochodów odkłada. Jednakże obywatel
A dokonał wpłaty do dewelopera, zatem pozbył się oszczędności, przelewając
środki a konto przyszłego mieszkania, które zaspokoi jego potrzeby mieszkaniowe
lub będzie lokatą kapitału, przeznaczone zostanie na wynajem – to, czemu
służy zakup mieszkania, nie ma znaczenia, ważne jest, że czyjeś potrzeby
mieszkaniowe zaspokoi. A więc obywatel A nie posiada już oszczędności lub
znacznie uszczuplił ich zasób.
Tymczasem obywatel B, będący w identycznej sytuacji dochodowej, który nie nabył
mieszkania, podatek zapłaci, może i zgrzytając zębami, bo kto lubi pozbywać
się części oszczędności, ale ważne jest, że będzie miał na to środki – jeżeli
nie prowadził hulaszczego trybu życia i nie miał wyjątkowo wysokiej indywidualnej
stopy konsumpcji, która spowodowała, że nic nie zaoszczędził.
Jak widzimy, podatek nie jest neutralny, zasadniczo inaczej działa na sytuację
obywatela A i obywatela B. Jeśli nie ma ulgi, to obywatel A znajduje się w
bardzo trudnej sytuacji: by zapłacić podatek, musi pożyczyć, zamienić na gotówkę
inne składniki swego majątku albo zrezygnować z mieszkania. Natomiast obywatel
B jakoś to przeżyje, w następnym roku odbuduje swoje oszczędności, a podatek
nawet go mobilizuje do ich gromadzenia. Jeśli natomiast istnieje ulga pozwalająca
odpisać od dochodu kwoty przeznaczone na zakup mieszkania, to obaj znajdą się
w identycznej sytuacji: ulga zneutralizowała antyneutralność podatku, obywatel
A odetchnął i dzięki możliwości wykorzystania ulgi może spać spokojnie.
Zauważmy, że podatek liniowy bez ulg, choć może złagodzi sytuację, to nie zlikwiduje
antyneutralności podatku, ona pozostanie. Bo chociaż nie trzeba już wypełniać
zeznania podatkowego, podatek zostanie zapłacony przez wszystkich w jednakowej
wysokości u źródła, jak za socjalizmu, to przecież jakiś mechanizm działa:
wtedy obywatel A kupujący mieszkanie będzie po prostu netto dużo biedniejszy
od obywatela B, jego realna siła nabywcza znacznie spadnie w porównaniu z obywatelem
B, a poza tym w ogóle biedniejsi będą relatywnie netto w gorszej sytuacji,
niż byli w przypadku podatku progresywnego, który jest przecież niczym innym
jak po prostu "regresją w dół".
Zauważmy, że podobnie jest z każdą ulgą inwestycyjną. Jeśli ktoś zyski przeznaczył
na inwestycje, to z czego miałby zapłacić podatek w sytuacji, gdy nie ma ulgi?
Po prostu będzie mniej inwestował – i to się akurat sprawdziło.
Oczywiście, dzięki takiemu działaniu ulga zwiększa popyt na mieszkania, bo
po prostu ludziom łatwiej jest ponosić ciężar finansowania tej inwestycji.
Wzrost popytu zgodnie z prawami ekonomii powoduje wzrost ceny – to oczywiste.
Ale ten wzrost ceny oznacza, że ludzi bardziej stać na mieszkanie. Nierozumiejący
ekonomii laicy twierdzą, że "przez ulgi ceny rosną i zarabiają deweloperzy
oraz firmy budowlane". No pewnie, że zarabiają, ale jednocześnie ludzi
bardziej stać na te mieszkania, skoro popyt jest wyższy. Likwidacja ulgi spowoduje
natomiast, że obywatel A nie kupi mieszkania albo zbankrutuje, gdy przyjdzie
mu płacić podatek. Deweloperzy nie zarobią, ale ludzie nie będą mieć mieszkań
i taki będzie wynik amatorszczyzny rządzących.
Przykład ten pokazuje, że ulga ma w gruncie rzeczy największe znaczenie dla
średnio zamożnych i bogatszych, tych, którzy wchodzą w górne skale podatku
dochodowego, nie jest dla biednych. Biedni po prostu powinni płacić bardzo
niski podatek albo nie płacić go w ogóle – z prostego ekonomicznego powodu:
ponieważ podatek zmniejsza ich i tak niską siłę nabywczą, a siła nabywcza biednych
– jest ich przecież najwięcej – ma zasadnicze znaczenie dla koniunktury gospodarczej.
Uczenie nazywa się to "zmniejszaniem klina podatkowego": to ma znaczenie
właśnie dla opodatkowania pracowników i dlatego jest jednym z głównych argumentów
za progresją podatkową, która jest po prostu zmniejszeniem podatku dla "szerokich
rzesz pracowniczych".

Ulgi prorodzinne
Ulga jest zatem dla klas średnich i dla bogatych, by złagodzić skutki takich
działań, które powodują, że ich domowe finanse "tracą płynność",
jak to się fachowo mówi, i po prostu nie byliby w stanie zapłacić podatku
– lub musieliby z tych działań w rodzaju nabycia mieszkania czy dokonywania
inwestycji zrezygnować. I w tym sensie ulga jest rzeczywiście "ulżeniem",
ale jak pokazał przedstawiony przykład, jest właśnie instrumentem finansowym
pełniącym określone funkcje ekonomiczne.
Ważne jest zrozumienie, że ulga jest właśnie dla bogatszych, wchodzących w
wyższe grupy podatkowe. W sławetnej "Białej księdze podatkowej",
opracowanej przez Ministerstwo Finansów za kadencji Jerzego Buzka, wtedy gdy
ministrem był Leszek Balcerowicz, napisano, że ulgi wykorzystują głównie bogaci
i dlatego należy je zlikwidować, bo przecież "niemoralne jest, by państwo
dawało ulgi bogatym". Takie twierdzenia wynikały, jak widzimy, z niezrozumienia,
że przecież o to właśnie chodzi: ulgi mają być dla bogatszych, gdyż umożliwiają
im podejmowanie pewnych działań. Oczywiście, w przypadku bardzo bogatych nie
ma to znaczenia, dotyczy głównie tych, których zaliczamy do średniej klasy,
średnio bogatych, którzy wchodzą w wyższe skale podatkowe i mają stosunkowo
nieduże oszczędności, a przeznaczają je na nabycie mieszkania czy na cele inwestycyjne.
Twierdzenia formułowane w tym dziele wynikały po prostu z braku porządnej fachowości
autorów, co w przypadku ekipy "ciągniętej" przez obecnego prezesa
NBP nie było rzeczą dziwną.
Szczególnie silną awersję ma Gwiazdowski do ulg prorodzinnych, co też jest
typowe dla laików. Wynika to z niezrozumienia pewnej dość podstawowej kwestii:
w państwie demokratycznym to państwo jest dla obywatela, a nie obywatel dla
państwa. A jako że obywatel funkcjonuje w rodzinie, państwo nakładające ciężar
na rzecz dobra wspólnego stara się to robić tak, aby nie utrudniało to działania
rodzinie, czyli w jak najmniejszym stopniu przyczyniało się do stwarzania jej
finansowych ograniczeń w rozwiązywaniu kluczowych problemów. Jest to element
czegoś, co można nazwać zasadą państwa przyjaznego dla obywateli. W systemach
podatkowych wszystkich rozwiniętych krajów, np. USA czy Wielkiej Brytanii,
są różne elementy prorodzinności, tylko w Polsce ta kwestia wywołuje niepojęty
i nadzwyczaj zaciekły opór – z czystego niezrozumienia problemu, z tego głęboko
tkwiącego w części elit "homo sovieticus".
Podstawowe problemy rodziny to: mieszkanie, dzieci, zdrowie i starość. Dobrze
skonstruowany, przyjazny dla obywateli system podatkowy wprowadza takie ułatwienia
– jak powiadają Anglicy, "allowances" – by rodzina mogła łatwiej
te problemy rozwiązywać. W tym przypadku ulga ma zresztą na celu także zmniejszenie
antyneutralności podatku, czyli dostosowanie obciążenia do sytuacji rodziny.
To łagodzi negatywne skutki obciążenia i sprzyja stabilności systemu.
Oczywiście, ulgi w pewnym stopniu komplikują system, ale z tym trzeba się pogodzić.
Jak zostało powiedziane: skoro życie jest skomplikowane, to i system podatkowy
musi być skomplikowany, ale oczywiście musi być czytelny, jego zasady muszą
być jednoznaczne, interpretacja oczywista dla każdego i nie może dawać pola
do nadużyć ani podatnikom, ani skorym do korupcji urzędnikom. To jest jednak
wyłącznie problem fachowości tych, którzy tworzą przepisy podatkowe – a to
są zwykle prawnicy, którzy, niestety, nie znają ekonomii podatków.
Doktor praw Gwiazdowski chce powrotu do systemu "prostego, bez ulg, płaconego
u źródła". Przecież mieliśmy to za Gierka – ale trzeba zrozumieć, że wtedy
był zupełnie inny system, jego rozwiązania podatkowe do gospodarki rynkowej
się nie nadają. Przy niskim i prostym podatku dochodowym (praktycznie jego
braku) mieliśmy wszak skomplikowany system podatku obrotowego i niszczącego
gospodarkę podatku od zysków firm. Gospodarka rynkowa potrzebuje zarówno progresji
podatku dochodowego (zresztą zarówno w przypadku osób fizycznych, jak i przedsiębiorstw
– co akurat rozumieją Amerykanie), jak i ulg podatkowych
– dlatego we wszystkich rozwiniętych państwach o gospodarce rynkowej system
podatkowy zawiera oba te elementy. Jedynie w niektórych krajach postsocjalistycznych
(Estonia, Litwa, Łotwa, Słowacja), gdzie finanse publiczne oddano w ręce młodych,
słabo wykształconych działaczy, nieznających za dobrze ekonomii, wprowadza
się takie dziwolągi ekonomiczne jak podatek liniowy, który nigdzie nie dał
pozytywnych efektów ekonomicznych. Może sobie to zresztą każdy łatwo sprawdzić,
sięgając po prostu do danych statystycznych i przeprowadzając poprawną metodologicznie
analizę problemu.

Jerzy Żyżyński

Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, kierownikiem
Zakładu Gospodarki
Publicznej Wydziału Zarządzania UW.

drukuj